Opinie

Skrupulatny kolekcjoner bardzo dziwnych wiadomości

Fotorzepa, Raf Rafał Guz
Władysław Kopaliński, najsławniejszy współczesny polski leksykograf, twórca "Słownika wyrazów obcych i zwrotów obcojęzycznych" oraz "Słownika mitów i tradycji kultury", nie dożył stu lat. Skończyłby je 14 listopada, choć data jego urodzin budzi wątpliwości. Zmarł w Warszawie w piątek nad ranem
Cztery lata temu tomem "Mój przyjaciel Idzi" przypomniane zostało mniej znane, nieco już zapomniane wcielenie Kopalińskiego - felietonisty. Najstarsze z felietonów uwzględnionych w tym wyborze pochodziły z roku 1957, najmłodsze z 1975. W sumie pisał je autor przez 21 lat, głównie w niedzielnym wydaniu "Życia Warszawy", a później w "Polityce". Czy wytrzymały próbę czasu? I tak, i nie. Niekiedy były to, mówiąc bez ogródek, teksty o niczym i jako takie nie mogą dziś wzbudzać entuzjazmu. Z drugiej strony stanowią popis pisarskiej elegancji, co jest wartością samą w sobie.
O czym pisał Kopaliński? W "Życiu Warszawy" naturalnie o Warszawie - i o tamtej dawnej, nieistniejącej (kiedy zdenerwował się na duby smalone, które plótł Andrzej Szczypiorski, przeciwstawiając przedwojenne miasto nędzy powojennej pięknej stolicy), i o tej współczesnej, znanej aż za dobrze, sprawiającej kłopoty, ale kochanej przecież. Pisał o kobietach - ze znajomością rzeczy i z zadziwiającą pewnością, że bania z feminizmem kiedyś i nad Wisłą wybuchnie. Pisał też o Ameryce, gdzie pod koniec lat 50. wylądował jako korespondent PAP. Wody nie ma prawie wcale
Inteligent pisał dla inteligencji. Taka wtedy jeszcze była. Władysław Kopaliński trafiał w jej oczekiwania, doskonale wiedząc, że jedno słowo o socjalizmie zniweczy cały jego trud i zerwie cienką nić porozumienia między autorem a czytelnikami. Dlatego puszczał do odbiorców perskie oko, dlatego droczył się z cenzorem, dlatego proponował coś na kształt pozytywistycznego programu działania dla tych wszystkich, którym nie do twarzy było z czerwoną legitymacją, ale też nie spieszyli się na barykady, by walczyć z komuną. Prawdą jest też jednak, że byle kogo za wielką wodę Polska Agencja Prasowa nie wysyłała. Kopaliński, tak lekko poczynający sobie z cenzurą, legitymację PZPR nosił do 1981 roku. A w socrealistyczną historię hańby literatury polskiej wpisał się sławną sztuką "Baśka" (1954). Przyznawał się też, że przed wojną był zagorzałym sympatykiem Komunistycznej Partii Polski, a w drukarni jego ojca publikowano partyjne ulotki. Późniejsze jego teksty bywały kroniką codzienności, nieco wyrafinowaną. Pozwolę sobie zacytować w tym miejscu fragment felietonu "Dzienniczek" z 1960 roku: "W ogromnym sklepie warzywniczym na parterze wszystkie półki zajęte przez butelki win importowanych. Kartofle mają niebawem nadejść. Cebuli brak. Sól będzie. Jabłka są, ale zgniławe. Wszystkie cztery sprzedawczynie odwodzą mnie od zakupów. Koperek ma być wieczorem. Kończę Gerharda Kuipera. On sądzi, że powierzchnia Marsa składa się z brązowego felzytu, czyli krzemianu glinu i potasu. Wody nie ma prawie wcale. Czy można żyć w takich warunkach?". Na felietonowy użytek stworzył postać Idziego, swoje alter ego popijające piwo i prowadzące monologi na rozmaite luźne tematy, pozornie od życia oderwane. Lektura monologów tego "optymisty integralnego" wywołuje dziś tęsknotę za czymś szlachetniejszym, może nie piękniejszym, ale zdecydowanie mądrzejszym. I za - co podkreślam raz jeszcze - elegancją. Niewymuszoną, nienabytą, najwyżej z lekka zalatującą dziś już nieużywaną naftaliną. Tak jak Kabaret Starszych Panów. Nawiasem mówiąc, to on - jako dyrektor programowy Polskiego Radia w pierwszych latach powojennych - ściągnął z powrotem na radiową antenę Jeremiego Przyborę. Początkowo chciał go "pożenić" z Kazimierzem Wajdą, pamiętnym Szczepkiem ze Lwowa i z Antonim Marianowiczem, lecz w rezultacie stanęło na parze Jeremiego Przybory z Jerzym Wasowskim. I była to najtrafniejsza decyzja personalna dyrektora Stefczyka. Bez względu na polityczną aurę Dlaczego Stefczyka? Bo po wojnie nazywał się Jan Stefczyk, a przed wojną Jan Sterling. Matką tego rodowitego warszawianina była Regina z Willerów. Ojciec Stanisław Stefczyk był dyrektorem drukarni. Przyszły twórca największego powojennego bestsellera, jakim się stał po trzydziestu edycjach "Słownik wyrazów obcych i zwrotów obcojęzycznych", ukończył gimnazjum filologiczne w Warszawie, tu też po maturze studiował filologię klasyczną na UW. W czasie wojny udzielał prywatnych lekcji języków obcych, po wojnie trafił do Polskiego Radia. Niezależnie od "politycznej pogody" zwracał uwagę na znaczenie audycji kulturalno-oświatowych. "Bierne konsumowanie kultury z radia czy telewizji cudów nie sprawi - powiedział po latach w jednym z nielicznych wywiadów, jakich udzielił. - Ten proces wymaga znacznie więcej zachodu". Pamiętam, jak na jednej z promocji swoich książek powiedział: "Od tylu lat słyszę narzekania, czytam uczone rozprawy i gazetowe felietony i ani nie jestem pewny pożytku, jaki one przynoszą, ani też nie dostrzegam rzeczywistych zagrożeń dla naszego języka. Martwi mnie co innego, że bardzo wielu ludzi, także - a może przede wszystkim - młodych, nie rozumie podawanych im treści, m.in. przez radio, telewizję, prasę". "Wydaje się to niewiarygodne - mówił - ale nawet amerykańskie filmy sensacyjne są niekiedy dla tych odbiorców za trudne. Nie nadążają oni za akcją filmu, nie wiedzą, o co w nim chodzi, nie rozumieją wypowiadanych kwestii". Między innymi z myślą o nich uzupełniał Władysław Kopaliński swoje słowniki, podkreślając zawsze, że nie jest językoznawcą, lecz leksykografem, a to kolosalna różnica. Fiszki w kartonowych pudełkach Nie pchał się na afisz. Nagród, choć ceniony był jak mało kto, otrzymał niewiele, z bardziej znaczących w 1991 Polskiego Pen Clubu i pięć lat później Ikara. Uzasadnienie tego drugiego wyróżnienia było najkrótsze z możliwych: "Za wielką pracę i wybitne dokonania w służbie języka ojczystego". Ciekawe, że ten autor, tak nowoczesny w swoim stosunku do współczesnej polszczyzny, w pracy nad słownikami stosował tradycyjne - by nie powiedzieć archaiczne - metody pracy. Nieufny wobec komputerów, kolekcjonował fiszki w kartonowych pudełkach. Był członkiem Stowarzyszenia Pisarzy Polskich, ale z przekorą mówił o sobie: "Nie jestem pisarzem. Samo pisanie nie czyni pisarza. Księgowy też pisze". Powszechnie uchodził za leksykografa doskonałego. Ale był też znanym tłumaczem i edytorem. Przybrał nazwisko Kopaliński, chcąc uczcić pamięć swej polonistki Joanny Kopalińskiej, której zawdzięczał zainteresowanie językiem i literaturą. Zapamiętałem PWN-owską promocję "Słownika wydarzeń, pojęć i legend XX wieku", gdy prowadzący spotkanie Andrzej Szczypiorski wygłosił nieoczekiwanie pochwałę PRL, za co jak najsłuszniej zebrał cięgi z sali. Kopaliński sprawiał wrażenie zażenowanego sporem: być może serce podpowiadało mu, by bronić lat durnych i chmurnych, ale wiedza nie pozwalała fałszować rzeczywistości, także tej wczorajszej. A "Słownik wydarzeń, pojęć i legend XX wieku" pozostał niedocenioną chyba pracą Kopalińskiego, choć spokojnie można go przyrównać do sławnego (i nagrodzonego w swoim czasie przez podziemną "Solidarność") "Słownika mitów i tradycji kultury". Są w nim hasła zdumiewające. Oto np. zestawił autor listę pojęć i przedmiotów "skończonych lub kończących się" w XX wieku. Czegóż tutaj nie ma! Binokle sąsiadują z blindą (opaską na wąsy), kalosze z kałamarzem, linotyp z lizeską (kaftanikiem wkładanym przez damy do czytania w łóżku), mufka z music hallem, reduta (publiczny bal maskowy) z rykszą, suwak logarytmiczny z syfonem, a woalka z wyżymaczką. Furman nie może być koniem "XX wiek - pisał Władysław Kopaliński - był okresem burzliwym, a przy całym swym cywilizacyjnym zadęciu także barbarzyńskim i okrutnym". Wojny, powstania i rewolucje pochłonęły 200 milionów ofiar, ale też współcześnie co roku ludność świata rośnie o 100 mln. Przy tym co trzeci człowiek żyje w biedzie. Smutne refleksje budzi zestawienie osób najczęściej wymienianych w tym słowniku przez Kopalińskiego. Dominują, oczywiście, politycy, a wśród nich - ludobójcy: Hitler i Stalin. Piąty jest Lenin, dziewiąty Mussolini, dziesiąty Mao Zedong, dziewiętnasty Lew Trocki. Z polonocentryzmem autor nie przesadzał, dość często przywołując jedynie Piłsudskiego, no i Lecha Wałęsę, ale to głównie z racji jego niepowtarzalnych powiedzeń, nie wyłącznie tych najbardziej znanych. Pamiętają może państwo? "Kurcze! Ja nie jestem on, ja jestem my!" lub "Furman nie może być koniem i odwrotnie". Władysław Kopaliński był nie tylko wnikliwym obserwatorem współczesności (zauważone zostało przez niego m.in. disco polo i falandyzacja prawa), lecz także wybitnym erudytą i kolekcjonerem wiadomości bardzo dziwnych, pozornie błahych, często zabawnych. Dzięki temu miały u niego swoje hasła uliczna budka telefoniczna i koktajl alkoholowy Bloody Mary, fast food i diler (ach, ta angielszczyzna!), czek podróżny i biust silikonowy. Słownik przypomni nam m.in., że pojęcie aksamitnej rewolucji jest autorstwa znanego publicysty brytyjskiego Timothy'ego Gartona Asha, że hasło "Dołoj gramotnych!" (Precz z wykształconymi) rzucił Jan Wacław Machajski, działacz robotniczy będący pierwowzorem Andrzeja Radka z "Syzyfowych prac" Żeromskiego, że wreszcie stosunek przerywany Biblia (Gen. 38, 10) nazywa rzeczą obrzydliwą. W swoim wyborze faktów, rzeczy i wydarzeń Władysław Kopaliński pokazuje przede wszystkim jednak historię najnowszą i współczesność. Pręt żelazny zgięty na końcu... "Erudytą najlepszego gatunku, bo dyskretnym, bez besserwiserstwa" określił go wiele lat temu Karol Małcużyński. Tę opinię tak uzasadniał: "Przekazywana ustnie legenda głosi, że Bolesław Prus tak kiedyś określił różnicę między dobrym a złym dziennikarzem? "Zły dziennikarz pisze to, co wie, a dobry dziennikarz wie, co pisze". Kopaliński wie, co pisze, i wie, dlaczego o tym właśnie pisze. A przy tym Kopaliński wie bardzo dużo". Napisał wiele słowników autorskich, takich jak - oprócz wcześniej wymienionych - m.in.: "Słownik symboli", "Słownik przypomnień", "Słownik eponimów", "Leksykon wątków miłosnych". Żaden z nich nie mógł jednak dorównać popularnością "Słownikowi wyrazów obcych", którego pierwsza edycja ukazała się w 1967 roku. "Słownik ten - przestrzegał autor - nie jest podręcznikiem języków obcych. Słownik powinien w zasadzie tylko wyjaśniać". Ale, pamiętam, jak w 1999 roku z okazji 25. wydania "Słownika wyrazów obcych i zwrotów obcojęzycznych" Władysław Kopaliński wyliczał, czego w tym dziele nie ma. Na próżno będzie w nim szukał czytelnik takich wyrazów, jak granodioryt (magmowa skała głębinowa), halimeda (glon z rzędu komórczakowatych), izobutylen (odmiana izomeryczna butylenu) czy komat (niepoznawalna słuchem odległość między dźwiękami). Od tego są inne, wielkie słowniki, w których się roi również od uczonych objaśnień, czym jest np. papier, a czym lampa, czym kapelusz, a czym hak. Taki hak np., gdyby ktoś nie wiedział, to "pręt żelazny zgięty na końcu, służący do zawieszania na nim...". Otóż tego wszystkiego w "Słowniku wyrazów obcych i zwrotów obcojęzycznych" się nie znajdzie! Jest za to duży wybór imion własnych z mitów, legend, historii i literatury; są zwroty i cytaty ze szczególnym uwzględnieniem Biblii, klasyków antycznych i wielkich literatur nowożytnych. Niebawem będziemy mogli poznać ostatnie dzieło Władysława Kopalińskiego, przygotowywaną przez niego dla Wydawnictwa Rytm książkę "Od słowa do słowa" będącą wyrazem jego fascynacji etymologią.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL