fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Komentarze

Lisicki: strzelanina w Łodzi to efekt nagonki na PiS

To czyn szaleńca, zgoda. Ale czy to znaczy, że ten dzień nie stanowił przełomu? Że dokonane w biały dzień w biurze PiS w Łodzi morderstwo jest tylko przypadkowym wybrykiem wariata? W żadnej mierze. Obawiam się, że to po prostu rezultat. Smutny, acz konieczny efekt politycznej atmosfery.
Morderca z Łodzi nie działał w społecznej próżni; to, co zrobił, to, jak uzasadniał zbrodnię, wyraźnie pokazuje, że był tyleż sprawcą, co i ofiarą. Krótko: to potworny i wynaturzony, choć przewidywalny skutek trwającej od 2005 roku wojny polsko-polskiej, za której rozpętanie i przebieg ponosi odpowiedzialność cała klasa polityczna. Cała, choć nie w równym stopniu.
Nie jest bowiem, uważam, przypadkiem, że śmiertelny strzał został wymierzony w pracownika posła PiS, który zginął niejako w zastępstwie Jarosława Kaczyńskiego. Z miesiąca na miesiąc można było zauważyć, jak wzrasta atmosfera wrogości i nienawiści skierowana przeciw liderowi opozycji. Zamiast rzeczowej krytyki i argumentów wyśmiewanie, szyderstwo, poniżanie i poniewieranie.
Najgorzej, że w przygotowywaniu tej atmosfery nagonki uczestniczyli nie tylko politycy, ale też intelektualiści, ci, od których szczególnie należy domagać się bezstronności i ważenia słów. Tymczasem to oni właśnie, można mieć wrażenie, byli głównymi podżegaczami. To oni stanęli w pierwszym szeregu, wzywając do rozprawy z PiS.
Jeszcze tydzień temu Andrzej Wajda mówił o Jarosławie Kaczyńskim: "To jest polityczne szambo. Jacyś zgrani politycy, którzy niech sobie idą w cholerę, bo mamy ich dosyć, nagle wymyślili, że oni odgrywali w tym czasie jakąś rolę". I jeszcze dosadniej: "To jest głupol". Podobnie nie przebierał w słowach Adam Michnik, który kilka dni temu mówił, że PiS to "formacja, która chce unicestwić państwo demokratyczne, ukształtowane po 1989 r. (...) To opozycja antysystemowa i antypaństwowa".
W przygotowaniu i prowadzeniu tej nagonki szczególną rolę odegrał Janusz Palikot, do niedawna jeden z liderów PO, człowiek, który ostatecznie nigdy za swoje słowa nie poniósł konsekwencji. Ba, nie było sofizmatu, którego by nie wykorzystano w obronie Palikota. A to przecież on jako pierwszy polityk tej rangi w Polsce sugerował używanie wobec Kaczyńskiego przemocy.
I nie tylko chodzi tu o sławetne słowa po pierwszej turze kampanii prezydenckiej "zastrzelimy Jarosława Kaczyńskiego, wypatroszymy i skórę wystawimy na sprzedaż w Europie", ale o powtarzające się raz po raz spekulacje, które łatwo było odczytać jako wezwania do rozprawy z Kaczyńskim z użyciem przemocy. Choćby to: "Uważam, że jeśli dojdzie do rozlewu krwi w najbliższych miesiącach, to odpowiedzialny za to będzie Jarosław Kaczyński. On robi co może, żeby jakiś szaleniec przez analogię do tego, co się wydarzyło przed wojną, przed 39 rokiem, doprowadził do tej samej sytuacji" – te słowa Palikota brzmią dziś szczególnie złowieszczo.
Tyle że znowu – Palikot nigdy nie zrobiłby takiej kariery, gdyby nie poparcie pozostałych polityków PO, ostatecznie tolerancja samego premiera. Czyż to nie Donald Tusk – nie sposób oprzeć się wrażeniu – wykorzystywał posła z Lublina jako poręczne narzędzie do zohydzania i gnębienia opozycji? Wielu odpowiada za tę atmosferę pogardy. I ci, którzy wyborców PiS nazywali bydłem, i ci, którzy mówili o dorzynaniu watahy. I nieprzeliczony tabun różnego rodzaju tak zwanych ludzi mediów, żartownisiów od siedmiu boleści, błaznów i trefnisiów, którzy zbudowali swoją karierę na wyszydzaniu "strasznego PiS".
Ten różnobarwny tłum zjednoczony chęcią poniżenia oponentów nie potrafił się opamiętać nawet po tragedii smoleńskiej. Nie padły – z jednym chlubnym wyjątkiem ministra Bogdana Zdrojewskiego – słowa przeprosin. Nie nastąpiła radykalna zmiana tonu. Nie nastąpiła refleksja nad tym, że taki język, takie słowa mogą przynieść tragiczne skutki. Wręcz przeciwnie. Od kilku tygodni ów chór antypisowskiej propagandy jakby jeszcze się nasilił. PiS i jego przywódca stali się partią, wobec której wszystko wolno. Która znajduje się na granicy legalności, z którą się nie rozmawia, ale eliminuje, usuwa, delegalizuje.
Ktoś może powiedzieć, że to połowa prawdy. Bo i druga strona potrafiła odpłacić pięknym za nadobne. Racja. Wiele wypowiedzi samego przywódcy PiS i ludzi z jego najbliższego otoczenia nigdy nie powinno się pojawić. Nie powinny paść zarzuty zdrady, sprzedawania Polski, nieustanne sugestie spisku i domniemania przygotowania przez rząd zamachu. Nie powinny się pojawić wypowiedzi podważające prawowitość wyboru Bronisława Komorowskiego.
Tylko że trzeba pamiętać o proporcjach. W tragedii smoleńskiej zginęli w największej liczbie posłowie PiS, a przede wszystkim brat Jarosława Kaczyńskiego. Bliskim zabitych, jak sądzę, można po prostu więcej wybaczyć. I druga rzecz. PO ponosi dodatkową odpowiedzialność za polityczną atmosferę, bo to ona ma w ręku wszystkie instrumenty władzy oraz – być może to jeszcze ważniejsze – ogromną przewagę w mediach.
Komentując wydarzenia w Łodzi, premier Tusk powiedział: "To dramat, który wszyscy przeżywamy. Liczę na to, że wszyscy w Polsce otrzeźwiejemy". To mądre słowa. O ile premier będzie je umiał najpierw zastosować do siebie i do swego obozu politycznego.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA