fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Opinie

Krasnodębski: Rząd Tuska podporządkowany Rosji

Fotorzepa, Radek Pasterski RP Radek Pasterski
Na naszych oczach obóz rządzący Polską rezygnuje z samodzielnej polityki zagranicznej – pisze filozof społeczny
Trzeba się zgodzić z pojawiającym się tu i ówdzie stwierdzeniem, że artykuł Jarosława Kaczyńskiego rozesłany niedawno do ambasadorów pozwala zdiagnozować stan umysłu. Diagnoza jest bardzo niepomyślna. Tyle że nie dotyczy autora, lecz jego licznych hałaśliwych krytyków – polityków obozu rządzącego i wiernie sekundujących im dziennikarzy.
[srodtytul]Diagnoza oczywista[/srodtytul]
Zabawne jest to, że dopiero wtedy, gdy już posypały się pierwsze obelgi i złośliwości, przypomniano sobie, że w lipcu ubiegłego roku ukazał się list podobnej treści znanych osobistości adresowany do prezydenta Baracka Obamy.
Cóż pisały wtedy polityczne znakomitości z Vaclavem Havlem i Lechem Wałęsą, jednym z europejskich mędrców, na czele? „Nasze nadzieje, że stosunki się poprawią, a Moskwa w końcu zaakceptuje naszą całkowitą suwerenność i wstąpienie do NATO i UE, nie ziściły się. Zamiast tego Rosja znów jest siłą rewizjonistyczną, która chce osiągać XIX-wieczne cele za pomocą XXI-wiecznych metod. (...) By rozszerzyć swe interesy w Europie Środkowej i zagrozić jej orientacji atlantyckiej, Rosja używa jawnych i tajnych sposobów wojny ekonomicznej, począwszy od blokad energetycznych i inwestycji motywowanych politycznie, a skończywszy na przekupstwach i manipulowaniu mediami”.
List ten nie spodobał się polskim władzom, już wówczas zajmującym się krzewieniem przyjaźni polsko-rosyjskiej, ale jakoś go przełknięto. Nikt wtedy nie pytał, czy Lechowi Wałęsie nie pomieszały się zmysły, czy jest rzeczą stosowną, by Adam Rottfeld podpisywał się jako były minister spraw zagranicznych pod inną niż oficjalna oceną sytuacji międzynarodowej (tak samo jak nie pytano o to wtedy, gdy byli ministrowie spraw zagranicznych atakowali rząd Jarosława Kaczyńskiego, gdy Bronisław Geremek walczył z ustawą lustracyjną na forum Parlamentu Europejskiego i gdy urzędujący w Berlinie ambasador występował przeciw polityce rządu, który reprezentował).
Teraz, gdy podobne treści znalazły się w artykule Jarosława Kaczyńskiego, nawet Wałęsa, który zapewne zapominał, co podpisał przed rokiem, uznał to za niedopuszczalny skandal. Zostawiając na boku obłudę i podwójne standardy oraz fakt, że atakami na Kaczyńskiego obóz rządzący chce odwrócić uwagę od plajty, do jakiej doprowadził w ciągu trzech lat rządzenia, mimo że nie musiał ratować banków ani pobudzać koniunktury, można spytać – co się zmieniło? Co sprawia, że diagnoza, która parę lat temu mogłaby być uznawana za oczywistość, a jeszcze rok lub dwa lata temu stałaby się przedmiotem racjonalnej dyskusji, dzisiaj uchodzi za świadectwo niepoczytalności?
Czy zmieniła się sytuacja w Rosji? Czy Rosja w ciągu tego roku wyzbyła się neoimperialnych ciągot? Czy się zdemokratyzowała? Nawet „Wyborcza” zauważyła wydaną ostatnio książkę „Nowa arystokracja” Andreja Soldatowa i Iriny Borogan, w której autorzy rozwijają tezę, że warstwą rządzącą Rosją są agenci FSB. „GW” zainteresowała się jednak tylko wątkiem pobocznym tej książki związanym ze sprawą Olina.
[srodtytul]Zainfekowane umysły[/srodtytul]
Widać wszakże, iż po udziale Adama Michnika w spotkaniu Klubu Wałdajskiego, kompromitującym dla dawnego działacza opozycji walczącej o prawa obywatelskie i prawa człowieka, „GW” nieco złagodziła swój entuzjazm dla Putina, a Michnik ratuje swoją reputację niezłomnego stróża wartości, opowiadając wszem i wobec o swym niebywałym akcie odwagi – zapytaniu Putina o Chodorkowskiego. Walczący o obywatelskie wolności Rosjanie zdziwiliby się, gdyby się dowiedzieli, jaką rolę spełnia dzisiaj w polskim życiu publicznym Adam Michnik i jak zamyka usta swoim krytykom procesami, w których nie mają oni równych szans, bo nie stoi za nimi potężny koncern medialny.
O tym, kto rządzi Rosją i jakimi metodami, można było już przeczytać choćby w ciągle jeszcze niewycofanej z obiegu książce „Wysadzić Rosję” Andrieja Litwinienki i Jurija Felsztinskiego, notabene z ciekawą wzmianką o śledztwie w sprawie katastrofy jaka-40 w 2000 roku na moskiewskim lotnisku, w której zginęło paru niewygodnych ludzi. Zwolennicy teorii spiskowej, których wielu pojawiło się na Wyspach Brytyjskich, twierdzą, że Litwinienko został zamordowany w Londynie przez rosyjskich agentów na zlecenie. A Felsztyński podaje, że w sumie zamordowanych zostało kilka osób, które pomagały autorom zbierać materiały, w tym trzech deputowanych do rosyjskiej Dumy – zastrzelonych bądź otrutych.
Jak wiadomo, niedawno Stany Zjednoczone wydaliły sporą grupę rosyjskich agentów. To dobrze, że Polska pozostaje także w tym względzie zieloną wyspą, a przypuszczenia, iż mogłoby być inaczej, są wymysłem chorych umysłów zainfekowanych teoriami spiskowymi...
Skądinąd wiemy, że dawne metody odchodzą do lamusa. Latem „The Economist”, pisząc o wojnach w cyberprzestrzeni, przypomniał, że za pierwszy akt takiej wojny uchodzi atak na Estonię w 2007 r., gdy nagle przestały działać estońskie serwery rządowe, bankowe i medialne. Brytyjski tygodnik wiąże to z faktem, że Estończycy postanowili usunąć pomnik żołnierzy sowieckich z centrum Tallina. Po tym ataku powstało w Tallinie NATO-wskie centrum obrony cybernetycznej.
Najnowszą spektakularną akcją tego typu było unieruchomienie wirusem komputerowym irańskiej elektrowni atomowej – konstrukcji rosyjskiej, sterowanej komputerami Siemensa, które – jak twierdzi rzecznik Siemensa – nie wiadomo jakim cudem znalazły się w Iranie. Na amerykańskich uniwersytetach wykłada się o geopolityce w przestrzeni cybernetycznej.
[srodtytul]Inne priorytety[/srodtytul]
W artykule opublikowanym w „Foreign Afairs”, będącym fragmentem wspomnianej książki, Sołdatowa i Borogan piszą, że w związku z odkryciem pokładów gazu łupkowego w Polsce, „zaniepokojona tym, na co niezależność energetyczna mogłaby pozwolić opornemu rządowi w Warszawie, Moskwa szybko zaczęła zabiegać o swego długoletniego rywala. W kwietniu Putin uczestniczył w uroczystościach upamiętniających masakrę w Katyniu w 1940 roku”.
Teraz, gdy rząd Donalda Tuska w osobie wicepremiera Waldemara Pawlaka wynegocjował długoterminową umowę gazową, wiadomo że nieszybko urwiemy się z tego paska. Na szczęście sprawa znajduje się w ręku komisarza UE od spraw energii Günthera Oettingera. Można przypuszczać, że rozwiązaniem będzie zagwarantowanie nam w razie czego dostaw gazu z Niemiec, sprowadzanego z Rosji gazociągiem bałtyckim, oraz jakiś udział firm europejskich, zapewne niemieckich, w gazociągu jamalskim.
Warto w tym kontekście przypomnieć, że w marcu tego roku minister Radosław Sikorski, który znowu dał świadectwo swych nienagannych manier, oświadczył, że sprawa blokowania dostępu do portu w Świnoujściu przez gazociąg północny została definitywnie rozwiązana. Okazało się jednak, że nic nie jest załatwione. Jak już wielokrotnie się zdarzało członkom tego rządu, wprowadził w błąd polską opinię publiczną.
Horst Teltschik, kiedyś doradca Helmutha Kohla, jeden z architektów zjednoczenia Niemiec, a potem organizator wpływowych monachijskich konferencji o polityce bezpieczeństwa, opublikował 1 października we „Frankfurter Allgemeine Zeitung” artykuł w związku z
20. rocznicą zjednoczenia Niemiec, którego znaczna część poświęcona jest relacjom z Rosją. Autor pisze, że członkostwo Rosji w NATO i specjalna umowa z UE mogłyby wypełnić życiem „partnerstwo modernizacyjne” (Steinmeier) lub „partnerstwo w innowacyjności” (Merkel) „To, jak się rozwiną w przyszłości stosunku z Rosją, jest nadrzędnym interesem Niemiec, NATO i UE”.
Zwraca przy tym uwagę, że dzisiaj priorytety USA są inne niż za czasów Busha: „Prezydent Obama stoi przed ogromnymi problemami w polityce wewnętrznej, a w polityce zagranicznej nie UE i nie Rosja są w centrum zainteresowań, lecz Afganistan Pakistan, Iran, Bliski i Daleki Wschód, a przede wszystkim Chiny (...) Wiceprezydent Biden nie wahał się niedawno określić Rosji jako „słabej”. A więc państwa europejskie muszą się same zatroszczyć o swoje interesy w Europie, i to w całej Europie” – w całej, a więc łącznie z Rosją.
[srodtytul]Niemcy w Europie[/srodtytul]
Teltschik zaraz jednak dodaje, że włączenie Rosji do NATO i w struktury europejskie nie jest bynajmniej celem wszystkich krajów europejskich: „Jeśli Niemcy i państwa Europy Północnej i Środkowej nie przejmą intelektualnego przewodnictwa w kształtowaniu stosunków z Rosją, nikt tego nie uczyni. Francja, Wielka Brytania lub Hiszpania nie są szczególnie zainteresowane Rosją, a Włochy interesują się tylko pod względem gospodarczym”.
Jako największe zagrożenie wymienia projekt zainstalowania elementów tarczy antyrakietowej w Polsce i Czechach, forsowany przez George’a Busha, a porzucony przez Obamę. Na szczęście to już przeszłość, a rząd Donalda Tuska w pełni podziela to zdanie i bez szemrania wpisuje się w tę politykę. Nie łudźmy się jednak – nie on ją wyznacza.
Teltschik zapewnia, że „członkostwo w UE i NATO należy do niemieckiej racji stanu”. Trudno jednak nie zauważyć, że dzisiaj Niemcy inaczej rozumieją swoje członkostwo. W „International Herald Tribune”, także z 1 października, w artykule „A united Germany confronts Europe” pisze o tym E. Wayne Marry, kiedyś pracownik ambasady USA w Berlinie Wschodnim, a teraz ekspert w American Foreign Policy Council w Waszyngtonie.
Narzeka on, że Niemcy przestały być proeuropejskie. „Młode pokolenie Niemców nie może osobiście pamiętać długiej walki ich kraju o akceptację jako odpowiedzialnego państwa europejskiego i ma mało zrozumienia dla złożonego systemu porozumień, zakotwiczających niemiecką tożsamość narodową w szerszej tożsamości europejskiej. Dzisiaj niemieccy politycy z całego spektrum otwarcie kpią ze zobowiązań związanych z europejską jednością, używając takich zwrotów, jakich żadna zachodnioniemiecka partia nie użyłaby w poprzednim pokoleniu”.
Również Teltschik sugeruje konieczność zmiany polityki zagranicznej charakteryzującej się „spolegliwą nieszkodliwością” (verlässige Harmlosigkeit), polegającej na szukaniu porozumienia ze wszystkimi partnerami i godzeniu rozbieżnych interesów.
[srodtytul]Honor i godność[/srodtytul]
To, że prezesowi największej w Polsce partii opozycyjnej nie pozwala się kwestionować tych wizji, przypominających polityczne proporozycje Siergieja Karaganowa, świadczy o tym, jak ochoczo wpisują się w nie polskie elity rządzące. Wszystkich przebił swoimi wypowiedziami Tomasz Nałęcz, doradca Bronisława Komorowskiego, brutalnie atakując także Annę Fotygę. Niestety, czym skorupka w PZPR nasiąknie, tym i po 20 latach demokracji trąci – wystarczy tylko trochę poczucia władzy i ważności.
Kiedyś taką politykę uległości można było tłumaczyć koniecznością „płynięcia z głównym nurtem”, pragmatyzmem, jakimś opacznym rozumieniem polskiej racji stanu. Coś się jednak wydarzyło, o czym rząd stara się jak najszybciej zapomnieć i sprowadzić do rangi nic nieznaczącego incydentu – w Rosji zginął polski prezydent i 95 innych znamienitych osób, przedstawicieli polskiej elity.
Wiemy już, że śledztwo w sprawie katastrofy nie jest prowadzone przez Rosjan tak, byśmy mogli mieć zaufanie co do szczerej woli wyjaśnienia jej przyczyn. A jak wygląda akcja ratunkowa i polityka informacyjna w kraju cywilizowanym, mogliśmy się przekonać przy okazji tragicznego wypadku polskiego autokaru pod Berlinem. W sprawie śledztwa smoleńskiego przedstawiciele rządu – Tusk, Miller i Kopacz – wielokrotnie przekazywali Polakom kłamliwe informacje.
25 maja premier rządu RP oświadczył, że śledztwo w sprawie katastrofy smoleńskiej jest „najbardziej otwartym i z największym dostępem opinii publicznej do informacji”. Każde kłamstwo w tak fundamentalnej sprawie powinno doprowadzić do dymisji. Żaden naród mający poczucie honoru i godności własnej nie powinien pozwolić się traktować tak, jak Polska traktowana jest przez Rosję. O tym, jak bywa na świecie, jak zachowują się silne państwa, świadczy reakcja Chin na zatrzymanie przez Japończyków kapitana chińskiego statku, który zapuścił się na sporne wody.
[srodtytul]Procesy ponadpolskie[/srodtytul]
Bardziej szczerzy niż przedstawiciele rządu bywają publicyści i literaci, którzy trwożliwie dają do zrozumienia, że lepiej położyć uszy po sobie, bo wobec Rosji nic nie możemy. Zasugerował to też Edmund Klich. W ostatnio udzielonym wywiadzie dla „Wprost” z 13 – 19 września znowu próbkę swych analitycznych zdolności dał Jerzy Urban, jak za dawnych czasów, gdy współpracował z generałem Pożogą.
Stwierdził on z zadowoleniem, że: „Kaczyński traci zdolność międzynarodowego funkcjonowania jako człowiek władzy w Polsce. Procesy ponadpolskie już go w tej chwili wykluczają. Rosja zaczyna się integrować w jakiś sposób z Unią Europejską i jest to nieodwracalna tendencja. Dla Europy to jedyny ratunek przed marginalizacją, a dla Rosji to jest jedyny ratunek, by nie zostać przedmieściem Chin. W tym scenariuszu Polska Kaczyńskiego może pełnić co najwyżej funkcje przeszkody wewnątrz Unii. To nie leży w niczyim interesie. Kaczyński traci więc zdolność funkcjonowania międzynarodowego, bo nie jesteśmy osobnym światem i koncepcje w stylu „grunt to niepodległość” są XIX-wieczne, nie przystają do rzeczywistości”.
Słowa Urbana nie wywołały sprzeciwu redaktora Piotra Najsztuba, który wywiad przeprowadzał. Pewnie dlatego, że podziela satysfakcję Urbana. W ogóle nie odbiły się szerszym echem, jakby Urban powiedział coś zupełnie oczywistego – że to nie Polacy decydują, komu powierzają władzę, lecz jakieś siły „ponadpolskie” (czy jest to kondominium czy protektorat to już bardziej szczegółowe zagadnienie). Urban cieszy się przy tym, że z przyczyn biologicznych liczba „staro-Polaków” będzie się zmniejszać.
Znowu najtrafniej nową doktrynę postpaństwową wyraził Tomasz Nałęcz, stwierdzając, że obecność Putina w Katyniu była tak ważna, że „powinniśmy na ołtarzu tej sprawy złożyć każdą ofiarę”. Trudno o bardziej skandaliczną wypowiedź – miejmy nadzieję, że jej autor nie wiedział, co mówi. Faktem jest jednak, że na naszych oczach obóz rządzący rezygnuje z samodzielnej polityki zagranicznej.
Nie przypadkiem nikogo nawet nie zdziwiło, że Bronisław Komorowski nie pojechał na sesję ONZ, na którą zawsze jeździł prezydent Lech Kaczyński – zapewne ma ważniejsze rzeczy do zrobienia. Być może już ćwiczy uśmiechy i ukłony na przyjazd prezydenta Miedwiediewa.
[srodtytul]Niebezpieczna polityka[/srodtytul]
Jarosławowi Kaczyńskiemu zarzuca się, że uprawia politykę XIX-wieczną (zarzuty te opierają się na przekonaniu wynikającym z ignorancji i zapatrzenia się w UE, że dzisiaj geopolityka, suwerenność i konflikty interesów nie odgrywają już większej roli, że realizm w stosunkach międzynarodowych jest stanowiskiem przestarzałym, a Polska może tylko ulegać procesom „ponadpolskim”).
Zarzuca mu się także „politykę insurekcyjną”, zapominając o powodach, które mogłyby dzisiaj skłaniać do insurekcji – o tym, że ten rząd przy wielkim poparciu elit prowadzi politykę coraz bardziej przypominająca tę, jaką w Polsce uprawiano w XVIII wieku, od sejmu niemego po sejm grodzieński.
To, że dzisiaj środki dominacji są o wiele subtelniejsze i nie wymagają militarnej okupacji lub kulturowego ucisku, nie zmienia faktu, że jest to polityka zagrażająca wolności Rzeczypospolitej i jej istnieniu jako podmiotu politycznego.
[i]Autor jest profesorem Uniwersytetu w Bremie i Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie oraz współpracownikiem „Rzeczpospolitej„[/i]
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA