Teatr

Reżyseria żywej muzyki

– Kiedy nie ma wyzwania, nie mam ochoty – mówi Barbara Wysocka. Ceniona reżyserka i aktorka udowodniła wierność tej zasadzie w każdym z czterech opracowanych w tym roku spektakli
Fotorzepa, Bartosz Siedlik
Aktorka i reżyserka opowiada o ułomnościach i możliwościach polskiego teatru, nieustającej potrzebie zabawy formą, spłaszczaniu Edgara Allana Poe i specyficznych kolorach Warszawy
[b]Z Barbarą wysocką rozmawia Agnieszka Rataj[/b]
[b]Ma pani za sobą wyjątkowo intensywny rok. Wyreżyserowane cztery premiery: „Kaspar”, „Pijacy”, „Opera dokumentalna o Okrągłym Stole”, wreszcie „Zagłada domu Usherów” Philipa Glassa. Czy ma pani poczucie wyjątkowości tego roku, przełamania swojego obrazu w ostatnich latach jako przede wszystkim aktorki?[/b] Barbara Wysocka: Oprócz wymienionych przez panią premier reżyserskich była jeszcze „Trylogia” Jana Klaty, w której zagrałam Oleńkę.
W czerwcu rozwaliłam też samochód w akcji ulicznej Rafała Bujnowskiego podczas festiwalu Art Boom w Krakowie – było to jedno z bardziej wyczerpujących emocjonalnie i fizycznie działań w 2009 r. Nie mam poczucia wyjątkowości tego roku i nie starałam się przełamywać własnego obrazu jako aktorki, wręcz przeciwnie. Niektórzy myślą, że aktorstwo było dla mnie tylko drogą do reżyserii albo że skoro reżyseruję, to nie chcę już grać. Jest dokładnie odwrotnie – aktorstwo jest dla mnie najpełniejszym i najskuteczniejszym środkiem wyrazu, niezbędnym do życia jak powietrze. Reżyseria jest torem równoległym – nie traktuję tych dwóch zawodów zupełnie oddzielnie. Każda praca reżyserska jest dla mnie nierozerwalnie związana z aktorstwem i każda rola ma w sobie coś z reżyserii. Nie oddzielam też od tego wszystkiego muzyki. Każda rola i reżyseria to praca w materii muzycznej. [b]Co panią zainteresowało najbardziej w obu wyreżyserowanych operach współczesnych?[/b] Bardzo trudno porównywać te projekty. To kompletnie inne obszary muzyczne. „Opera dokumentalna o Okrągłym Stole” – dzieło Tadeusza Wieleckiego to szczególny gatunek. Integralną częścią jego utworu jest film Piotra Bikonta. Muzyka pisana była do konkretnych scen, inne sceny filmu przepisywane były na muzykę i aktorów. Wspaniałe w pracy z Tadeuszem Wieleckim było to, że mogliśmy razem planować strukturę utworu scenicznego. Realizacja tego projektu nie była łatwa, poruszaliśmy się wśród fragmentów układanki, strzępów historii, muzyki, filmu, rozbitych scen i dźwięków. Duża część warstwy muzycznej to improwizacja. Miałam poczucie reżyserowania żywej muzyki, tworzenia dramaturgii w dziele muzycznym. Tadeusz z kolei znalazł się w epicentrum teatru – obecny na scenie jako dyrygent-performer, panował nad całością przedstawienia. Najważniejsze było zderzenie tematu z formą – kluczowy moment w historii Polski ujęty w scherzo muzyczno-filmowo-teatralne. [b]A „Zagłada domu Usherów”?[/b] To nie był mój wybór. Propozycja przyszła ze strony Opery Narodowej. Tu wyzwanie było innego rodzaju: jak inscenizować muzykę, która po pięciokrotnym przesłuchaniu staje się nie do zniesienia, i jak poradzić sobie z fatalnym librettem, okrutnie spłaszczającym opowiadanie Edgara Allana Poe. Rozumiem, że z wielu powodów ważne było włączenie Glassa do repertuaru Opery Narodowej, ale w jego dorobku znajdują się ciekawsze pozycje. Projekt ten był próbą zmierzenia się z nową materią, z innym trybem pracy i środkami wyrazu. Miałam szczęście pracować z grupą wspaniałych solistów, otwartych i chętnych do przekraczania granic dzielących teatr i operę. To spotkanie było najcenniejsze. [b]Co w pani podejściu do pracy zmieniło się w ciągu tego roku? [/b] Staram się coraz bardziej świadomie podejmować decyzje dotyczące tego, co robię. Uczę się dokonywać trudnych wyborów i nie poddaję przypadkom tak chętnie jak kiedyś. Mam poczucie, że w teatrze coś się dla mnie wyczerpało – zarówno w reżyserii, jak i w aktorstwie. Chciałabym odsunąć się od tego, co umiem jako aktor i reżyser, nie chcę już posługiwać się narzędziami, które znam i którymi lepiej czy gorzej umiem się posłużyć. Nie interesuje mnie już to, co łatwe i przyjemne. Każdy projekt, nad którym pracuję, jest w jakiś sposób niemożliwy. Interesuje mnie walka z materią tekstu, z tematem, pogubione postaci, ich rozbicie wewnętrzne. Interesuje mnie też forma. Granice teatru wciąż się przesuwają. Powoduje to poczucie wiecznego nienasycenia i konieczność pozostawania w ciągłym ruchu wewnętrznym. [b]Co w 2009 roku wywarło na pani największe wrażenie w teatrze?[/b] Poraziły mnie słowa skierowane do reżysera spektaklu: „Pan jest tylko wykonawcą zamówienia złożonego przez teatr”. Z pozytywnych: mała sala konferencyjna pełna najbardziej czynnych reżyserów i dramaturgów mojego pokolenia, którzy przyjechali z całej Polski, żeby rozmawiać o tym, co dzieje się z polskim teatrem. Wydarzenie bez precedensu. Myślę, że Forum Obywatelskie Teatru Współczesnego powstało we właściwym momencie. Mam nadzieję, że nie za późno. Jego zawiązanie to dopiero początek, próba zwrócenia uwagi na fakt, że liczna grupa osób współtworzących polską kulturę jest pomijana w dyskusji o kształcie polskiego teatru i wykluczona z udziału w podejmowaniu decyzji, które dotyczą ich samych. [b]Czego pani nie lubi w polskim teatrze? [/b] Rozgrywek politycznych i obsadzania na stanowiskach dyrektorskich osób niekompetentnych. Prób szufladkowania młodych reżyserów, przypinania etykietek, seksizmu i protekcjonalizmu. I tego czegoś, co powoduje, że najbardziej zapaleni i najwięksi aktorzy zamieniają się w alkoholików. [b]Jakie są pani najbliższe plany? [/b] Przygotowuję dla Instytutu Teatralnego w Warszawie czytanie/instalację „Anhellego” w ramach cyklu „Słowacki. Dramaty wszystkie” – pokaz 7 stycznia. 16 stycznia gram w premierze „Utopia będzie zaraz” Michała Zadary w Starym Teatrze w Krakowie. Potem ostatnie zdjęcia do niemieckiego filmu „Nachmieter”. [b]Czuje się pani związana z Krakowem? [/b] Tam studiowałam i teraz pracuję w teatrze, jednak dziwne: nie powiedziałabym, że jestem mocno z tym miastem związana. Na pewno nie emocjonalnie. Nigdy mi nie przyszło do głowy, żeby tam zamieszkać na stałe. [b]Do tej pory pracowała pani dwa razy w Warszawie. Czy ma pani więcej planów pracy tutaj? [/b] Urodziłam się i wychowałam w Warszawie. Tu mam dom, swoje ulice, przystanki autobusowe, budynki i miejsca po budynkach, trasy wydeptane od przedszkola, znikające kina i wciąż istniejące teatry. Podróżuję nieustannie od 17. roku życia, ale zawsze wracam do Warszawy. Potrzebuję tego miasta, potrzebuję dokładnie takiego koloru: popołudniowe światło kładzie się na jasnoszarych murach i na seledynowych wieżowcach. Tak, bardzo chcę pracować w Warszawie i marzę o tym, by spędzać tu więcej czasu. [ramka][b]Rok na stołecznej scenie[/b] To był wyjątkowo mocny rok w warszawskich teatrach, czego dowodem jest m.in. druga edycja festiwalu Boska Komedia w Krakowie. Reprezentacja stołeczna była tam w zdecydowanej większości. Do świetnej formy wrócił TR Warszawa pod wodzą Grzegorza Jarzyny, który zrealizował tam dwa znakomite spektakle: „T.E.O.R.E.M.A.T.” i „Między nami dobrze jest”. Przez większość roku zajmowała widzów szczególna rywalizacja między Jarzyną a Krzysztofem Warlikowskim, trwająca od czasu ich rozstania. Chyba mamy remis: Warlikowski przygotował w Nowym Teatrze – mimo nieustających problemów z lokalizacją – swoiste opus magnum: „(A) pollonię”. A pod względem aktorskim wszystko w Warszawie zdobyła Sandra Korzeniak, ofiarowując widzom swoją prywatność i mierząc się z legendą seksbomby w roli Marylin Monroe w spektaklu Krystiana Lupy „Persona. Marylin”. [/ramka]
Źródło: Życie Warszawy

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL