fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Literatura

Papcio Chmiel: czas na istotne sprawy

Henryk Chmielewski pracuje nad nowym komiksem. Tym razem bohaterowie jego książki przeniosą się w czasy bitwy, w której rozgromiony został Zakon Krzyżacki
Fotorzepa, Kuba Kamiński Kub Kuba Kamiński
Dlaczego Tytus, Romek i A'Tomek zaczęli pojawiać się w Powstaniu Warszawskim i pod Grunwaldem
W pracowni Henryka Chmielewskiego przeglądam nowe kolorowe plansze. Na jednej odprawa królewskich posłów. Władysław Jagiełło nakazał im wyruszyć na Litwę. Mieli przekonać księcia Witolda, że nadszedł czas zbrojnego przeciwstawienia się Krzyżakom. Przypatruję się rysunkowi i nabieram pewności, że losy Królestwa Polskiego zależały od... szympansa. Konkretnie zaś od Tytusa de Zoo. Henryk Chmielewski, szerzej znany jako Papcio Chmiel, pracuje właśnie nad kolejną księgą przygód legendarnych już Tytusa, Romka i A'Tomka.
[srodtytul]Koniec świata szwoleżerów [/srodtytul]
Kiedyś Papcio Chmiel wyprawiał wych bohaterów na Dziki Zachód, Wyspy Nonsensu czy po Owoce Chichotu. Rok temu, ku zaskoczeniu wielu fanów, wydał album "Tytus, Romek i A'Tomek jako warszawscy powstańcy 1944". Niedawno do księgarń trafiła zaś opowieść o wojnie polsko -bolszewickiej. A teraz nadeszła pora na grunwaldzką wiktorię. Jak to się stało, że autor komiksów dla młodzieży, które sprzedały się w łącznym nakładzie ponad 11 mln egzemplarzy, zdecydował się na podjęcie tak poważnych tematów?
– Mam już swoje lata, niewiele czasu mi pozostało – odpowiada "Rz" Papcio Chmiel. – Pomyślałem, że najwyższa pora zmierzyć się ze sprawami naprawdę istotnymi. To już ostatnia szansa. A poza tym... Całe moje życie nierozerwalnie związane było z historią – dodaje.
Urodził się w roku 1923 w kamienicy Gdańska Piwnica, którą postawiono na fundamentach warszawskiego Barbakanu. Z dzieciństwa pamięta wyprawy z ojcem do Muzeum Narodowego, które wówczas znajdowało się na Podwalu. Na podwórku zgromadzono militaria: lufy dział z czasu potopu szwedzkiego, kamienne i żelazne kule.
– Największe wrażenie zrobiła na mnie drezyna pancerna – wspomina Papcio Chmiel. – Wchodziłem do niej po schodkach i mogłem obracać lufę umieszczonego tam działka. Tata, który kochał armię, zabierał mnie także na cotygodniowe uroczyste zmiany warty. Obserwowaliśmy żołnierzy idących z Cytadeli do Komendy Garnizonu, która mieściła się przy Hotelu Europejskim. Na czele maszerowała orkiestra dęta. Jeżeli zmianą warty dowodził porucznik Janek Jankowski z 21. Pułku Piechoty Dzieci Warszawy, wydawał komendę, by przed naszym domem orkiestra zagrała marsza. A to dlatego, że pan porucznik podkochiwał się w mojej siostrze. Ona machała do niego chusteczką, a mama z chodnika wołała: "Panie Janku, po służbie zapraszamy na obiad!".
Wielkim przeżyciem dla przyszłego rysownika były uroczystości państwowe organizowane na placu Saskim. – Trybunę honorową ustawiano przed pomnikiem księcia Poniatowskiego – wyjaśnia. – Defiladę otwierał zawsze 1. Pułk Szwoleżerów. Orkiestra jechała na białych koniach, a werblista ze zręcznością cyrkowca wywijał pałkami i uderzał w kotły wiszące po obu stronach siodła.
Inny charakter miały imprezy organizowane na Polu Mokotowskim. – Przypominam sobie fetę na cześć Stanisława Wigury i Franciszka Żwirki, którzy w 1932 r. triumfowali w lotniczych zawodach Challenge – wspomina Papcio Chmiel. – Potem defilady miały utwierdzić naród w przekonaniu, że jesteśmy "silni, zwarci i gotowi". Że nie boimy się hitlerowskich Niemiec. Obserwowałem więc działa, z których każde ciągnęła szóstka koni. I tankietki – nadjeżdżały z chrzęstem gąsienic, forsowały rów z wodą, rozwalały mur, obalały ustawione na trasie przejazdu drzewka.
Defilady na Polu Mokotowskim odbierał marszałek Edward Rydz-Śmigły. – Z bliska zobaczyłem go podczas odsłonięcia fragmentów murów Starego Miasta odkopanych przez archeologów – opowiada Papcio Chmiel. – Stał obok prezydenta Warszawy Stefana Starzyńskiego. Zdarzało się, że gdy rano biegłem do mojego gimnazjum im. Stefana Żeromskiego, z Zamku Królewskiego wyjeżdżała elegancka limuzyna. Siedział w niej pan prezydent Ignacy Mościcki.
[srodtytul]Czas wojny [/srodtytul]
Ostatnie przed II wojną światową wakacje Henryk Chmielewski spędził na obozie harcerskim we wsi Nople koło Terespola nad Bugiem. Gdy wrócił, mieszkańcy Warszawy uzupełniali zapasy żywności i zalepiali okna na krzyż paskami papieru. Miało to ochronić szyby przed falą uderzeniową po wybuchu bomb.
1 września założył szkolny mundurek, granatowy, z czarnymi wypustkami. Już miał wyjść do szkoły, gdy mama wpadła do domu z wiadomością, że wybuchła wojna. Na ulicach ludzie dyskutowali w grupkach, słuchali radia nadającego niezrozumiałe komunikaty: "Uwaga, uwaga! Do-ra 17 nadchodzi...". W okolicach fortu Traugutta żołnierze ustawiali działko przeciwlotnicze, otwierali skrzynie z amunicją. Mosiężne łuski odbijały promienie słońca. Wrzesień był piękny, gorący.
Płk Roman Umiastowski, szef propagandy, wydał rozkaz, by mężczyźni zdolni do noszenia broni opuścili Warszawę i kierowali się na wschód. Chmielewski razem z kilkoma kolegami z harcerstwa wzięli rowery i dołączyli do fali uchodźców. W Mińsku Mazowieckim skończył się bruk i zaczął bity trakt. Ludzie powtarzali przerażające wieści o masakrze dokonanej przez Niemców w Bydgoszczy.
– Gdzieś za Siedlcami przez drogę przeleciał szwadron naszej kawalerii – mówi Papcio Chmiel. – Mundury khaki, szable, lance. Zniknęli jak sen. Został tuman kurzu i zapach końskiego potu. 8 września dotarłem do kuzynów we wsi Farfak pod Łukowem. I tu się bezpiecznie zakotwiczyłem. 22 gruchnęła wieść, że do miasteczka weszli Sowieci. Oczywiście, od razu tam popędziłem. Rosjanie nosili szare szynele. Zwróciłem uwagę na szpiczaste czapy z czerwoną gwiazdą i długie bagnety przypominające kolce. Oberwańcy. Nie przypominali regularnej armii. Rabowali wszystko, co im wpadło w ręce. Do pociągów ładowali węgiel, deski, a nawet płyty chodnikowe. A gdy właściciel tartaku wyraził sprzeciw, któryś z Sowietów rzucił: "Tisze, jewrej! Wot kapitalist! Łutsze, cztoby germaniec wsio zabrał?".
Ale zanim w Łukowie pojawili się Niemcy, doszło do wydarzenia, które Papcio Chmiel dobrze pamięta: – Dwóch naszych podporuczników, bez broni, ale w mundurach, zamierzało wejść do miasta. Ludzie ostrzegali: "Nie idźcie dalej! Tam Ruscy!". Ale oni nie posłuchali. "Jacy Ruscy? – dziwili się – Czyście, ludzie, pogłupieli? My tu mieszkamy. Wracamy z wojny". Wpadli w łapy Sowietów. Wśród nich była kobieta. Miała na sobie rudy wypłowiały waciak, a przy pasie pistolet Mausera w drewnianym futerale. Wydobyła broń i powiedziała coś o polskich panach. Oficerom związano ręce, a na głowę zarzucono worki. Poprowadzili ich do pociągu.
Chmielewski pamięta płonący Zamek Królewski. Widział też, jak po wkroczeniu Sowietów 17 września 1939 r. rwano na pół polskie flagi. Na budynkach dworców i urzędów mogły łopotać tylko czerwone sztandary. 1 sierpnia 1944 r. stanął do walki o stolicę. Jak dziś ocenia Powstanie Warszawskie? – Wybuchło niepotrzebnie, a już na pewno za wcześnie – odpowiada. – Rozkaz wydali ludzie, którzy pamiętali rozbrajanie Niemców w listopadzie 1918 r. Myśleli, że teraz sytuacja się powtórzy. Ale bardzo się pomylili. Mieliśmy do czynienia z zupełnie inną armią. Pozbawieni broni i amunicji byliśmy bez szans. Szliśmy na stracenie. Powstanie kojarzy mi się z wielkim strachem i towarzyszącym mu uczuciem bezradności.
[srodtytul]Z "sidolówką" na Luftwaffe[/srodtytul]
1 sierpnia on, st. strzelec pchr. "Jupiter" i jego towarzysze broni mieli zdobyć lotnisko Okęcie. Ze skrytki na punkcie wyczekiwania przy Wspólnej 63b wyjęli niewielki damski pistolet kaliber 6 milimetrów z czterema nabojami. Jako że lotnisko trzeba było utrzymać do czasu, gdy nadlecą alianckie samoloty, poszli na Ochotę do konspiracyjnego schowka po granaty - "sidolówki".
– W drodze powrotnej zobaczyliśmy, że na Grójeckiej Niemcy zatrzymali tramwaj i rewidowali pasażerów – relacjonuje. – Postanowiliśmy obejść "kocioł" opłotkami. W pewnym momencie kolega, pseudonim "Turek", się zatrzymał, by sprawdzić, czy w lufie ma nabój. Gdy tylko wyjął broń, zza rogu wyjechał na rowerze żandarm z mauzerem przez plecy. Chłopak strzelił do niego dwukrotnie. Niemiec zwalił się, kolega rzucił się do ucieczki. Zza domu poszła seria. Ja również pełen strachu – w nogi. Przewróciłem się przez łańcuch pasącej się kozy. Wyciągnąłem zawleczkę granatu i posłałem go w stronę żandarmów. Zasyczał i huknął jak petarda na Wielkanoc. Tamtego dnia skończyło się dla mnie powstanie. Podczas próby przebicia się na Mokotów wpadłem w łapy Luftwaffe. Miałem szczęście, że nie byli to esesmani ani kałmucy, czyli sprzymierzeni z hitlerowcami żołnierze z pułków wschodnich. Wtedy śmierć byłaby pewna.
Henryk Chmielewski twierdzi, że o komiksie poświęconym Powstaniu Warszawskiemu myślał od 1957 roku, czyli od chwili, gdy stworzył postać Tytusa.
Zdecydował, że przywoła autentyczne historie, które przydarzyły się najbliższym: matce i siostrze. Po upadku Starówki kałmucy ustawili ludność cywilną w rzędzie i rabowali wszystko, co przedstawiało jakąś wartość. Matka zdołała ukryć obrączkę, siostrze zerwano z szyi łańcuszek.
– Praca nad każdą planszą z albumu trwała cztery do sześciu dni – opowiada o tworzeniu komiksu o Powstaniu Warszawskim. – Starannie odtwarzałem detale umundurowania i uzbrojenia. Po trzech miesiącach zbliżyłem się do finału.
Wtedy zapadł na zdrowiu. Znaleziono go nieprzytomnego na podłodze w pracowni.
– Byłem pewien, że to już koniec twórczości – wyznaje "Rz" Chmielewski. – Ale skoro w szpitalu postawili mnie na nogi, myślę, że teraz już się nie dam kostusze. Gdy skończę komiks o grunwaldzkiej wiktorii, przystąpię do pracy nad opowieścią o Tytusie, Romku i A'Tomku we wrześniu 1939 r.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA