fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Edukacja

Studia blisko domu i mamy

Na Uniwersytecie Warszawskim spośród 39 tys. kandydatów 27 tys. pochodzi z Mazowsza
Fotorzepa
Młodzież woli się uczyć w swoim regionie. – A szkoły nie potrafią się wyróżnić – krytykują eksperci
Aż 27 tys. z 39 tys. kandydatów, którzy w tym roku akademickim ubiegali się o przyjęcie na Uniwersytet Warszawski, pochodziło z województwa mazowieckiego. To oznacza, że największa szkoła wyższa w kraju kształci młodzież niemal tylko z jednego regionu. Prawie nie ma na niej studentów z opolskiego, lubuskiego, dolnośląskiego czy małopolskiego.
[srodtytul]Targi i wycieczki[/srodtytul]
– W ubiegłym roku akademickim 70 proc. studentów pierwszego roku stanowiły osoby z województwa mazowieckiego – mówi „Rz” Anna Korzekwa, rzecznik prasowa UW.
Z Mazowsza pochodzi student prawa na tej uczelni Michał Marciniak. Przyznaje, że na palcach jednej ręki może policzyć kolegów ze Szczecina czy Bielska-Białej. – Na roku nie ma osoby z Krakowa – dodaje.
To, że z oferty UW prawie nie korzysta młodzież z bardziej oddalonych regionów, uczelnia obserwuje od co najmniej dwóch lat. – Próbujemy temu zaradzić, bo różnorodność sprzyja rozwojowi – stwierdza Anna Korzekwa.
UW jest więc obecny na targach edukacyjnych w różnych częściach kraju. Chętnie przyjmuje wycieczki licealistów na przykład ze Szczecina, którzy przy okazji zwiedzania stolicy chcą też zobaczyć uczelnię.
Kształcenie młodzieży z najbliższych okolic to nie tylko specyfika UW.
„Rz” sprawdziła, że tak samo jest na innych uczelniach. Uniwersytet Jagielloński na pierwszy rok studiów najwięcej osób przyjął z województw małopolskiego – 5,4 tys., podkarpackiego – ok. 1,1 tys. oraz śląskiego – 1,5 tys. Natomiast z woj. warmińsko-mazurskiego tylko 74 osoby, a z lubuskiego – 70.
Na Uniwersytecie Śląskim spośród ponad 22 tys. kandydatów 15,1 tys. pochodziło z woj. śląskiego. Nauką na tej uczelni zainteresowanych było tylko 1,4 tys. osób z woj. małopolskiego, z łódzkiego – jedynie 48 osób.
Co nie dziwi, gdy spojrzy się na statystykę Uniwersytetu Łódzkiego. – Ponad 83 proc. studentów pierwszego roku pochodzi z okolic Łodzi – przyznaje Tomasz Boruszczak, rzecznik prasowy UŁ.
Z kolei w łódzkiej szkole prawie nie ma studentów z rejonu lubelskiego (0,69 proc.). Bo uczą się na Uniwersytecie Marii-Curie Skłodowskiej w Lublinie.
[srodtytul]Dla kogo śmietanka[/srodtytul]
– Kształcenie na uczelniach ma charakter regionalny, a nie ogólnopolski. Tak być nie powinno, bo najlepsze uczelnie powinny zbierać śmietankę najlepszych maturzystów z całego kraju – twierdzi prof. Stefan Jackowski z zespołu ekspertów, który na zlecenie Ministerstwa Nauki przygotowuje strategię rozwoju szkolnictwa wyższego.
[wyimek]Uczelnie w Lublinie są na porównywalnym poziomie z tymi w Warszawie
Anna Nieoczym studentka UMCS[/wyimek]
I tłumaczy, że mobilność jest dodatkową wartością. – Służy budowaniu kapitału późniejszych relacji zawodowych i dojrzalszemu spojrzeniu na świat. Skoro mówimy, że ważne jest umiędzynarodowienie, to powinniśmy też zadbać, by młodzież z kraju widziała potrzebę wybierania uczelni z dala od domu.
Ale studenci twierdzą, że uczelnie są podobne. – Proponują niemal takie same kierunki. Zwykle wybiera się więc tę, która jest najbliżej domu, żeby można było do niego co tydzień lub dwa jeździć zrobić pranie i zabrać jedzenie – tłumaczy Michał, student UW. Decyduje więc ekonomia.
– Mieszkam w Lublinie i łatwiej mi tu studiować, bo nie muszę płacić za wynajmowanie mieszkania. Uczelnie w Lublinie są na porównywalnym poziomie z tymi w Warszawie, więc nie widziałam powodów, by wyjeżdżać – mówi Anna Nieoczym, przewodnicząca samorządu studentów UMCS.
Eksperci przyznają, że szkoły wyższe w oczach kandydatów niemal się nie różnią. – Młody człowiek nie wie zatem, po co ma się ruszyć z miejsca zamieszkania. Na to nakłada się kulturowe przyzwyczajenie do pozostawania blisko domu i względy materialne – ocenia prof. Jackowski.
Podkreśla jednak, że gdy zacznie się studiować, to widać olbrzymie różnice przede wszystkim w poziomie kadry i innych studentów. – Dlatego w interesie uczelni jest promowanie swej specyfiki, by kandydaci zrozumieli, że uniwersytety nie są takie same – zaznacza.
[srodtytul]Liczy się marka[/srodtytul]
Jak twierdzi prof. Jerzy Woźnicki, prezes Fundacji Rektorów Polskich, statystyki z naborów świadczą o tym, że w Polsce brakuje szkół wyższych o dostatecznie rozpoznawalnej marce.
– Powinniśmy mieć uczelnie, które mają różne cele. Jedne uniwersytety powinny być nastawione na dydaktykę, a inne na badania i elitarne kształcenie studentów, którzy już w trakcie studiów braliby udział w projektach badawczych. Wówczas na takich uniwersytetach kształciłaby się najlepsza młodzież z całego kraju. Teraz wszystkie uczelnie przyjmują zbyt dużą liczbę studentów. Kształcenie jest masowe i przez to kandydaci nie widzą różnic między uczelniami – uważa.
Jednak nie wszyscy się zgadzają z taką wizją szkolnictwa wyższego. Dr Jacek Przygodzki, rzecznik Uniwersytetu Wrocławskiego (gdzie dominują studenci z dolnośląskiego), twierdzi, że trudno oddzielić badania od kształcenia. – Nie można też powiedzieć, że uniwersytety nie kształcą młodzieży z całego kraju. Mamy przecież studentów ze Szczecina czy z Białegostoku – mówi.
Dr Przygodzki dodaje, że dla funkcjonowania uczelni nie ma wielkiego znaczenia to, że jej studenci pochodzą z najbliższych okolic. – Jeśli uczelnia ma takich studentów, nie musi rozbudowywać akademików. A to z pun- ktu wiedzenia finansowego jest plus – zauważa.
[i]Masz pytanie, wyślij e-mail do autorki [mail=r.czeladko@rp.pl]r.czeladko@rp.pl[/mail][/i]
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA