fbTrack

Kultura

Peter Kerekes: Lubię gulasz z węża

Przygotowując swój film, Peter Kerekes rozmawiał ze stu sześciorgiem kucharzy
against gravity
O życzeniach z gołąbków, pomocy damy z przeszłością i stalingradzkich naleśnikach mówi reżyser „Kucharzy historii”. Film przedpremierowo jest już w Kinotece, premiera w środę.
[b]Czy pomysł na „Kucharzy historii” wypłynął z pana osobistego zainteresowania gotowaniem?[/b]
[b]Peter Kerekes:[/b] Dużo gotowałem z ojcem. Był doskonałym kucharzem. Lubiłem przyrządzać z nim gołąbki (słow. – holoubki) z ryżu, mielonego mięsa wołowego i kapusty, szczególnie że wymyślił wkładanie do nich życzeń zapisanych na karteczkach, podobnie jak w chińskich ciasteczkach z wróżbą. Teraz gotuję z dwiema córeczkami. Przypomina mi to dzieciństwo. [b]W filmie podaje pan przepisy kucharzy na potrawy dla żołnierzy. Który wydał się panu najsmaczniejszy? Czy były to rosyjskie bliny z mięsem lub serem?[/b]
One lepiej wyglądały, niż smakowały. Aby lepiej prezentować się przed kamerą, musiały zostać usmażone na większej niż zwykle ilości oleju. Serbskie i chorwackie dania były przepyszne. Notabene nie wszystkie rozmowy weszły do mojego dokumentu. Tak się stało m.in. w przypadku dwóch Serbów gotujących podczas kryzysu w Kosowie. Teraz prowadzą zajęcia z „survival cooking” – uczą w niej przygotowania potraw w sytuacji, gdy nie ma się nic poza... wężami, żółwiami, żabami i ślimakami. Robią z nich coś na kształt wywaru czy gulaszu. I to jest bardzo dobre! Nigdy nie pomyślałbym, że wąż może być taki smaczny. [b]Czy trudno było znaleźć wojskowych kucharzy?[/b] Ja zawsze „rodzę” swoje filmy – każdy kosztuje mnie jeden ząb, który tracę podczas realizacji. Tak było i tym razem. Zacząłem od wyboru państw, w których toczyły się wojny. Nie chciałem, by było ich wiele – film miał być jak najprostszy. Później był etap zbierania informacji. I tu się okazało, że stereotypy narodowe nie zawsze są bezpodstawne. W Niemczech moja asystentka napisała list do Stowarzyszenia Weteranów Wojennych i dostała niemal od każdego z członków odpowiedź, w większości z potrzebnymi mi adresami. A w Serbii trzeba było pójść do pubów, w których weterani się zbierają, napić się z nimi i wysłuchać historii, które w końcu okazywały się przeżyciami kogoś innego. Z kolei na Węgrzech pomogła mi babcia mojej asystentki, wdowa po pułkowniku. Za jego życia zdradzała go z innymi oficerami i stąd miała wiele przydatnych dla mnie znajomości. W sumie spotkałem się ze stu sześciorgiem kucharzy. Byli mniej lub bardziej otwarci. Czasem chcieli rozmawiać tylko o technicznym aspekcie swojej pracy. Francuzi gotujący dla oddziałów w Algierii otwierali się dopiero po jakimś czasie – okupacja tego kraju i jego wojna o wyzwolenie to wciąż olbrzymia trauma we Francji. Ale gdy już zaczęli mówić, czuli ogromną ulgę. To był dla nich rodzaj spowiedzi. [link=http://www.zw.com.pl/artykul/509448_Lubie_gulasz_z_weza.html]Czytaj więcej w Życiu Warszawy[/link]
Źródło: Życie Warszawy

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL