Praca w samorządzie

Dinozaury wymierają

Marek Miros, burmistrz Gołdapi
Urząd Miasta
Stabilność na stanowisku przewodniczącego zarządu gminy w Polsce jest dużo słabsza niż w krajach o ugruntowanym systemie demokratycznym - mówi Marek Miros, burmistrz Gołdapi komentując zestawienie najdłużej rządzących samorządami wójtów i burmistrzów
Wydaje się, że wynika to z dwu przyczyn.
Po pierwsze z naturalnych powodów: w 1990 roku pracę w samorządach podjęło niemało ludzi przypadkowych, którzy później z różnych przyczyn przegrywali wybory. Po drugie rosną wymagania społeczne, nakłada się na to frustracja niemałych grup społecznych, co powoduje zawsze dążność do zmian, bez względu na to, czy są to zmiany na lepsze. Nierzadko zmienia się dobrego, czy średniego gospodarza – który nie jest w stanie rozwiązać takich problemów, jak np. bezrobocie - na populistę.
W kategorii prezydentów miast nie ma żadnej osoby pełniącej tę funkcję bez przerwy od 1990 roku. W kategorii burmistrzów to tylko 4,8 proc. - są to zwykle burmistrzowie miast małych lub średnich. Bardziej stabilna, ale w dalece niewystarczającym stopniu jest władza wójtów (około 14 proc.). To też znamienne. Wójtów i burmistrzów niewielkich miast wybiera się nie dla koloru partii, czy ugrupowań jakie reprezentują, a dlatego, że są znani lokalnej społeczności. Im większa anonimowość kandydata, czy osoby pełniącej już funkcję, tym większa fluktuacja. Wniosek jest oczywisty – wyborcy częściej pozostawiają na stanowisku osoby, które znają, osoby, które znają środowisko, osoby łatwo w środowisku identyfikowalne. Szalenie ważna jest informacja dotycząca przynależności politycznej „dinozaurów”. Generalnie można powiedzieć, że większość z nich nie jest związana z żadną partią polityczną, a zdecydowana większość miała poparcie lokalnych komitetów społecznych, na czele których stawali. Dotyczy to również tej 90-procentowej grupy, która do „dinozaurów” się nie zalicza. Można powiedzieć, że Polska samorządowa powiedziała „nie” Polsce upartyjnionej i dużo jeszcze czasu upłynie nim ukształtuje się klasa polityczna, która będzie akceptowalna przez Polskę lokalną. Być może jest to wskazówka, dla tych, którzy będą decydować o ordynacji wyborczej do parlamentu. Być może okręgi jednomandatowe i uproszczone co prawda hasło „poseł w każdym powiecie” to szansa na przełamanie bariery między społeczeństwem a parlamentem. Wydaje się, co potwierdziły sondaże (samorząd lokalny cieszy się niezmiennie dość wysokim jak na polskie standardy poparciem społecznym), że okręgi jednomandatowe i ordynacja większościowa choć niosą niebezpieczeństwo rozdrobnienia politycznego przyszłego parlamentu, dają szansę na przełamanie impasu, na przełamanie fatalnej - nie zawsze zasłużonej, a w wielu przypadkach wręcz niesprawiedliwej- opinii o klasie politycznej. Część środowisk samorządowych jest w stanie wyłonić takich liderów, którzy mając już wieloletnie doświadczenie, mają potwierdzony mandat lokalnych społeczności. Być może będą oni w stanie pomóc w przeprowadzeniu niezbędnych w kraju zmian. To jest normalna droga w krajach o dłuższym stażu demokratycznym, niż w krajach, które jeszcze do niedawna dysponowały atrapą demokracji Dotychczasowa ordynacja wyborcza uniemożliwia to wielu takim działaczom, tylko dlatego, że nie są związani z polityką w sensie struktur partyjnych. Odpowiedzmy sobie na pytanie. Czy warto podjąć ryzyko zmiany ordynacji wyborczej, ryzykując (być może, bo niektóre badania wykazują zupełnie odwrotne prognozy) rozdrobnienie parlamentu. Dając sobie jednocześnie szansę na odbudowę zaufania społecznego wobec klasy politycznej, bez której to odbudowy czekające nas niezbędne zmiany i wyrzeczenia, związane chociażby z koniecznością uzdrowienia finansów publicznych, będą mało realne. Czy warto może konserwować obecny system, który zapewniając minimum sprawności parlamentu, pogłębia przepaść między klasą polityczną, a społeczeństwem, co może uniemożliwić w efekcie przeprowadzenie niezbędnych działań – może w efekcie wyzwolić taką niechęć, taką potrzebę zmian, że władzę przejmą populiści i zniweczą dwudziestoletnią pracę całej rzeszy uczciwych polityków i samorządowców? Celowo uwypuklam problem dla wyrazistości dyskusji. Ale czy nie warto w tej dyskusji przejść wreszcie do stadium decyzyjnego? Czy nie warto chociażby zaproponować bezpośredni wybór starosty, pozostawiając wybory czysto polityczne na szczeblu regionów? Wójt, burmistrz, który ma dobry kontakt z wyborcami, jest przez nich akceptowany i wybierany ponownie. Anonimowy prezydent, związany z tą czy inną opcją polityczną, jest w wyobrażeniu społecznym funkcjonariuszem partyjnym i niekoniecznie kojarzony jest z samorządem, z tzw. małą ojczyzną. Parlamentarzysta - spadochroniarz z listy politycznej jest wybierany bo taka jest ordynacja – ale czy jest szanowany, czy jest akceptowany? Te i inne pytania, chociażby o to, czy utrzymywać dotychczasowy system wyborów starostów i marszałków województw, czy także wobec nich zastosować system bezpośredni wymagają dyskusji nie tylko w parlamencie, a głównie w środowiskach polskich samorządowców. Dwudziesta rocznica pierwszych w Polsce wyborów samorządowych to dobra okazja do wzajemnych podziękowań, bo jest za co, bo polskie samorządy niewątpliwie na to zasługują. Ale to również okazja do stawiania pytań o sprawy zasadnicze, ustrojowe, bo mają one bezpośredni wpływ na sposób i jakość sprawowania w Polsce władzy. To również okazja do przedstawienia swojego stanowiska przez tych, którzy najdłużej pełnią swoje funkcje w odrodzonym polskim samorządzie. [i]Marek Miros jest burmistrzem Gołdapi od czerwca 1990 r., członkiem Zarządu Związku Miast Polskich od 2003 r.[/i] [ramka][b][link=http://blog.rp.pl/goracytemat/2010/04/01/dinozaury-wymieraja-komentarz-marka-mirosa-burmistrza-goldapi/] Weź udział w dyskusji[/link][/b][/ramka]
Źródło: rp.pl

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL