Historia

Ostatnie święta na Kresach

rodzina Wilgów na tle rodzinnego majątku w Worobiówce
archiwum Ireny Herbich
Była zima roku 1938. Jak co roku moja Babcia, Irena Wilżanka, jechała na święta do Hat’i - majątku wujostwa Kazimierza i Zofii Peretiatkowiczów - położonego na Wołyniu, w powiecie Łuckim
Mieszkała wówczas w Warszawie, gdzie uczęszczała do szkoły z internatem prowadzonej przez Ss. Nazaretanki. Ponieważ Worobiówka, majątek rodziny Wilgów, po 1920 roku pozostała poza granicą Polski - po stronie bolszewickiej, mama Babci, Irena Wilżyna, przez wnuki zwana Bapi, zamieszkała na stałe u swego brata w Hat’i.
[wyimek][link=http://www.rp.pl/galeria/9131,1,583463.html]Zobacz galerię zdjęć[/link][/wyimek] Z Warszawy do Hat’i jeździło się koleją do Łucka. Pociąg kursował raz dziennie i jechał całą noc. Bezpośrednie połączenie Warszawa - Łuck - Zdołbunów z wagonami sypialnymi do Łucka wprowadzono dopiero w 1933 roku. Uprzednio konieczna była przesiadka w Kivercach, skąd do Łucka jechało się jeszcze 30 km ciuchcią ze stareńkimi wagonami. Do Łucka przysyłano z Hat’i konny powóz, który zabierał podróżnych do majątku. Już z okien podjeżdżającego na stację pociągu widać było pojazd oczekujący na rozległym placu przed dworcem.
Przyjezdni, którzy chcieli przenocować w Łucku przed dalszą podróżą, mogli zatrzymać się w pięciopokojowym (nie mylić z pięciogwiazdkowym) hoteliku Goldberga, poczciwego i powszechnie lubianego Żyda. Któregoś razu ciotka mojej Babci, Zofia Chońska, zatrzymawszy się tam na noc, ze zdziwieniem zauważyła, że jej pościel jest nieświeża. Na co pan Goldberg, który znał wszystkich mieszkańców okolicznych majątków, powiedział, nie ukrywając zdziwienia: „Uś, a co to pani szkodzi. Tydzień temu spał w tym łóżeczku brat pani dziedziczki. Ze Skurcza”. Konie również miały swoje miejsce na nocleg u Goldberga. Jeśli musiały zostać na noc w Łucku, stały w wynajmowanej stajni. Stangret za pobyt poza domem dostawał tzw. „strawne”, które wynosiło 1 złoty za dzień. W tamtych czasach w okolicy Łucka nie było szos – wyłącznie drogi gruntowe z głębokimi rozmiękłymi koleinami wiosną i jesienią, zaś zimą zasypane śniegiem. O wywrotkę nie było trudno. Zofia Chońska tak bała się podróży powozem, że całą drogę mówiła litanię do stangreta Józefa: „mój Józefie, mój kochany, mój złoty, tylko uważaj”, co zawsze bawiło domowników Hat’i, a w szczególności dzieci, które przepadały za tym rodzajem podróżowania. Zimą 1938 roku przejazd ze stacji kolejowej w Łucku do Hat’i był szczególnie utrudniony. W ostatnie przedwojenne święta spadły tak obfite śniegi, że nawet pociągi zostały odwołane. Podróżni koczowali na dworcach, co przypominało Cioci Zosi Chońskiej czasy wielkiej wojny światowej. [srodtytul]Zwyczaje wigilijne w Hat’i[/srodtytul] Tradycje wigilijne i świąteczne były ściśle przestrzegane w rodzinnym majątku Peretiatkowiczów. Wilię zawsze spędzało się w wąskim gronie rodzinnym. Taki był zwyczaj i nikt go nie zmieniał. Z kolei w pierwszy i drugi dzień świąt składało się albo przyjmowało wizyty. Zazwyczaj odwiedzało się cioteczne siostry Bapi i ich rodziny: Kownackich w majątku Stare Berezie albo Czerwińskich w Podbereziu. Na święta Bożego Narodzenia przybierano jadalnię czterema snopami zbóż: pszenicą, żytem, jęczmieniem i owsem, stawianymi po jednym w każdym kącie. Choinkę dzień przed Wigilią ubierały dzieci. Przygotowaniem wieczerzy wigilijnej zajmowały się kobiety. W tym czasie mężczyźni byli zajęci inną ważną czynnością, traktowaną nieomal jak rytuał - zgodnie z powszechnym obyczajem, nie tylko kresowym, udawali się na polowanie wigilijne. Wyjście mężczyzn na polowanie odpowiadało także gospodyniom, nie przeszkadzali w domowej krzątaninie. Czasem i starsze dzieci wysyłane były z domu. Babcia, wraz z ciotecznym bratem Wackiem Chońskim, chętnie brała udział w nagance. W Wigilię polowanie trwało do pierwszego ubitego zwierza, „do pierwszej krwi”, po czym składało się dziękczynienie za pomyślne łowy i życzyło udanych polowań w nadchodzącym roku. Rok 1939 nie przyniósł myśliwym pomyślnych łowów... Wuj Babci, zawołany myśliwy Michał Peretiatkowicz, podczas ucieczki z Wołynia przed wojskami radzieckimi we wrześniu 1939 roku, z obawy przed licznymi rewizjami czerwonej milicji, musiał wrzucić do rzeki wszystką broń myśliwską, ukochane sztucery i dubeltówki, ukrywane na wozie pod ławą, na której siedziała Babcia. Wróćmy jednak do ostatniej przedwojennej Wigilii w Hat’i. Tuż przed wieczerzą wigilijną przychodził rządca z żoną składać wujostwu Peretiatkowiczom życzenia świąteczne w imieniu wszystkich pracowników majątku. Większość z nich była prawosławna i obchodziła Boże Narodzenie w okresie, gdy dwór świętował Trzech Króli. Babcia, wracając z ferii świątecznych do szkoły, po drodze do stacji kolejowej widziała, jak ciemne postacie rozświetlone światłem świec wracają wieczorem z cerkwi na wieczerzę wigilijna. Ze służby dworskiej jedynie kucharz był katolikiem. Mimo różnic kalendarza, wszyscy pracownicy dworu dostawali w prezencie na święta ryby, wybrane ze stawu spuszczonego dzień przed Wigilią. Jeżeli woda zamarzła, ryba była odławiana niewodem ciągniętym przez wyrąbane przeręble. Ze względu na znaczne odległości pomiędzy dworami a kościołem, proboszcz nie chodził po kolędzie. Dzień przed Wigilią, w jego imieniu, do dworu przyjeżdżał z opłatkiem organista. Na pasterkę do kościoła odległego o 16 km od Hat’i też się nie jeździło, a to z obawy, iż nie dotrze się tam nocą po nieubitych, zaśnieżonych drogach. O wywrotkę nie było trudno tym bardziej, że stangret Józef lubił wieczorem wypić. Zresztą, jak się okazało, droga była ryzykowna nie tylko w nocy. W pierwszy dzień świąt przyszła nagła odwilż. W drodze z kościoła w odwiedziny do Podberezia, koła powozu ugrzęzły w błocie. Podczas kolejnego manewru omijania zdradliwych kałuż, powóz nagle się wywrócił. Babcia, cała opatulona w szale, wpadła twarzą prosto w błoto. Na szczęście do Podberezia było niedaleko, więc posłano po drugi powóz, który cało i szczęśliwie dowiózł gości na miejsce. [srodtytul] O zbawiennych skutkach grzanego wina [/srodtytul] Zanim jednak udano się w odwiedziny do Podberezia, miało miejsce zdarzenie, które mogło wyprawić moją Babcię w o wiele dalszą podróż… Parter dworu w Hat’i ogrzewany był centralnie, natomiast w pokojach na piętrze palono w piecach. Ponieważ ostatnia przedwojenna zima była wyjątkowo sroga, z obawy przed chłodem piece załadowano zwiększonymi porcjami węgla, lecz szyber został zamknięty o normalnej porze, co - jak się później okazało – było za wcześnie. Węgiel nadal się palił a przy braku dopływu powietrza, zaczął się wydzielać czad. Ponieważ w Hat’i, jak zawsze po Wigilii, długo kolędowano przy grzanym winie, Babcia ze swoją mamą udały się do pokoju bardzo późno i od razu położyły się spać. W nocy zbudziły Babcię ze snu jęki Bapi. Niestety, ledwo zdążyła wstać z łóżka, runęła na podłogę tracąc przytomność. I pewnie długo leżałyby nieprzytomne, gdyby nie spieszono się następnego dnia do kościoła. Zaniepokojeni ich nieobecnością domownicy wysłali na górę brata ciotecznego Babci, Wacka Chońskiego. Babcię uratowało to, iż szczęśliwym trafem leżała przy drzwiach balkonowych, dzięki czemu dochodziło do niej trochę świeżego powietrza. Skostniałe z zimna, cudem odratowane Babcia i Bapi zostały przeniesione do sypialni na parterze. Przysłany z Torczyna doktor oznajmił, że uratowała je obfita wieczerza z dużą ilością grzanego wina i zalecił obłożenie chorych butelkami z gorącą wodą. Niestety, jedna z butelek boleśnie sparzyła Babcię w nogę, co wywołało długo niegojącą się ranę. Optymistycznie nastawiona do życia Babcia znalazła dobre strony i takiej sytuacji. Ukryta pod sukienką rana wcale nie przeszkadzała w karnawałowym balowaniu, zaś po powrocie do szkoły - dzięki ranie - nie była wzywana na lekcji do odpowiedzi przy tablicy. Pozytywne skutki wypadku wykroczyły poza sferę uczniowskich i dziewczęcych problemów. Cudowne ocalenie mojej Babci i jej Mamy od zaczadzenia wywołało sensację na cały Wołyń. Krewni, przyjaciele i sąsiedzi zjeżdżali do Hat’i, aby odwiedzić chore. Dla niektórych z nich ta wizyta była dobrym pretekstem do wznowienia znajomości po długiej przerwie spowodowanej dawnymi urazami. [srodtytul]Co podawano na Wigilii[/srodtytul] W Hat’i panowały zwyczaje patriarchalne, zauważalne zwłaszcza podczas posiłków. Przed zajęciem miejsc dzieci dygały przed rodzicami i wujostwem, całując ich w rękę. Dorośli zasiadali przy uroczyście zastawionym stole, zaś dzieci - przy osobnym stole, zwanym dziecinnym lub „folwarkiem”. Ten zwyczaj częściowo przetrwał do dziś u mojej Babci podczas uroczystych spotkań - zdarza się, iż wraz z bratem i siostrą oraz niewiele młodszym stryjecznym rodzeństwem usadzana jestem przy stole „dziecinnym”. Podawane przez kamerdynera potrawy w pierwszej kolejności trafiały oczywiście na stół „dorosły”. Stało się to przyczyną zabawnego zdarzenia, wspominanego do dziś przez jego najmłodszych bohaterów, aktualnie seniorów rodu. Podczas obiadu jedna z dostojnych Cioć, która miała przekazać półmisek z leguminą na stół „folwarczny”, tak się zajęła rozmową, że machinalnie nakładała sobie na swój talerz łyżkę za łyżką. Brat stryjeczny Babci – wielki łasuch – patrzył z przerażeniem jak z półmiska znika jego ulubiony przysmak i po cichu powtarzał sobie jak zaklęcie „dosyć… dosyć… dosyć”. Jego czujna siostra, aby go uciszyć, dała mu lekkiego klapsa, co spowodowało odwrotny skutek. Z nagła uderzony i przestraszony chłopiec wrzasnął: Dosyć!! Nastąpiła konsternacja, ale dostojna Ciocia miała poczucie humoru, roześmiała się, a z nią cały dorosły stół i folwarkowi „upiekło się”. Wieczerza wigilijna w Hat’i była postna. Nie podawano przystawek, za to był wybór zup: rybna, grzybowa i barszcz czerwony z uszkami. Śledzie, jako ryby morskie, rzadko docierały na Wołyń. Zresztą staw przy dworze dostarczał pod dostatkiem ryb słodkowodnych. Podawano zatem rybę w galarecie, faszerowanego szczupaka, smażonego karpia w śmietanie, sandacza i karasie z wody. Do tego szafirowa kapusta na zimno i ziemniaki. Ciast było mało. Podawano jedynie struclę z masą pistacjową, z powidłami i, oczywiście, z makiem, oraz małe lukrowane pierniczki zwane „całuskami”. Pieczone były na samym początku grudnia, koło św. Barbary, i od tamtej pory dojrzewały aż do Wigilii. Był też tradycyjny kompot z suszeniny, czyli z suszonych jabłek, śliwek, gruszek i moreli. Po kompocie wnoszono na stół różnego rodzaju wschodnie przysmaki: pastiłę, rachatłukum, nugat na waflu z orzechami i rożenki, czyli suszone śliwki nadziewane migdałami. Pastiła były to białe krążki ciasta ze zmielonymi migdałami i cynamonem, trochę gumowate i bardzo słodkie. Podawano jeszcze chałwę i na dużych płaskich talerzach wybór bakalii, orzechów laskowych, włoskich i tureckich. Z owoców zjawiały się na stole mandarynki. Było też grzane wino z goździkami. Tradycyjną potrawą wigilijną była kutia. Typowa dla Wołynia i Podola, znana jest mi głównie z Wigilii, u mojej Babci. Jak się przygotowuje kutię? Należy ugotować do miękkości pszenicę obijaną (czyli ziarno pszeniczne w całości), dodać utarty mak, orzechy, migdały, figi, daktyle, skórkę pomarańczową, trochę olejku migdałowego i cukier rozpuszczony w mleku. W niektórych domach zamiast cukru dodawało się miodu. Kutię, przybraną opłatkiem, podaje się na zimno. Im starsza i dłużej trzymana na chłodzie - tym lepsza (co można było sprawdzić, gdy „cudem” dotrwała do Nowego Roku). Na Wileńszczyźnie nie znano kutii. Zamiast tego podawano kisiel z żurawiny z mleczkiem makowym (do utartego maku dodawano śmietankę i aromat migdałowy). Typowymi wileńskimi potrawami były jeszcze łamańce, czyli kruche ciastka pieczone na blasze. W przeciwieństwie do Wołynia, na Wileńszczyźnie podawano śledzie (bliskość Bałtyku!) oraz sandacze, a do zupy grzybowej podsmażane uszka – również grzybowe. W czasie wojny i po wojnie, kiedy uchodźcy z Kresów musieli szukać schronienia w innych rejonach Polski, po potrawach wigilijnych poznawano, kto, z której części kresów pochodził. Najczęściej rodziny z Wileńszczyzny osiedlały się na Pomorzu, zaś z Wołynia – na Dolnym Śląsku. I tak pewnego razu, tuż po wojnie, Babcia dostała paczkę z pszenicę na kutię ze Śląska. W czasie wojny wobec braku pszenicy kutię robiono z pęczaku – obłuskanych ziaren jęczmienia. [srodtytul] Dwanaście wybić zegara na szczęście[/srodtytul] Na Sylwestra jeżdżono z Hat’i do Skurcza, majątku drugiego przyrodniego brata Bapi, Michała Peretiatkowicza, w którym mieszkał wraz z żoną Wandą z Syczewskich i dwoma synami: Adamem i Romanem. W Skurczu nie obchodzono hucznie Sylwestra. Ze względu na znaczne odległości pomiędzy dworami, zimową aurę i trudną sannę w kopnym śniegu, rzadko urządzano wystawne bale z licznymi gości. Noc sylwestrową spędzano w gronie rodziny i najbliższych przyjaciół, zasiadając wspólnie do kolacji, kolędując przy kominku i tańcząc. Był pewien sylwestrowy zwyczaj, ściśle przestrzegany w majątkach Peretiatkowiczów. Równo o dwunastej w nocy, wraz z pierwszymi wybiciami zegara, należało pomyśleć życzenie, napisać je na kartce papieru, a następne spalić nad świeczką. Popiół z tej karki mieszano z winem i duszkiem wypijano. Wszystkie te czynności należało wykonać przed upływem dwunastu uderzeń zegara, gdyż przekroczenie tego czasu groziło nieszczęściami w nadchodzącym roku. W noworoczny poranek, pracujący w majątku fornale przychodzili pod dworskie okna i strzelali z batów, na szczęście. Tak jak nakazywał pilnie przestrzegany przez nich obyczaj, za przerwanie kanonady dostawali wódkę, którą od razu wypijali też na szczęście. Bywało, że na nieszczęście domowników. Kiedy Babci Ciocia - Zofia Chońska - jechała na noworoczny obiad do Skurcza, mocno „zawiany” furman wyleciał z sań na śnieg, a obowiązki woźnicy musiał przejąć jej syn Wacek - młodszy brat cioteczny Babci, który z wielkim szczęściem jakoś doprowadził sanie do celu podróży (furman w tym czasie smacznie się wyspał w śnieżnej zaspie). [srodtytul]Małpa i frak[/srodtytul] Jak się okazało, nie tylko furmani przysparzali kłopotu domownikom Hat’i. Kłopotliwy i humorzasty był również inny „domownik” majątku, a mianowicie małpa, którą w prezencie przywiezionym z wojny japońskiej w 1905 roku dostała babcia mojej Babci, Michalina z Grocholskich. Małpa mieszkała w oficynie, w której często spali goście, jeśli nie było już dla nich miejsca w pokojach gościnnych we dworze. Bronisław Peretiatkowicz, słynny jeździec i rekordzista Rosji w wysokości skoku konno przez przeszkodę, był bardzo częstym gościem w Hat’i. Znany był z tego, że przy mazurze tańczonym w salonie w Podbereziu, potrafił nagle zrobić salto i wyskoczyć oknem na ganek dworu. Zawsze, niezależnie od okazji, chadzał w długich butach, bryczesach i czamarze. Moją Babcię, za którą szczególnie przepadał, nazywał „filiżaneczką”, i uczył ją gry w kabałkę. Któregoś razu, zapomniawszy najwidoczniej o obecności małpy, Bronisław Peretiatkowicz zostawił na widoku swój frak, który miał założyć na sylwestra. Małpa, czy będąc złą na Bronisława Peretiatkowicza, czy po prostu chcąc naśladować pokojówkę, która wycierała szmatą brudną podłogę, wylawszy wodę z miednicy zaczęła szorować pokój sylwestrowym frakiem. Niestety, po tak srogim traktowaniu, frak nie nadawał się już na nic innego, tylko na szmatę podłogową. Takie to były świąteczne i noworoczne kresowe zwyczaje, o których mało kto już dziś pamięta. We wrześniu 1939 roku Michałowi Peretiatkowiczowi udało się uciec przed wojskami sowieckimi wraz z rodziną ze Skurcza do Warszawy. Oczywiście, majątek został bezpowrotnie utracony, a z dworu – jak się później okazało – zostały jedynie szczątki fundamentów. Niestety, nie miał tyle samo szczęścia Kazimierz Peretiatkowicz, którego z Hat’i zabrało NKWD i słuch o nim zaginął. Do tej pory nie wiadomo nawet, gdzie został zamordowany i gdzie ukryto jego zwłoki. Zofia Chońska z domu Peretiatkowiczówna, siostra mojej prababci, przy przejściu przez zieloną granicę we Lwowie została aresztowana i uwięziona. W sumie przeszła osiem więzień w Rosji. Wreszcie udało jej się wraz z armią gen. Andersa dostać do Teheranu, gdzie zmarła na tyfus. Tam też została pochowana.
Źródło: rp.pl

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL