fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Internet

Jak wygrać i nic nie zyskać, czyli zabawa w nieskończoność

Rysuje Paweł Gałka
Nieznane
Rosnąca rola Internetu jako wirtualnego rynku towarów i usług i źródła informacji o przedsiębiorcy i jego produkcie decydują o tym, jak ważny jest dostęp do domeny - uważają rzecznicy patentowi, specjalizujący się m.in. w sporach cywilnych o znaki towarowe, nieuczciwą konkurencję oraz domenę
Jest to prawda oczywista nie tylko dla właścicieli oznaczeń, ale także dla amatorów cudzych praw. Najczęściej rejestrują oni domeny identyczne lub podobne do cudzych oznaczeń po to, by wymusić później ich odkupienie. Jest to tzw. cybersquatting.
Łatwość, z jaką można obecnie zarejestrować domenę (i niskie koszty tego przedsięwzięcia), i opowieści o astronomicznych sumach, za które były odkupywane te najbardziej atrakcyjne, powodują, że cybersquatting kwitnie, a sporów dotyczących domen jest coraz więcej, także w Polsce. A przecież system odzyskiwania domen jest u nas w zasadzie sprawny, ich prawowici właściciele zaś z zasady nie wchodzą w negocjacje z cybersquatterami.
Od stycznia tego roku podmioty, które uważają, że ich prawa zostały naruszone wskutek zarejestrowania domeny.pl przez osobę trzecią, mają do wyboru już dwa sądy arbitrażowe - sąd przy Krajowej Izbie Gospodarczej oraz sąd przy Polskiej Izbie Informatyki i Telekomunikacji. Mimo to przedsiębiorcy są nadal narażeni na sztuczki cybersquatterów, gdyż problem z dochodzeniem praw przed sądami arbitrażowymi nie leży w ich ilości, ale w regulaminie NASK - czyli operatora krajowego rejestru nazw internetowych. Niestety, praktyka pokazuje, że regulamin NASK zawiera poważne luki, które skrzętnie wykorzystują cybersquatterzy.
W obu sądach polubownych postępowanie sporne w sprawie domen internetowych wygląda podobnie. Na wstępie strony mogą skorzystać z postępowania mediacyjnego. Statystyki sądu polubownego przy PIIT pokazują jednak, że jest raczej mało popularne, najprawdopodobniej dlatego, że brak sukcesu w postępowaniu mediacyjnym tylko przedłuża postępowanie o odzyskanie domeny przed sądem. Zdecydowana większość spraw od razu jest kierowana do arbitrażu.
Zgodnie z regulaminem powinno być tak: na samym wstępie powód wnosi do sądu polubownego opłacony wniosek informujący o zamiarze wszczęcia postępowania arbitrażowego. Strony dostają zapis na sąd polubowny, by wyraziły zgodę na wejście w spór. Jeżeli obie podpiszą zapis, sąd wzywa powoda do wniesienia pozwu w terminie 14 dni i do stosownej opłaty. Następnie sprawa zostaje przesłana do wyznaczonego przez strony arbitra, który po przeprowadzeniu postępowania wydaje wyrok. Taki proces może więc trwać ok. dwóch, trzech miesięcy. Jeżeli arbiter uzna racje pozwu, to domena, o którą toczy się spór, powinna być przeniesiona na powoda, niestety, dopiero gdy sąd cywilny stwierdzi wykonalność wyroku.
Wiele sporów nigdy jednak nie trafia do arbitra, gdyż pozwani nie podpisują zapisu na sąd polubowny. Zgodnie z regulaminem NASK sankcją za to jest uwolnienie spornej domeny, tj. automatyczny odbiór pozwanemu i zwrot do puli domen ogólnodostępnych do rejestracji. Wydawałoby się na pierwszy rzut oka, że taka sytuacja jest wysoce korzystna dla powoda. Niestety, nic bardziej mylnego.
Domena trafia do puli powszechnie dostępnych, ale nie jest potem transferowana na powoda. Musi więc on rozpocząć swoiste polowanie na to, co próbował odzyskać w postępowaniu arbitrażowym. Nie wie jednak, kiedy nastąpi uwolnienie domeny, gdyż NASK nie informuje nikogo, kiedy zamierza ją przekazać do puli. Dlatego też powodowi pozostaje tylko codziennie monitorować dostępności domeny, by wyprzedzić innych potencjalnych chętnych (cybersquatterów) do jej zarejestrowania, w tym często właśnie pozwanego.
Zdarza się, że nie daje on za wygraną i próbuje sam lub przez osoby podstawione ponownie przejąć kontrolę nad domeną. Wierzy zapewne, że powód po nieudanej próbie odzyskania domeny na drodze sądowej zdecyduje się teraz zapłacić za jej przeniesienie.
Wydaje się więc, że obecny system tak naprawdę nie jest korzystny dla nikogo poza cybersquatterami. Podmioty, których prawa są naruszone, nie mają nigdy pewności, czy wobec braku zgody pozwanego na sąd polubowny domenę odzyskają. Może się przecież zdarzyć, że z wolnej puli przechwycą ją ten sam cybersquatter lub inna nieuczciwa osoba. Znane są przypadki, gdzie powód kilkakrotnie musiał wszczynać postępowanie o tę samą domenę.
A przecież skoro jeden podmiot zarzuca drugiemu cybersquatting, a ten unika sporu i wykazania swoich racji, to można słusznie założyć, że racja jest po stronie powoda i ma on prawo jako pierwszy się dowiedzieć o wypuszczeniu domeny do rejestracji i zarejestrować ją na swoją rzecz. Pozwalałoby to z jednej strony wyeliminować opisaną praktykę wielokrotnego przechwytywania domeny przez cybersquatterów i skończyć z wymuszaniem haraczu za transfer na prawowitego właściciela, a z drugiej strony nie szkodziłoby to interesom uczciwych osób trzecich w dostępie do domen.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA