Historia

Kartki z dziejów pewnego etosu

Rzeczpospolita, Mirosław Owczarek Mirosław Owczarek
Nie tylko warszawska, nie całkiem laicka, ale tak samo nieufna i spierająca się o wartości. Autor "Rodowodów niepokornych" po latach uzupełnia swój portret polskiej inteligencji
Było to dobre czterdzieści lat temu: burzliwy politycznie, ale podniosły duchowo klimat obchodów tysiąclecia chrztu Polski skłaniał do pomyślenia o genezie ideowej i kulturalnej tożsamości własnej i tożsamości otoczenia, w którym tkwiłem. W tym kontekście odkryłem dla siebie pojęcie inteligencji jako kategorii społecznej, charakterystycznej dla polskiego życia zbiorowego schyłku wieku XIX, ściślej mówiąc, dla życia zbiorowego ówczesnego zaboru rosyjskiego.
Z lektur ówczesnej literatury lepszej i gorszej, prasy oficjalnej i rozmaitej "nielegalszczyzny", z wielu, wielu pamiętników i wspomnień - i z pełnego sympatii myślenia nad tamtą epoką moich dziadów - zrodziła się po paru latach książka "Rodowody niepokornych". Narobiła wtedy - na progu lat 70. - sporo szumu, bo odczytana była bardzo politycznie i aktualizująco: jako propozycja etyczno-ideowa na dziś. Było w tej recepcji coś słusznego: analogie sytuacji opisywanych w książce i przeżywanych ówcześnie przez jej czytelników biły w oczy. Jako młody autor odniosłem triumf, którego skutkiem ubocznym okazało się, że w wielu kręgach uznano mnie za swoisty "autorytet" w kwestii inteligenckiego etosu. Z biegiem lat ujawniło się jednak to, co dla każdego historyka musiało być oczywiste od początku, że mianowicie nakreślony w "Rodowodach niepokornych" obraz polskiego inteligenta, jeśli nawet prawidłowy w odniesieniu do tamtej epoki i tamtego zaboru, nie bardzo pasuje do innych miejsc i innych czasów.
Chałasiński ze szlachty wywiódł społeczną genealogię polskiej inteligencji. Miał niewątpliwie rację, nawet jeśli warto dopisywać tu takie czy inne szczegółowe poprawki. Jak jednak badać "genealogię etosu", skoro - wbrew wielu uroczystym panegirykom - nie wiadomo nic pewnego o dziedziczeniu sumień? Łatwiej nam przy tym przyjdzie rozprawiać o ciągłości szlacheckich grzechów niż o ciągłości pragnień i migocących w dali ideałów. A zarówno człowieka, jak i społeczność, łatwiej niż przez grzechy można zrozumieć właśnie przez ideały, które przed sobą stawia i które nieustannie zdradza. Fundamentem etosu szlacheckiego i racją jej elitarnej samoświadomości miała być gotowość do obrony szerszej zbiorowości i jej miejsca na ziemi - to było chyba pierwotne zobowiązanie z niezapisanej nigdzie prastarej "umowy społecznej". Po to jesteś szlachcicem, byś troszczył się o to wspólne dobro, które nazwaliśmy ojczyzną. Co więcej, jak dopowiada stara polska modlitwa, masz się o nią troszczyć i jej służyć, "swoich pożytków zapomniawszy". Dramatyczna polska historia nowożytna, dzieje niewydolności politycznej własnego państwa, a potem jego braku, dopisały tej służbie jeszcze jedną uwagę: bądź przygotowany, że normalna aktywność tu nie wystarczy; kiedy zawiedzie król, możni, sejm, wojsko - sam będziesz musiał organizować ostatnią linię obrony. Będziesz za nią odpowiedzialny. Do takiego kodeksu wartości przymierzali się konfederat barski i - po iluż latach - Kurier z Warszawy. Ten fundament etosu był niewątpliwie wspólny. Wróć: JEST niewątpliwie wspólny. I będzie. Drugim trwałym punktem oparcia inteligenckiej samoświadomości, współokreślającym jej zbiorowy etos, jest przekona nie o własnej znajomości świata i o orientacji w kierunkach jego rozwoju. Przekona nie na ogół słuszne: inteligent w tym względzie wykracza ponad współczesny sobie ogół i zainteresowaniem, i konkretną wiedzą, i zdolnością wyciągania z niej daleko idących wniosków. Złośliwi powiedzą, że przede wszystkim umie o tym przekonywająco mówić. To też prawda, ale etos chce, by słowo wyrażało myśl - i to myśl odważną, niecofającą się przed trudną, często niepopularną oceną. I znów: po to jesteś inteligentem, żebyś mówił, co myślisz. Żebyś mówił uczciwie i odpowiedzialnie, czasem wbrew własnemu bezpieczeństwu, a niemal zawsze - wbrew własnym interesom. Nie chcesz - to nie. Nikt cię nie zmusza, byś to jarzmo brał na grzbiet. Nie musisz być inteligentem, dziś zwłaszcza możesz poczuć się członkiem modnej zachodniej middle class i przyjąć jej kodeks życiowy. Staraj się, twoje dzieci może dostąpią awansu do upper middle... Ale - nie mylmy pojęć. Etos szlachecki spróchniał i stał się przedmiotem drwin, kiedy liczba cwanych metrykalnych szlachciców przekroczyła jakiś punkt krytyczny. Dziś to samo może spotkać etos inteligenta polskiego. Może szkoda... Przyzwyczailiśmy się umieszczać kolebkę polskiej inteligencji w Warszawie drugiej połowy XIX wieku. Rzeczywiście wtedy nowa warstwa stała się tam zauważalna na skalę społeczną. Prekursorzy byli znacznie wcześniej. Ciągle niedoceniony w historii polskiej kultury Wacław Berent śledził kiedyś ich postacie wyłaniające się z końca wieku osiemnastego. Warto jednak przywołać tu społeczność o wiele większą, blisko dziesięciotysięczną - i bardzo charakterystyczną dla postszlacheckiego i preinteligenckiego polskiego etosu. Myślę oczywiście o Wielkiej Emigracji. Szli na nią, "swoich pożytków zapomniawszy", żołnierze pułków powstańczych, już więc zaprawieni w narodowej służbie, a teraz poznający wymarzony wolny świat z niewypowiedzianie trudnej perspektywy politycznego emigranta-tułacza. O jakości tej emigracyjnej szkoły inteligencji może wyrokować tylko ten, kto sam zakosztował kiedyś tego chleba, gorzkiego i nieobfitego. Innym pozostaje tylko mierzenie ogromnego dorobku kulturalnego, myślowego, literackiego, religijnego i politycznego, jaki Wielka Emigracja wniosła w polskie dzieje. Był to dorobek ewidentnie inteligencki w szerokości swych perspektyw ideowych, ale i w tych "potępieńczych swarach", nad którymi biada Mickiewicz. To bardzo charakterystyczne: swary polityczne są inteligenckim działaniom nieodzowne. Tak było wtedy i tak musi być zawsze, bo publiczny spór o wartości i czyny jest jednym z naczelnych zadań inteligencji w każdym społeczeństwie. Temperatura tego sporu musi być wysoka - idzie tylko o jego uczciwość i kulturę. Gwiazdy Wielkiej Emigracji przygasają pod koniec lat 50. XIX wieku. Inteligenci - jeszcze niepewni swej socjalnej przynależności, ale intuicyjnie odgadujący swe społeczne role, odnajdują się przede wszystkim w Warszawie lat 1861 - 1864, przedpowstaniowej i powstańczej - i przeżywają jej straszną klęskę. Wielu z nich trafia nad Bajkał, inni milkną rozbici. Dopiero po dziesięciu latach odezwą się ich młodsi bracia, a potem i starsi synowie. I to już będą moi drodzy "Niepokorni", których sylwetki próbowałem opisać w "Rodowodach...". Od swych poprzedników byli inni. Wyrośli w kraju, a więc - na zachodnich kresach rosyjskiego imperium, określającego sytuację polityczną, prawną, społeczną, gospodarczą, oświatową i kulturalną dawnej Kongresówki. Byli dziećmi niewoli - i nie chcieli z nią się godzić. Jednocześnie - byli dziećmi miasta, miasta pełnego konfliktów socjalnych, klasowych, miasta z potężną mniejszością żydowską o kulturze zupełnie obcej i z niewielkim środowiskiem Żydów asymilujących się wśród burżuazji - i właśnie wśród inteligencji. To miasto było ich małą ojczyzną, z jego perspektywy patrzyli i na zmieniającą się wieś, i na odległe Kresy, i na pozostałe zabory, i wreszcie - na Europę. Szukali dróg w tych wszystkich kierunkach - czasem miały to być drogi kariery, ale czasem - drogi służby: cywilizacyjnej, oświatowej, obywatelskiej, narodowej albo socjalistycznej. Rachunki za odwagę pełnienia tej służby płacili duże - i dzięki temu na przekór sytuacji byli ludźmi wolnymi. Tę postawę służby i umiłowanie kosztownej swobody wewnętrznej trwale wpisali w swój inteligencki etos. Nazwali ją nawet po swojemu: być człowiekiem przyzwoitym. Ten przymiotnik znaczył wtedy dużo. Rewolucja 1905 roku ciągle domaga się przemyślenia w kategoriach moralnych. Co to było naprawdę? Czy wierzymy Prusowi, Sienkiewiczowi, Weyssenhoffowi, którzy widzieli w niej uliczne zamieszki, obcą agitację, rozpasany bandytyzm, a miejscami - zorganizowany terroryzm, czy zaufamy romantycznej wizji Żeromskiego i jeszcze dalej idącej apologii w utworach Struga? Prawdą był bandytyzm i prawdą było największe zwycięstwo w stuletnich dziejach zniewolonego narodu - odbudowa szkoły polskiej. We współczesnej świadomości polskiej nie lubimy tradycji tamtego roku, zostawiliśmy ją komunistom. Łotysze czy Gruzini postępują odwrotnie: świętują pamięć o swym ówczesnym czynie narodowym. Zapytajmy jednak, czego nauczył się po tamtym roku polski inteligent. Czy akceptował moralnie zorganizowany trzy lata później terrorystyczny napad na pociąg pocztowy, podjęty dla zdobycia pieniędzy na partię? Przypomnijmy - szefem terrorystów pod Bezdanami był Józef Piłsudski. Inteligent i człowiek czynu. 1905 rok to w imperium rosyjskim kres jawnego i oficjalnie głoszonego samodzierżawia. System nie tyle umiera, ile przybiera kostium monarchii parlamentarnej. Czy Duma - pierwsza, druga i tak dalej - jest fikcją, pozorem, czy należy ją traktować jako szansę ustrojową? To pyta nie polityczne, ale także sięgające idei i postaw inteligenckich i przecież nie tylko wtedy stawiane, a dotyczące przyzwolenia na kompromis z silnym i nieuczciwym wrogiem. Czy tą drogą można dojść do celu, o który naprawdę miało chodzić? Jedni za Dmowskim idą, inni - liczni - go opuszczają. Kto ma rację - wtedy i kiedy indziej w sytuacjach innych, ale jakoś podobnych? Tak, pytam tu i o Okrągły Stół. Dekadentyzm traktujemy jako pojęcie z historii literatury, czasem sztuk pięknych. To była - i jest do dziś - filozofia, spojrzenie na świat. Nieufne wobec wszelkich stwierdzeń kategorycznych, wątpiące o wszystkim, skłonne do drwiny, ale w gruncie rzeczy gorzkie, ukrywające własny lęk i tęsknotę za prawdą i za sensem życia. Niepokorni inteligenci - ci od pracy u podstaw i ci od szykowania rewolucji - byli entuzjastami. Ich młodsi bracia kontynuowali najczęściej ich wysiłki, ale w chwilach zamyśleń nie widzieli nad sobą ideologicznych konstrukcji przyszłego szczęścia ludzkości, tylko nieprzeniknioną schopenhauerowską mgłę. Z początku mogło się to wydawać chwilową modą, smakiem absyntu, ale mijały dziesięciolecia, dokonywały się okropności wojen, przetaczały się walce totalitarne - kontrast między dobrem i złem jawił się przeraźliwie czytelnie, a inteligent, nawet walcząc po jednej lub drugiej stronie, zawsze chciał - czy musiał - wątpić. Do ufności - prawdziwej, nie udawanej dla kariery - jest psychicznie niezdolny. Kto tego nie wie, nie dogada się z nim nigdy. Inteligenta z końca XIX wieku można nazwać warszawiakiem - był dzieckiem tutejszej sytuacji i oddychał tutejszą atmosferą. Po 1905, a jeszcze radykalniej - po 1915 roku, w kręgu inteligenckim zaczęli się pojawiać ludzie wychowani gdzie indziej i inaczej. Po stu latach trudno zdać sobie sprawę z różnic mentalności w trzech zaborach przed wielką wojną. Były ogromne. Polacy z zaboru pruskiego mieli wtedy sytuację naprawdę groźną: Niemiec i w twarz pluł, i dzieci germanił. Był w ataku. Polacy trwali w oporze, skutecznym, bo solidarnym, zorganizowanym i światłym, ale o optymizm było trudno. Silny czarno-biały front narodowy skupiał w polskim obozie wszystkie żywioły społeczne i nie sprzyjał wyodrębnianiu się inteligencji jako formacji osobnej. Galicja była diametralnie różna: Wiedeń nie wydawał się domem niewoli, polskość stawała się sposobem uczestniczenia w wielonarodowej monarchii habsburskiej. Samo społeczeństwo było natomiast ostro podzielone ekonomicznie, socjalnie i kulturowo. Bardzo biedny ekonomicznie chłop z roku na rok stawał się wyrazistszą siłą polityczną. To jego dzieci, do szkoły mające zawsze pod górkę, ale w tej drodze uparte, tworzyły inteligencję galicyjską, od warszawskiej krańcowo różną, urzędniczą albo uczelnianą, pracowitszą, ale mniej upolitycznioną, w etosie swym nawiązującą do tradycji ludowych. Były wreszcie Kresy - od Kowieńszczyzny i Inflant na północy po Podole i Kijowszczyznę na południu. Kraje, w których niepolski i nierosyjski chłop wtedy właśnie odnajdywał swą litewską, łotewską, białoruską czy ukraińską tożsamość narodową i kwestionował dominującą od stuleci na jego ziemi, politycznie kneblowaną, ale wciąż bogatą kulturę polską. Tu inteligentem stawał się stopniowo ziemianin, czasem ubogi, czasem bogaty, ale zawsze z racji samej swej polskości zaliczany do kulturalnej elity i do "panów". Jego etos "strażnika polskości na Kresach" bywał bardzo wyrazisty, ale z etosem warszawskiego polityka, poznańskiego społecznika czy galicyjskiego ludowca wspólnego miał niewiele. Jak się te etosy, te tradycje duchowe, te różne imiona polskości, krzyżowały, zderzały czy sumowały w mentalności polskiego inteligenta Anno Domini 1918, kiedy stanął przed nim nowy i w gruncie rzeczy zaskakujący go obowiązek budowy niezależnego państwa polskiego? I jak ta mentalność ewoluowała w toku całych dwudziestowiecznych dziejów polskich?Państwo nie nasze Inteligent potrafi o państwo walczyć. Czy potrafi mu służyć? Na pewno jest temu państwu niezbędny - przez swoją wiedzę, inwencję, energię i odwagę myślową, można wyliczać dalej... Równocześnie jednak jego nieustanny krytycyzm, hiperkrytycyzm i ironiczny dystans utrudniają mu akceptację powolnego i jednostajnego ruchu ciężkiej biurokratycznej machiny, jaką jest każda instytucja, a tym bardziej cały aparat państwowy. Inteligent zżyma się, wykrzykuje, wyśmiewa, a wreszcie porzuca swoje miejsce na taśmie państwowego warsztatu. Jego odejście bywa buntem i zarazem ucieczką. Zastąpi go ktoś od niego mniejszy - i mniej wymagający. Mierny, bierny, ale wierny. W dwudziestoleciu niepodległej Polski inteligent rasowy rzadko okazywał się "państwowcem". Był za to społecznikiem. Na tym wolnym od państwowego rygoru polu chętnie i za darmo odrabiał swoje obywatelskie powinności. Wartość i powaga państwa okazały się bezdyskusyjne wtedy, gdy go na powierzchni zabrakło. Wojenne państwo podziemne było kreacją inteligencką i do inteligenta najsilniej przemawiało. Wielką rzeczą było to, że w jego władzach spotkali się razem endecy, pepeesowcy, ludowcy i chadecy. Jeszcze większą, że autorytet tego rządu, nawołującego naród z emigracji, nie bardzo czytelny dla całego społeczeństwa, właśnie w inteligencji znajdował najsilniejsze oparcie. Podziemie było dziełem przede wszystkim inteligencji. I chłopów. A potem przyszła komuna - i państwo polskie-niepolskie, swoje-nieswoje. Inteligenckie oceny sytuacji zwłaszcza na samym początku bywały różne, z wielką jednak przewagą tych zdecydowanie krytycznych. Ale innego państwa na razie być nie mogło, a kraj i ludzkie potrzeby wymagały pomocy. Pracowało się w strukturze państwowej - myślało się o kraju. I dwa te pojęcia rozeszły się w świadomości inteligenckiej bardzo daleko. Dobrze pełniona praca przynosiła zaszczyt i uzna nie, ale ordery przyjmowane za nią budziły zażenowanie. Oczywiście - cały tłum inteligentów pchał się po PZPR-owskie kariery, ale wiadomo było, że to zwykły oportunizm. Na pewno władze komunistyczne poparcia dla swej polityki domagały się najbardziej właśnie od inteligentów, nacisk na nich był najsilniejszy. Ale był też najskuteczniejszy. Żadna inna warstwa społeczna nie dostarczyła tylu chętnych do współpracy z reżimem. Z drugiej strony - właśnie wśród inteligencji było mnóstwo tych, którzy umieli powiedzieć wyraźne: nie. Nie uciekali ani przed represjami, ani przed dotkliwą biedą - i za to byli szanowani przez otoczenie. Niedostatek był znamieniem przyzwoitości - i takie widzenie świata stało się ważną cechą ówczesnego inteligenckiego etosu. I tak było niemal do końca. Program "Solidarności" z września 1981 obejmował cały kraj - i nie dotykał państwa. Wiedzieliśmy, że państwo nie jest nasze. Polski inteligent zawsze czuł się demokratą. I zawsze starannie podkreślał w sobie to, co go od ludu różniło. Robotnik, a zwłaszcza chłop, byli dlań na ogół bytami egzotycznymi, ludźmi innego języka, obyczaju, wrażliwości. Tematami literackimi. Prawda, różnice kulturowe rzeczywiście były duże, ale od strony inteligenta reakcje na tę inność robiły wrażenie lękowych. Ciekawe, że w inny, całkiem naturalny sposób, zachowywali się wobec tzw. ludu, czy tzw. proletariatu, znacznie odleglejsi od demokratycznych przekonań ziemia nie bądź zwykli burżuje. Wynikało to zapewne stąd, że inteligent polski w istocie czuł swą podwójną - polską i zachodnioeuropejską - przynależność kulturową: w Paryżu czy Londynie czuł się Polakiem, ale w Grójcu czy Włodawie - człowiekiem z Zachodu, znękanym trudem europeizacji Polski. Że Polska tej europeizacji tak bardzo nie potrzebuje, bo pozostając sobą, też jest Europą, tylko trochę inną, a niekoniecznie gorszą, nie przychodziło mu wtedy do głowy. I często nie przychodzi dotąd. Pewna demokratyzacja obyczajów i wzajemnych stosunków socjokulturowych nastąpiła podczas okupacji niemieckiej, zadziałała tu zapewne wspólnota historycznego losu, ale i zaangażowań i postaw politycznych. W czasie wojny - i po niej. Osławiony powojenny "awans społeczny" młodzieży wiejskiej, dający jej cenne wykształcenie, w małym stopniu zetknął ją z etosem dawnej polskiej inteligencji, dokonywał się bowiem na ogół kanałami ściśle kontrolowanymi ideologicznie przez komunistyczne władze. Kontakty wsi z inteligentami były wąskie, ale wiodły zupełnie inaczej. Faktem jest, że, wbrew przewidywaniom wieś polska okazała się potem najbardziej zaciętą w antykomunistycznym oporze, spotykając się tu z postawami tej twardszej części polskiej inteligencji. Etos polityczny obu warstw zbliżał je do siebie, choć kultury środowiskowe wciąż pozostawały odmienne. Niespodziewaną przestrzenią zbliżenia stawał się z wolna Kościół. Przekona nie o jednoznacznie laickim charakterze etosu polskiej inteligencji jest na ogół traktowane jako historyczny pewnik. Sam je zresztą podtrzymywałem w "Rodowodach niepokornych" i w jakimś zakresie czynię to nadal. Warszawscy wychowankowie Wiślickiego, Świętochowskiego, Krzywickiego czy Nałkowskiego od Kościoła trzymali się jak najdalej i mieli po temu poważne filozoficzne i ideowe powody. Za nimi szły całe środowiska kształtujące mody intelektualne i obyczajowe. Polska kultura inteligencka - i szerzej: wielkomiejska - pierwszej połowy XX wieku była znacznie bardziej zdechrystianizowana, niż się nam to z dzisiejszej perspektywy wydaje. Kościoła w niej nie było, a jeśli czasem się pojawiał, to jako sformalizowany relikt przeszłości albo ozdobnik uroczystości oficjalnych. Rzecz przedstawia się jednak inaczej, kiedy historię świadomości inteligenckiej rozpatrujemy w dłuższym przebiegu czasowym i na szerszej, pozawarszawskiej przestrzeni. I to począwszy aż od samego oświecenia, które przywykliśmy traktować jako główne źródło ateistyczno-masońskiej zarazy. Koryfeusze ówczesnej kultury polskiej i niewątpliwi protoplaści naszej inteligencji, to z reguły duchowni: Konarski, Kołłątaj, Staszic byli księżmi, Krasicki, Albertrandi i Naruszewicz - biskupami, a Woronicz - nawet prymasem. Czy ich duchowne sukienki to tylko oportunistyczny pozór zakrywający laickie wnętrza? Trudno byłoby to udowodnić na podstawie ich dokonań i literackiej twórczości. Znacznie bardziej intrygująca pod tym względem jest Wielka Emigracja. Jej dzieje to cała kopalnia wątków religijnych, czasem ortodoksyjnie katolickich, czasem od Rzymu bardzo dalekich, ale dobrze zakorzenionych w europejskiej kulturze filozoficznej. Wiara Mickiewicza, Krasińskiego, Jańskiego, Semenenki, Kajsiewicza, Felińskiego, Norwida wreszcie nie była naiwną emocją "prostaczków ze Wschodu", ale dojrzałą refleksją, korespondującą z tym, co sądzili najwybitniejsi myśliciele romantyzmu chrześcijańskiego Francji, Niemiec, Anglii, a z drugiej strony - Rosji. To miejsce polskich elit intelektualnych w światowej myśli religijnej zostało potem w samej Polsce zapomniane. Kiedy w drugiej i trzeciej dekadzie XX wieku w polskim krajobrazie pojawiali się nowi intelektualiści katoliccy, nawiązywali do zachodnich wzorów katolickich z Fryburga, Louvain czy Paryża, nie sięgali natomiast do korzeni polskich. Tak czy inaczej nowa polska inteligencja katolicka pojawiła się już przed drugą wojną światową w kilku ośrodkach akademickich (Warszawa, Kraków, Poznań, Wilno, Lwów) i ten nowy fenomen społeczny urozmaicił barwy inteligenckiego etosu. Był to katolicyzm bardzo otwarty na inspirację europejską i w wielu swych cechach zapowiadał już przyszłe przemiany Vaticanum II. Kontynuację tego nurtu po wojnie odnaleźć można zarówno w środowisku naukowym KUL, jak i - bardzo wyraźnie - w myśli "Tygodnika Powszechnego", "Znaku", "Więzi" czy ruchu Klubów Inteligencji Katolickiej. Grupowała się tam inteligencja ożywiana tymi samymi ideami wolnościowymi, demokratycznymi i protestem przeciwko totalitarnym zapędom władzy komunistycznej, jakie spotkać można było w niektórych kręgach inteligencji od pokoleń zlaicyzowanej. Sprzyjało to tworzeniu się środowisk wspólnych, światopoglądowo mieszanych. W tym samym kierunku szła nie zawsze wierząca młodzież studencka, tłumnie odwiedzająca duszpasterstwa akademickie, będące w latach 70. oazami swobodnej dyskusji filozoficznej, ideologicznej, a miejscami i politycznej. Sądzę, że dla tamtych lat można już mówić o wspólnym etosie obu kręgów młodej inteligencji polskiej. Ciekawym rysem tej sytuacji było zjawisko wielkiego autorytetu moralnego, jakim dla tej młodzieży bardzo niepokornej, buntującej się i żarliwie szukającej europejskiej nowoczesności, był konserwatywny, mało skłonny do dialogu i często autorytarny prymas Wyszyński. Uwagi takie można by jeszcze kontynuować długo. Podsumować się chyba nie dadzą. Na koniec więc jedno tylko spostrzeżenie: etos inteligencki zmienia się w poszczególnych pokoleniach, zawsze jest jednak szukaniem wartości i formułowaniem ocen. Spornych, wątpliwych, czasem wręcz niesłusznych, ale wypowiadanych serio i w dobrej wierze. Jest więc czymś ważnym, fundamentalnym. Bez sporu o wartości inteligencja nie będzie sobą, jej gada nie, choć uczone, okaże się puste. Przy sporze zakłamanym i pełnym inwektyw - będzie z kolei dla społeczeństwa niewiarygodne. Taka inteligencja na nic się nie przyda i - jak ta ewangeliczna zwietrzała sól - zostanie "podeptana od ludzi". Oby się tak nie stało. Bohdan Cywiński (ur. 1939 r.) historyk idei, publicysta, w PRL działacz opozycji. Autor słynnych "Rodowodów niepokornych" (1971 r.)
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL