fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Kultura

Gdzie ten dźwięk?

Salif Keita słusznie jest nazywany „złotym głosem Afryki”
Fotorzepa, Darek Golik DG Darek Golik
Każdy organizator festiwalu marzy o finale takim jak sobotni koncert Salifa Keity. Smakowity deser to jednak za mało, by 6. edycja Skrzyżowania Kultur dorównała tym z poprzednich lat.
Święto „muzyki świata” zakończyło się w sobotę burzą braw. Publiczność tańczyła i skakała, a podczas ostatniego utworu wtargnęła na scenę. Świetny był nie tylko Keita, słusznie nazywany „złotym głosem Afryki”, ale i jego trzej bębniarze, dwie chórzystki, gitarzysta i instrumentalista grający na kamale ngoni.
Początek nie zapowiadał tak udanego występu. Po półtoragodzinnym opóźnieniu Malijczyk wszedł na scenę, w wymownym geście padł na kolana, złapał za mikrofon, a z głośników, zamiast jego głosu, dobiegło przykre dla ucha rzężenie.
[srodtytul]Sabotaż akustyków?[/srodtytul]
Nie pierwszy raz na 6. Skrzyżowaniu Kultur coś brzmiało nie tak, jak powinno. Walka artystów z nagłośnieniem trwała właściwie od pierwszego afrykańskiego poniedziałkowego koncertu.
Mozambicko-portugalska Grupa Cacique’97 ledwo się obroniła. Jej afrobeat nie był obiecaną „bronią przyszłości”, a zewem przeszłości. Ale klekoczący rytm i precyzyjne wejścia dęciaków zdołały przemówić do słuchaczy. Zduszony dźwięk nie przeszkadzał w zabawie.
A co ma powiedzieć odkrycie wtorku, włoskie Tamburellisti di Torrepaduli? Najlepiej „zrobiliśmy to, co w tych warunkach mogliśmy”. Chrapliwy głos wokalisty, podawane przez skrzypce melodie, do których tańczyła długowłosa piękność, popisy trójki tamburynistów... Takie towarzystwo z kompetentnym akustykiem zdziałałoby cuda.
W środę na nagłośnieniowców pomstowali już nawet organizatorzy. Nic dziwnego, był to dzień „chiński”, potencjalnie najbardziej efektowny.
Pierwszy grał lutnista Mamer z zespołem. Trudno było uwierzyć, by fascynująco nerwowa muzyka o intensywności noise’u spodobała się starszym odbiorcom. Ale trzeba było dać im szansę. Tymczasem wielu chroniło uszy przed potwornie głośnymi perkusjami.
Ukojenie przyniosły Qing Mei Jing Yue. Cztery perfekcjonistki serią arcypłynnych ruchów wydobywały dźwięki z tradycyjnych instrumentów. Zdołały ucieszyć ucho niemalże wszystkich interpretacją „Kukułeczka kuka”. A jednak Mikołaj Bugajak, producent i inżynier dźwięku, narzekał: – To brzmiało jak z głośniczka w barze sushi.
[srodtytul]Co powie publiczność[/srodtytul]
Porzucając kwestie techniczne, wypada stwierdzić, że większości pewniaków udało się nie zawieść. Poniedziałek zwieńczyli Ladysmith Black Mambazo z RPA. Ich „muzyka na paluszkach” pokazała, że uduchowioną treść można łączyć z humorem, a efektowna choreografia tylko w tym pomaga.
Chińską środę podsumowali specjaliści od brzmienia mongolskich stepów – Hanggai. Etniczne stroje, różnorodne techniki śpiewu (w tym gardłowy), wyczucie przeboju i pomysłowość złożyły się na udany show.
Niestety, przydarzyły się i rozczarowania. Wtorkowy występ Mayry Andrade był popowy, bliski klimatom spod znaku smooth i pozbawiony pasji. Słabo wypadł Carlos Libedinsky z Narcotango. Próbował reggae, klubowych rytmów, mocnego rockowego riffu i uzyskał kicz. Argentyński czwartek dobrze zamykali Astillero – odczytali całą ekspresję ugłaskanego uprzednio tanga. Słuchacze nie mieli już jednak cierpliwości i wychodzili. Szkoda.
Na publiczność nie ma co pomstować, dyrektor artystyczny festiwalu Marek Garztecki słusznie bowiem zauważył, że to ona festiwal tworzy. Tylko jak długo będzie wyrozumiała?
Oczywiście Skrzyżowanie Kultur wciąż pozostaje wartościową, dobrą imprezą, ale już nie taką, na której wszystkie koncerty można pójść w ciemno. Stołecznej Estradzie za realizację należy się dostateczny, za kreatywność dobry, ale z dużym minusem.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA