fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Film

Film Xavier Beauvois Ludzie Boga na ekranach

ROL
Nagrodzeni w Cannes „Ludzie Boga” Xaviera Beauvois od dziś na ekranach. Opowiada o o porwaniu i morderstwie francuskich zakonników
26 marca 1996 roku w algierskiej Tibhirine zostało porwanych siedmiu francuskich mnichów z zakonu cystersów. Dwa miesiące później odnaleziono ich ciała. Do mordu przyznała się Zbrojna Grupa Islamska, ale okoliczności śmierci trapistów nigdy nie zostały wyjaśnione.
Francuski reżyser Xavier Beauvois przeniósł tę historię na ekran. Jednak nie zrobił filmu o przemocy i śmierci. „Ludzie Boga” są piękną i mądrą opowieścią o tych, którzy płacąc własnym życiem, nie ugięli się przed złem.
Film otwierają obrazy spokojnego bytowania cystersów w klasztorze położonym w górach północnej Afryki. Zakonnicy uprawiają ogródek, modlą się i żyją w przyjaźni z miejscowymi wieśniakami, którzy przychodzą do ich skromnej siedziby po buty, poradę medyczną, chwilę rozmowy. Czas jakby się tu zatrzymał. Ale w Algierii narastają niepokoje. 18-letnia dziewczyna zostaje zasztyletowana w autobusie, bo nie ma zasłoniętej twarzy. Zbrojna Grupa Islamska nakazuje, by kraj opuścili cudzoziemcy.
Fundamentaliści mordują chorwackich robotników. To wszystko dzieje się tuż obok. Ośmiu mnichów musi podjąć decyzję: zostać w Tibhirine czy wrócić do Francji. Nie są jednomyślni. Przeor, ojciec Christian, odrzuca jakąkolwiek myśl o wyjeździe, ale są i tacy, którzy nie chcą narażać życia albo zwyczajnie się boją. „Nie po to zostałem zakonnikiem, żeby ginąć” – mówi jeden z braci. W końcu jednak, po naradach, zostają. Wszyscy. Nie chcą zawieść mieszkańców wioski, nagle, w obliczu zagrożenia, zniknąć z ich życia. Nie chcą też zdradzić wartości, którym służą.
Przypomina mi się mało znany, ale świetny film Waldemara Dzikiego „Kartka z podróży”. Tam stary człowiek, Żyd zamknięty w getcie, czeka na to, co nieuchronnie nastąpi. W piekle II wojny światowej zachowuje godność, pokonując strach. Podobnie jest z francuskimi zakonnikami, którzy wcale nie są religijnymi fanatykami. Nie czują się też męczennikami czy świętymi. To zwyczajni ludzie, którzy pragną żyć w spokoju i harmonii. Nie składają z siebie ofiary. Po prostu wiedzą, że ustąpienie przed złem jest jego akceptacją. Ucieczką. Zdradą własnych ideałów. Bardzo świadomie podejmują decyzję o zostaniu w Algierii. Kiedy pod bramą po raz pierwszy zjawiają się terroryści, ojciec Christian nie pozwala im wejść na teren klasztoru z bronią. Przywódca odbezpiecza karabin. „Nie masz wyboru” – mówi. „Ja zawsze mam wybór” – odpowiada mnich. I właśnie owa możliwość wyboru sprawia, że jest wolny.
W jednej z najpiękniejszych scen zakonnicy spożywają razem kolację. Stary mnich przynosi z piwnicy dwie butelki wina. To symboliczna ostatnia wieczerza. Wiedzą, że wkrótce terroryści rozwalą karabinami bramę ich domu. Kamera długo obserwuje ich twarze. Żal za życiem, pogodzenie z losem. Siłę ludzi, którzy kiedyś postanowili nieść pokój i nie chcą pozwolić, by przemoc nimi zawładnęła.
Film Beauvois toczy się w wolnym tempie, często w ciszy. Twarze znakomitych aktorów – Lamberta Wilsona, Michaela Lonsdale’a czy Jacques’a Harlina mówią więcej niż słowa. Siedem prostych krzyży wśród śniegu zostaje w pamięci jak krzyk przeciw nienawiści.
Jestem pod wielkim wrażeniem tego skromnego, przejmującego filmu.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA