fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Dziennikarze z wyższej sfory

Rafał A. Ziemkiewicz
Fotorzepa, Ryszard Waniek Rys Ryszard Waniek
Za liderów polskiego żurnalizmu chętnie uznaje się dziś tych, których znaczenie buduje oglądalność bądź klakierskie zachwyty nad sobą nawzajem - pisze publicysta "Rzeczpospolitej"
[wyimek][link=http://blog.rp.pl/ziemkiewicz/2010/01/19/dziennikarze-z-wyzszej-sfory/" "target=_blank]Weź udział w dyskusji[/link][/wyimek]
Krótko po ostatnich wyborach parlamentarnych branżowy miesięcznik "Press" zadał kilku prominentnym ludziom mediów pytanie – jak teraz, po miażdżącej przegranej PiS, widzą swą "dziennikarską misję". Już w samym pytaniu, uzależniającym jakąś zmianę w pojmowaniu misji od układu sił w parlamencie, kryła się sugestia partyjnego zaangażowania: dotąd zajmowaliśmy się zwalczaniem PiS, Samoobrony i LPR, ale dwie ostatnie partie zniknęły, a PiS został zmarginalizowany, więc co będziemy robić dalej?
Indagowani wypowiedzieli się w tym mniej więcej duchu, że teraz, po klęsce PiS, misja dziennikarska polega na dopilnowaniu, aby była to klęska ostateczna i nieodwołalna; aby nigdy już ani sami Kaczyńscy, ani w ogóle nikt podobny, nikt podważający ideowe podstawy III RP i konstytuującej ją umowy kojarzonej z Okrągłym Stołem, nie mógł w Polsce do władzy wrócić. Nie było to, oczywiście, ujęte w takich słowach, tylko w propagandowych frazach o zagrożeniach dla demokracji i populizmie, ale sens był jasny. W chwili szczerości, jaka często się zdarza, gdy doznajemy ulgi po długo przeżywanym napięciu (a niektórzy ze wspomnianych jeszcze miesiąc przed wyborami publikowali jeremiady o niezatapialności odwołującego się do "najgorszych polskich fobii" Jarosława Kaczyńskiego, porównując go z Silviem Berlusconim), przedstawiciele środowiska pozwolili sobie na otwartą deklarację swego zaangażowania.
[srodtytul]Propaganda sukcesu[/srodtytul]
Że nie była to czcza gadanina, dowiodły ostatnie dwa lata. Od czasów Edwarda Gierka nie było w polskich mediach tak grubymi nićmi szytej propagandy sukcesu, chowającej na dalekim planie wszystkie problemy i niedociągnięcia, za to eksponującej zapowiedzi, jak bardzo poprawi się niedługo we wszystkich dziedzinach. Dziennikarski establishment uporczywie przekonywał Polaków, iż żyją tak beztrosko i dostatnio, że nie pozostaje im nic innego niż grillowanie. Oni sami również gorliwie zajmowali się "grillowaniem" – wrogów, nie tylko polityków, ale także niepoddających się ich opiniotwórczej władzy dziennikarzy.Propaganda czasów Tuska, jej ulubione chwyty i manipulacje, a także sposoby medialnego niszczenia przeciwników, to temat, który czeka na solidne opracowanie – wyliczanie konkretnych nadużyć i objaśnianie ich mechanizmów to temat na sporą książkę. Wiele z tego starałem się zresztą wychwytywać na bieżąco w blogu, nie unikali też tej pracy inni.
Tu, z racji ograniczonej objętości, mogę napomknąć tylko o głównych kierunkach propagandowego zaangażowania. Po pierwsze jest to stałe utwierdzanie Polaków w poczuciu historycznego i gospodarczego sukcesu. Establishmentowi dziennikarze podkreślają więc bezustannie ubiegłoroczny wzrost PKB na poziomie 1,7 proc., nie wspominając, jak zwodniczy to wskaźnik (Pakistan w tym samym roku zanotował wzrost 3,7 proc., a nikt przy zdrowych zmysłach nie uzna go za wyspę cywilizacyjnego rozwoju), tuszują natomiast problemy z zadłużeniem państwa i zagrożenia z niego płynące, opóźnienia w przekazywaniu funduszy rozmaitym agendom budżetowym i zaciąganie coraz to nowych zobowiązań. Przykładem stosunkowo świeżym, a zabawnym, jest rozmowa, jaką na antenie TVP Info przeprowadził Jacek Żakowski z minister zdrowia Ewą Kopacz – rozmowę, której osią było pytanie, co może wnieść Polska do europejskiego śledztwa przeciwko koncernom farmaceutycznym w sprawie skandalu ze szczepionkami przeciwko grypie.
Oczywiście, polskiego telewidza nie interesuje, dlaczego NFZ i ministerstwo nie mają odwagi powiedzieć, na kim zamierzają zaoszczędzić w warunkach zmniejszonego budżetu, nie interesuje go fundamentalne pytanie, dlaczego w warunkach tak fantastycznego sukcesu, jaki ponoć odnosimy, musimy stale i coraz bardziej zaciskać pasa. Nie interesuje go nawet, co by było, gdyby pokerowa zagrywka pani minister się nie powiodła i gdyby się okazało, że w sprawie grypy A/H1N1 agendy unijne i WHO miały jednak rację. A jeśli nawet interesuje, to wszak misja dziennikarska, taka, jaką się ją widzi w kręgach tygodnika wsławionego okładką "Tusku, musisz" (rządzić), polega na tym, aby należycie propagować sukcesy rządu, a nie straszyć społeczeństwo.
[srodtytul]Nękanie opozycji[/srodtytul]
Drugim przykazaniem dziennikarskiego establishmentu jest bezustanne nękanie opozycji. Przywoływałem swego czasu przykład zaczerpnięty z programu Moniki Olejnik. W tygodniu, w którym zdarzyło się kilka naprawdę ważnych spraw: premier Tusk zaskoczył wszystkich zapowiedzią wejścia do strefy euro w roku 2012, z oficjalną wizytą przybył do Polski po raz pierwszy od dawna rosyjski szef MSZ Siergiej Ławrow, a także kilka mniej ważnych, ale spektakularnych, jak np. zapowiedź premiera, że będzie się w Polsce chemicznie kastrować pedofilów, dla gwiazdy TVN i Radia Zet tematem głównym, najważniejszym, omawianym przez pierwszych 20 minut programu było to, że Przemysław Gosiewski, udzielając wywiadu Radiu Maryja, bardzo niewyraźnie mamrotał.
Oczywiście, prowadząca i większość gości nie ukrywali przekonania, że wskutek nadużycia alkoholu (nawiasem mówiąc – fakt, iż podczas niedawnej konwencji SLD w ostatniej chwili zmieniano porządek wystąpień, bo główny mówca znowu miał kłopoty z golenią, nie został w mediach odnotowany w żaden sposób).
[srodtytul]Atakowanie "wrogów ludu"[/srodtytul]
Przykazanie trzecie to intensywne uprawianie polityki historycznej w duchu odpowiadającym obecnej władzy. Za młodu wbijano mi do głowy, że o niepodległość Polski walczyły bohatersko Gwardia Ludowa i Armia Ludowa, wspierane przez bratni Związek Radziecki, podczas gdy AK stała z bronią u nogi albo wręcz kolaborowała. Dziś wbija się, że niepodległość dali Polsce Wojciech Jaruzelski i Czesław Kiszczak, doceniając w ten sposób wieloletnią heroiczną walkę Lecha Wałęsy, któremu "różne Gwiazdy, Wyszkowskie i Walentynowicze" (słowa samego noblisty) tylko w tej walce przeszkadzali. Człowieka zaś, który przez te wszystkie lata, kiedy Wałęsa zajmował się głównie "symbolizowaniem", faktycznie kierował związkiem, Lecha Kaczyńskiego, oraz setek działaczy podziemia, którzy potem nie załapali się na konsumowanie owoców zwycięstwa, w ogóle nie było.
Z gwiazd prorządowego dziennikarstwa szczególnie aktywny na tym polu okazał się Tomasz Lis. Ten przypadek dziennikarskiego upadku wart jest osobnej obszernej analizy.
Siłą Lisa był szczególny talent do wydobywania z politycznych sporów spraw zasadniczych i oczywistych, i formułowania ich, na wysokim stopniu ogólności, w taki sposób, że właściwie nikt nie mógłby się pod nimi nie podpisać (takim przykładem jest jego największy sukces, książka "Co z tą Polską?"). Z czasem jednak celem samym w sobie stało się dla niego utrzymanie zdobytej w ten sposób popularności – stałe zajmowanie pozycji wyraziciela poglądów ogółu. Dziś Lis jest w dziennikarstwie tym, kim w polityce Tusk – populistą, którego opinie zawsze są opiniami sondażowej większości.
Rekompensuje to sobie stosowaniem wyjątkowo brutalnej i nikczemnej retoryki w atakach na współczesnych "wrogów ludu". O historykach IPN potrafił napisać, że "swołocz opluwająca wielkiego Polaka" nie ma prawa do wolności słowa, a zorganizowanemu przez prezydent stolicy, ku uciesze "wykształciuchów", pogromie "handlarzy" sekundował, krzycząc o "bandziorach z KDT".
Dziennikarstwo, jakie prezentuje w swym popularnym (zapewne właśnie dlatego) programie Lis, nieodparcie przypomina mi słowa ze znakomitej antyutopii Raya Bradbury'ego: "jeśli nie chcesz, żeby człowiek był nieszczęśliwy z powodu polityki, nie pokazuj mu dwóch stron zagadnienia; pokaż mu tylko jedną… Jeśli rząd jest zły, lekkomyślny i zdziera skórę podatkami, lepiej, żeby ludzie o tym nie wiedzieli, niż mieliby się martwić tym, czego i tak nie mogą zmienić".
[srodtytul]Rząd dusz[/srodtytul]
Jest jeszcze jeden istotny wątek działania tego, co nazywam tu dziennikarskim establishmentem – uporczywe próby objęcia rządu dusz nad polskimi dziennikarzami i wyrugowania ze środowiska tych, którzy reprezentują poglądy zasadniczo odmienne, zwłaszcza co do "historycznego sukcesu" i "bezprzykładnego rozwoju" państwa, w którym żyje się gwiazdorom tak dobrze.Nie tak dawno, na środowiskowej dyskusji, dowiedziałem się od Jacka Żakowskiego, iż problemem polskich mediów jest to, że mogą się w nich wypowiadać osoby niekompetentne, jacyś poloniści (to ja) czy teatrolodzy (tu chodziło o siedzącego obok Igora Jankego). Należy więc uzależnić prawo do wykonywania zawodu od zdania egzaminów organizowanych przez dziennikarskie autorytety.
Łatwo sobie taki egzamin wyobrazić – twierdzi pan, że PiS nie jest partią faszystowską? Do widzenia, brak panu (określenie Żakowskiego) "elementarnego politologicznego backgroundu"!
Weryfikacje, uprawnienia zawodowe, choć miłe niektórym politykom, są na tyle źle odbierane, że obawiać się ich na razie nie trzeba. Jednak grupa wpływowych dziennikarzy nie ustaje w staraniach, by być głosem i przedstawicielami środowiska (oczywiście, po oczyszczeniu go z polonistów, teatrologów i innych niebłagonadiożnych). W sytuacji, gdy mające w swych szeregach wiele autentycznych autorytetów, ale pozbawione w III RP zagrabionego przez PRL majątku i tym samym zmarginalizowane SDP nie jest w stanie organizować środowiska, i gdy luki tej nie wypełnia żadna inna organizacja, pojawia się gotowość uznawania za liderów polskiego żurnalizmu tych, których znaczenie buduje oglądalność bądź klakierskie zachwyty nad sobą nawzajem.
[srodtytul]TVP dla "środowiska" [/srodtytul]
Niedawną kampanię dziennikarskich gwiazd przeciwko tabloidom odczytuję jako próbę realizacji uroszczeń do liderowania polskiemu dziennikarstwu na zasadzie "autorytetów moralnych". Tabloidy są oczywiście wdzięcznym celem, ale nie o nie tu idzie. A o co?Zaryzykuję twierdzenie, że o państwowe media. Obecna władza, co skądinąd wiadomo z rozmaitych kuluarowych wypowiedzi, gra na ich "zagłodzenie". Realna jest perspektywa upadłości i wprowadzenia syndyka.
Oferta "oddania" przez niego wpływu na media "środowisku dziennikarskiemu" byłaby z różnych, wartych osobnego omówienia, przyczyn bardzo na rękę rządowi, zwłaszcza gdyby rangę "środowiska" zdobyli sobie dziennikarscy celebryci, których oddanie establishmentowi III RP i partii stanowiącej jego emanację jest znane i od lat wypróbowane.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA