Świat

Krwawa rozprawa z protestującymi

Rzeczpospolita
Junta postanowiła radykalnie rozprawić się z mnichami demonstrującymi na ulicach Rangunu. Mimo brutalnej interwencji policji protesty nie ustały
Najgwałtowniejsze starcia wybuchły w pobliżu słynnej buddyjskiej świątyni - pagody Szwedagon. Szturmowe oddziały sił porządkowych zaatakowały kilka tysięcy zgromadzonych tam mnichów. Najpierw w tłum poleciały granaty gazowe, później w ruch poszły pałki.
Świadkowie opowiadali, że policjanci - aby wywołać panikę - zaczęli strzelać ponad głowami demonstrantów ostrą amunicją. Nie wszystkie kule chybiły. Część funkcjonariuszy mierzyła za nisko i pociski raniły wiele osób. Od kuli zginął jeden mnich. Dwóch innych zostało skatowanych na śmierć. Zginął też jeden mieszkaniec Rangunu. Po rozproszeniu tłumu policjantom udało się wyłapać kilkaset osób. Wiele z nich bili potem brutalnie na ulicach lub posterunkach. Pomagały im uzbrojone w pałki i stalowe pręty cywilne bojówki zwolenników reżimu. Chociaż władzom udało się rozbić jedną z demonstracji, mnisi zebrali się w kilku innych miejscach. Wkrótce dołączyli do nich uczestnicy wiecu przed Szwedagon. Wielu z nich miało porozbijane głowy i poszarpane tuniki. To wzburzyło mieszkańców miasta.
Pomimo próśb mnichów, którzy nie chcą narażać cywilów na niebezpieczeństwo, ludność dołączyła do ich protestów. Na ulice wyszło nawet 100 tysięcy ludzi. W wielu miejscach zasłaniali duchownych własnymi ciałami. Środkiem ulicy szedł tłum mnichów - po bokach szeregi cywilów. Miało to powstrzymać policję przed kolejnymi atakami. Tłumy zebrały się w kilku punktach w centrum miasta oraz w miejscu, gdzie mieszka osadzona w areszcie domowym przywódczyni birmańskiej opozycji il aureatka Pokojowej Nagrody Nobla Aung San Suu Kyi. - To, co się dzieje, jest wspaniałe. Tak wielkich wystąpień nie było od 1988 roku. Mnichom przyświeca ten sam cel co opozycji: obalić juntę i wprowadzić demokrację - powiedział "Rz" Mark Farmaner z brytyjskiej organizacji Burma Campaign. Czy junta rzeczywiście może ulec presji społeczeństwa i oddać władzę? - Tego, co się dzieje, już nikt nie powstrzyma. Są tylko dwa możliwe scenariusze. Albo rewolucja, albo krwawa masakra -mówi Farmaner, przypominając o 3 tysiącach opozycjonistów zamordowanych w 1988 roku. Tym razem jednak zagrożenie dla junty jest znacznie większe. Mnisi, którzy wyszli na ulice, są bowiem najważniejszą - poza samą juntą - siłą w Birmie (żyje ich tam około 300 tysięcy). Cieszą się wyjątkowym szacunkiem i poważaniem w społeczeństwie. Rządzący twardą ręką generałowie najwidoczniej boją się rozwoju sytuacji, bo stosują coraz ostrzejsze środki represji. Wprowadzono godzinę policyjną, a klasztory otoczyły kordony policji. To, co się wydarzyło wczoraj w Rangunie, wywołało ostre reakcje wielu światowych przywódców. USA i UE zaapelowały do junty o zaprzestanie przemocy. Prezydent Francji wezwał francuskie firmy do wstrzymania inwestycji w Birmie. Po zwołaniu specjalnego posiedzenia ONZ postanowiła w trybie pilnym posłać do Birmy specjalnego wysłannika Ibrahima Gambariego i wezwała juntę, by jak najszybciej wyraziła na to zgodę. Armia rządzi Birmą - którą, aby odciąć się od kolonialnych tradycji, przemianowała na Myanmar -od ponad 40 lat. W latach 80. junta zaostrzyła kurs i zaczęła wyjątkowo brutalnie prześladować opozycję. Wstrzymać dostawy broni dla reżimuW Birmie od kilkudziesięciu lat bezkarnie aresztuje się, torturuje i zabija ludzi. Społeczeństwo jest zastraszone, a mimo to setki tysięcy osób wyszły na ulice, aby protestować razem z mnichami. To pokazuje, jakim szacunkiem i zaufaniem cieszą się buddyjscy mnisi. Użycie siły przeciwko demonstrantom, którzy nie byli nastawieni konfrontacyjnie, i zabicie kilku mnichów wywoła wściekłość społeczeństwa. Ale pamiętajmy, że wojsko nie wahało się strzelać do demonstrantów w czasie masowych protestów w 1998 roku. Nie zawaha się i teraz, jeśli szybko nie zareaguje wspólnota międzynarodowa. Junta czuje respekt przed ONZ, dlatego skuteczna mogłaby być rezolucja potępiająca reżim. Dobrą okazją do nagłośnienia sprawy jest sesja plenarna ONZ w Nowym Jorku. Trzeba też wprowadzić embargo na sprzedaż broni do Birmy. Co z tego, że USA nałożyły sankcje na ten kraj, kiedy Rosja, Chiny i Indie wciąż dostarczają tam broń. not. lor MYINT SWE redaktor sekcji birmańskiej BBC World Service Junta sprawdza, ile jej wolno Dla mieszkańców Birmy użycie przemocy wobec mnichów to szok. Mnisi odgrywają rolę duchowych przywódców, ale zawsze czuli się też odpowiedzialni za kraj i społeczeństwo. Od setek lat wspierają Birmańczyków w najtrudniejszych czasach. Pomagają im przetrwać wojny i kataklizmy. Użycie siły przeciwko nim jest aktem desperacji. Junta pewnie się zastanawia, na ile może sobie jeszcze pozwolić. Trudno przewidzieć, jak potoczą się wypadki. Z jednej strony mamy rozgniewane społeczeństwo, z drugiej ludzie chcą uniknąć dalszego rozlewu krwi. W 1998 roku wojskowa junta zabiła tysiące ludzi. Dziś taka konfrontacja miałaby jednak dla generałów o wiele gorsze konsekwencje. Dzięki nowoczesnym technologiom możemy otrzymywać informacje i zdjęcia nawet z tak zamkniętego kraju, jakim jest Birma. Premier Wielkiej Brytanii Gordon Brown wezwał już wspólnotę międzynarodową do działania. O zaostrzeniu sankcji mówią również przedstawiciele USA i Unii Europejskiej.not. lor Wojskowi rządzą krajem od pół wieku Ostatnie wolne wybory w Birmie odbyły się w roku 1990. Generałowie nie uznali jednak zwycięstwa opozycji, która zdobyła ponad 80 procent głosów
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL