fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Muzyka

Jazzowe legendy i koncert pocieszenia

Stevie Wonder, legenda r’n’b i popu zakończył 35. North Sea Jazz Festival w Rotterdamie, pozwalając szybko zapomnieć Holendrom o porażce w meczu finałowym o Puchar Świata.
Większa część publiczności oglądała mecz na monitorach ustawionych na terenach festiwalowych centrum Ahoy. Najgorętsza atmosfera panowała w największej hali Nile, gdzie tak ułożono program, by w czasie transmisji przerwać koncerty.
[wyimek] [link=http://blog.rp.pl/marekdusza/2010/07/13/koncert-pocieszenia-i-jazzowe-legendy/]Czytaj i komentuj na blogu [/link][/wyimek]
Nie wiedział chyba o tym amerykański gitarzysta i wokalista folkowo-rockowy Ben Harper. Kiedy przed 20:30 zaczął śpiewać solową balladę, publiczność nie wytrzymała i podniosła się wrzawa zmuszająca zdezorientowanego artystę do skrócenia gitarowej improwizacji. Harper jest wirtuozem gry na gitarze Weissenborna techniką slide, a swoim występem pokazał, że potrafi stworzyć emocjonujący rockowy show. A że jest znakomitym kompozytorem i autorem tekstów, słucha się go z zainteresowaniem. To jeden z tych artystów, którego twórczość warto przybliżyć słuchaczom w Polsce.
Za to na Steviego Wondera publiczność czekała jeszcze pół godziny po zakończeniu transmisji. Wyszedł na scenę spowitą ciemnościami grając na klawiaturze przypominającej gitarę. To nie tylko specjalność Herbiego Hancocka, jak się okazało, kiedy rozbłysły reflektory. Ekscytującą solówkę zakończył leżąc na scenie, a chwilę potem zaczął się festiwal przebojów artysty. Słychać było jednak, że Stevie Wonder szybko się męczy śpiewając, w występ wtrąca długie pogadanki, czeka na reakcje publiczności, rozmawia z nią. A jednak warto było czekać do końca festiwalu, by zobaczyć na żywo legendę popu i r’n’b.
Większe wrażenie wywarł na publiczności jubilat, 80- letni saksofonista Sonny Rollins. Wszedł na salę powolnym krokiem staruszka, a publiczność odśpiewała mu na stojąco „Happy Birtday To You”. Ale kiedy zaczął solówkę w pierwszym utworze, zmienił się nie do poznania. Wydmuchiwał z saksofonu tak skomplikowane frazy, że trudno było zrozumieć, skąd bierze tyle sił i inwencji. Pokazał, że muzyka może trzymać człowieka przy życiu i nadawać mu sens. Potem, na chwilę, dał sobie i publiczności odetchnąć w ujmującej balladzie „My One and Only Love”, by znowu przyspieszyć tempo w utrzymanym w rytmach calypso temacie „Global Warming”. Utwór jakże adekwatny do panujących w Rotterdamie upałów nie ułatwiających słuchania muzyki w blaszanych halach. Mimo owacji Rollins nie bisował, nie rozczulał się nad sobą. Do Holandii wróci jesienią na kolejny koncert.
Drugi z weteranów, saksofonista Ornette Coleman był w tym roku Artystą Rezydentem North Sea Jazz Festival prezentując trzy różne programy. „This is Our Music Now” ze specjalnymi gośćmi: kontrabasistą Charlie Hadenem i saksofonistą Joshuą Redmanem był spojrzeniem na początki free-jazzu. Jego stały kwartet dobrze znamy z występów w Polsce i były one ciekawsze od koncertu w Rotterdamie. Natomiast interesująco wypadł wspólny występ kwartetu Colemana z The Master Musicians of Jajouka z wokalistą Bachirem Attarem. Okazało się, że w muzyce arabskiej jest wiele elementów free i są one dla Europejczyków znacznie łatwiejsze do przyswojenia.
Nagrodę im. Paula Acketa, założyciela North Sea Jazz Festival odebrał Quincy Jones, a publiczny wywiad przeprowadził z nim kontrabasista Christian McBride, który okazał się dociekliwym fanem, muzykiem i dziennikarzem w jednej osobie.
Ponieważ występ tria Marcina Wasilewskiego wypadł dokładnie w czasie transmisji meczu, pianista jeszcze przed wyjazdem do Rotterdamu nie krył obaw, czy ktoś w ogóle przyjdzie posłuchać ich muzyki. Obawy były niesłuszne. Niewielka sala Yenisei wypełniła się do ostatniego miejsca, a spóźnialscy musieli siadać na podłodze. Trio zaczęło koncert od nowych utworów, które zostaną nagrane już w sierpniu. Publiczność słuchała jak zaczarowana. Marcin Wasilewski, Sławomir Kurkiewicz i Micjał Miśkiewicz stworzyli intymny nastrój swymi intrygującymi improwizacjami. Na koniec wybrali „Diamonds and Pearls” Prince’a ze swej ostatniej płyty „January” i za niego dostali największe brawa.
Miałem możliwość wysłuchania koncertu naszych muzyków tuż po występie tria Vijaya Iyera uznawanego teraz za jedno z najważniejszych w jazzie. Uważam, że Wasilewski prezentuje muzykę bardziej przystępną i atrakcyjną dla współczesnego słuchacza. Łatwiej wpadająca w ucho, choć nie mniej wyrafinowaną w harmonii i rytmie.
Po ubiegłorocznym kryzysie i mniejszej liczbie gwiazd r’n’b North Sea Jazz festival wrócił do dawnej świetności prezentując to, co w jazzie jest najważniejsze: utytułowanych artystów z nowymi projektami i młode talenty. Wśród nowych zwróciłbym uwagę na holenderską grupę Sven Hammond Soul, prawdziwy dynamit ekspresji, atrakcyjnych kompozycji i potężnego brzmienia.
[link=http://blog.rp.pl/marekdusza/2010/07/13/koncert-pocieszenia-i-jazzowe-legendy/]Czytaj i komentuj na blogu [/link]
[i]Marek Dusza z Rotterdamu[/i]
Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA