fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Sędziowie i sądy

Sądy to nie fabryki

Fotorzepa, Danuta Matloch Danuta Matloch
Wymierzanie sprawiedliwości wymaga indywidualnego podejścia do każdego człowieka – mówi nowy pierwszy prezes Sądu Najwyższego, Stanisław Dąbrowski.
Rz:Podczas niedawnej konferencji „Jak zreformować sądy powszechne” doświadczony sędzia z Płocka powiedział, że nadzór administracyjny nad sędziami jest niezbędny, ale nie powinni go wykonywać sędziowie, gdyż to oni są największym problemem wymiaru sprawiedliwości. Nikt nie protestował.
Mam doświadczenie 40 lat pracy w sądownictwie. Nadzór administracyjny zawsze miał skłonność do podejrzliwego traktowania sędziów, do trywialnego spojrzenia na istotę sądownictwa. Sądy jednak nie produkują towarów. Można odnieść także wrażenie, że w oczach nadzoru funkcję orzeczniczą sądów, z natury skomplikowaną, da się znacznie uprościć. Sądy jednak mają służyć wymierzaniu sprawiedliwości, a nie same sobie.
Sędziowie nie przeszkadzają?
Największą bolączką sądownictwa, i to od 90 lat, kiedy polskie sądy zostały przywrócone w odrodzonej Rzeczypospolitej, jest sprawność postępowania. Wbrew jednak temu, co niektórzy myślą, sądu nie da się porównać z fabryką, w której produkowane są towary.
Wymierzanie sprawiedliwości wymaga indywidualnego podejścia do każdego człowieka i nieraz trzeba poświęcić dużo czasu nawet na kwestie banalne. Jednocześnie nie może być tak, że sprawy czekają latami na rozpoznanie.
Kto więc odpowiada za stan sądownictwa powszechnego w Polsce?
Wewnętrzny nadzór administracyjny sprawują prezesi sądów. Minister sprawiedliwości zaś nadzór zwierzchni. W istocie jednak nikt nie ponosi odpowiedzialności za stan sądownictwa. Nakłada się bowiem na to jeszcze kwestia sprawności postępowania ściśle wiążąca się z zagadnieniami niezawisłości sędziów i niezależności sądów. Tych wartości nie można przekreślić. Starania o sprawność postępowania nie powinny zagrażać niezawisłości.
Do sądownictwa administracyjnego nikt nie ma pretensji, a tam nadzór należy do prezesa NSA, a nie do ministra.
Jestem w niekomfortowej sytuacji, ponieważ objąłem urząd I prezesa Sądu Najwyższego i nie chciałbym, żeby wyglądało na to, że zmierzam do zawłaszczania cudzych kompetencji. Jednakże nie ulega wątpliwości, że rządowy, zwierzchni nadzór administracyjny nad sądami, choć trwa 90 lat, daje mierne rezultaty. W sądownictwie administracyjnym nadzór zdaje się być bardziej efektywny.
Sprawność postępowania to problem sądów powszechnych. W SN natomiast, który jest całkowicie autonomiczny, czas oczekiwania na rozpoznanie odpowiada wszelkim standardom.
Czy Sąd Najwyższy poczuwa się do odpowiedzialności za stan sądów powszechnych?
SN sprawuje nad nimi tylko nadzór judykacyjny, nie ma zaś środków administracyjnych.
Może oddziaływać siłą autorytetu, podejmować uchwały.
SN podejmuje uchwały, ale dotyczące tylko wykładni prawa. Uchwały mogą więc usuwać rozbieżności w orzecznictwie sądów powszechnych, ujednolicać je, ale nie mają żadnego wpływu na organizację pracy. Oczywiście sytuacja sądów powszechnych nie jest mi obojętna. SN, nawet najlepiej funkcjonujący, nie może wiele zdziałać w oderwaniu od sądownictwa powszechnego. Wymiar sprawiedliwości to przede wszystkim sądy rejonowe i okręgowe. Jako I prezes SN nie mam jednak żadnego wpływu na ich funkcjonowanie.
Czy ma zatem sens odseparowanie SN od sądów powszechnych?
Jako młody sędzia w 1981 r. podczas forum prawników w Krakowie zorganizowanym przez NSZ ,,Solidarność” mówiłem, że potrzebna jest jedna ustawa ustrojowa dla SN i sądów powszechnych, żeby nie były w gorszej sytuacji, jeżeli chodzi o gwarancje niezawisłości. W tamtych czasach nadzór władzy wykonawczej nad sądami niekiedy godził w ich niezawisłość. To było 30 lat temu. Warunki się zmieniły i żyjemy w wolnym państwie, w którym aż takich zagrożeń nie ma.
Pewnie byłoby jednak dobrze, gdyby sądy powszechne nie były odseparowane od SN. Wówczas nie byłoby takich zarzutów, jakie pan redaktor postawił mi w wywiadzie sprzed miesiąca, że SN zamyka się w wieży z kości słoniowej. Nie zamykamy się, ale musimy szanować granice kompetencji, jakie określa ustawa o SN. Zasadniczym zadaniem SN jest czuwanie nad jednolitością orzecznictwa i usuwanie w nim rozbieżności. W polskim systemie sądownictwa jest 11 apelacji i 45 okręgów, ale nie powinno być 11 czy 45 odrębnych systemów prawnych. SN poprzez udzielanie odpowiedzi na zagadnienia prawne i poprzez rozpoznawanie skarg kasacyjnych zmierza ku likwidowaniu różnic w orzecznictwie, które się pojawiają.
Rozbieżności orzecznicze są wewnątrz samego Sądu Najwyższego...
Trudno się temu dziwić. Cały skład SN to 90 sędziów, w samej Izbie Cywilnej – 30, co daje dziesięć trzyosobowych składów. Są to wybitni prawnicy, ale indywidualiści. Zdarza się, że jeden skład mówi tak, a drugi za miesiąc mówi inaczej. Nie dlatego, że nie zauważył wcześniejszego wyroku. Po prostu ma odmienne zdanie. Nie da się uniknąć rozbieżności. Może dzięki temu prawo się rozwija. Chodzi o to, żeby rozbieżności nie przekroczyły rozsądnych granic, gdyż to godzi w pewność prawa.
I prezes SN ma narzędzia do ujednolicania orzecznictwa.
Może występować z wnioskami o podjęcie uchwały w powiększonym składzie. Jeżeli zostanie wpisana do księgi zasad prawnych, to wiąże wszystkie składy SN. Myślę, że temu zagadnieniu trzeba będzie poświęcić więcej troski. Nie mówię, że to martwa instytucja, bowiem co roku jest kilka wniosków I prezesa o podejmowanie takich uchwał. Powinno jednak być ich więcej.
Odnoszę jednak wrażenie, że pytania prawne zdominowały kwestie formalne, bez znaczenia dla Kowalskiego. A przecież to dla niego jest wymiar sprawiedliwości.
Nie zgadzam się z panem. A to dlatego, że bardzo ważna jest jednolitość orzecznictwa i usuwanie rozbieżności. Odpowiedzi SN na pytania prawne bez względu na to, kto je przedstawia, nie mają służyć osiągnięciom naukowym, ale wyeliminować rozbieżności w wykładni prawa. Jeżeli są różne orzeczenia w podobnych sprawach, to ten Kowalski nie wie, czego może oczekiwać. Dlatego podejmowanie uchwał przez SN ma duże praktyczne znaczenie.
Wiele tych uchwał dotyczyło np. opłat sądowych, tego, czy trzeba uiszczać 30 zł od pozwu czy apelacji. O tym Kowalski nie ma pojęcia, gdyż jest to raczej zmartwienie adwokata. Rozsądny człowiek mógłby powiedzieć: dajmy sobie spokój z tymi 30 zł, niech sprawa idzie dalej, bo na pewno rozprawa w SN kosztuje więcej niż 30 zł.
Rozbieżności w orzecznictwie wynikają także ze sposobu tworzenia prawa. Postępuje jego inflacja. Coraz więcej tworzy się aktów normatywnych, nieraz bardzo szczegółowych, zawierających luki i niespójności. Trzeba zatem wyjaśniać te szczegóły. Do SN wpływa dużo spraw nie o znaczeniu fundamentalnym, ale ich rozstrzygnięcie jest konieczne. Istnieje praktyczna potrzeba wyjaśniania prawa.
Są pretensje np. adwokatów, że pewne kategorie spraw, np. rozwodowe, w ogóle nie trafiają na wokandę SN. W sytuacji, kiedy SN ma przedsąd, czyli po prostu takie sito, właściwie wszystkie kategorie spraw mogłyby trafiać na to najwyższe forum, pewnie z korzyścią dla prawa, dla orzecznictwa.
Zgodziłbym się na powszechną kasację, bez wyjątków. Nawet w drobnych sprawach pojawiają się nieraz problemy ważkie społecznie, dotyczące wykładni prawa, które potem mają znaczenie w bardzo poważnych sprawach.
Co się tyczy rozwodów, to choć często są to skomplikowane sprawy, trudności są w zasadzie tylko z ustalaniem faktów. SN nie jest zaś sądem faktu, ale sądem prawa i orzeka na podstawie stanu faktycznego ustalonego przez sądy niższych instancji. Nie zetknąłem się w sprawach rozwodowych z istotnymi problemami prawnymi, które budziłyby wątpliwości. To zatem, że nie trafiają one do SN, nie jest takie szkodliwe.
SN odgrywa istotną rolę w tworzeniu prawa. Mam wrażenie, że w całych obszarach, np. kodeksach, Sejm nie uchwali nic wbrew SN. Czy SN pod pana kierownictwem zamierza zwiększyć udział w tworzeniu prawa?
Monteskiusz powiedział, że sędziowie są tylko ustami ustawy...
Nikt już w to nie wierzy...
Nikt w to nie wierzy, ponieważ wszyscy zapatrzeni są na Amerykę, Wielką Brytanię, na praktykę sądów anglosaskich. Na kontynencie, w szczególności w Polsce, sytuacja wygląda jednak zgoła odmiennie. Polscy sędziowie na ogół bardzo serio traktują konstytucyjny podział władzy i w swoim orzecznictwie nie wychodzą poza granice określone dla władzy sądowniczej. Byłoby dobrze, gdyby SN miał wpływ na proces ustawodawczy, aby przyczyniał się do tworzenia lepszego prawa. Pan jednak przecenia ten wpływ. Uprawnienia SN i I prezesa SN ograniczone są przecież do opiniowania projektów ustaw, do zwracania uwagi na nieprawidłowości w systemie prawa, które mogą zagrażać jego spójności.
Będę się starał wykorzystywać przysługujące mi uprawnienia. Będę przedstawiał Sejmowi swoje opinie o ważkich projektach ustaw. Spróbuję nawiązać współpracę z prezydentem RP. Prezydent ma inicjatywę ustawodawczą. Jestem jednak przeciwny temu, żeby dynamizować wykładnię sądową w tym sensie, żeby sądy poprawiały ustawodawcę.
Niech Sejm poprawia to, co zrobił źle?
Trzeba szanować konstytucyjny podział władz. Władza ustawodawcza niech należy do parlamentu, a władza sądownicza do sądu. Jeżeli sąd zasygnalizuje, że trzeba zmienić ustawę, rozważę jako I prezes SN celowość wystąpienia do podmiotu, któremu przysługuje inicjatywa ustawodawcza. Jednakże sądy nie powinny dokonywać wykładni kontra legem i zastępować ustawodawcy, bo wtedy w państwie robi się bałagan.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA