Opinie

Reforma finansów – aby do wyborów?

Rafał A. Ziemkiewicz
Fotorzepa, Ryszard Waniek Rys Ryszard Waniek
Jacek Rostowski tłumaczy, że prawdziwe zmiany będą dopiero, gdy w Pałacu Prezydenckim zasiądzie Donald Tusk. Do tego czasu pretensje o to, że premier i jego gabinet niczego nie robią, kierować należy do Lecha Kaczyńskiego
Pod choinkę dostaliśmy od rządu zapowiedź wielkiej reformy finansów publicznych oraz ich konsolidacji. Takiej reformy domagają się specjaliści bodaj od samego początku istnienia III RP, z każdym rokiem coraz głośniej, w tonie coraz bardziej dramatycznym.
[wyimek][link=http://blog.rp.pl/ziemkiewicz/2009/12/29/reforma-finansow-%E2%80%93-aby-do-wyborow/" "target=_blank]Skomentuj na blogu[/link][/wyimek] Ale po dwóch latach rządów PO – PSL i jego zespołów eksperckich mamy prawo oczekiwać już nie tylko zapowiedzi, ale konkretnych projektów zmian. Otrzymujemy tymczasem tylko tezy przypominające hasła wyborcze. Najwyraźniej prace nad wielką reformą dopiero się rozpoczynają, czy wręcz dopiero mają się rozpocząć. Dlaczego? Rząd i pracownicy kibicujących mu mediów wyjaśniają, że dopiero teraz, bo dopiero, gdy minął światowy kryzys, można się za to zabrać.Trudno nie przypomnieć, iż zanim kryzys ten się rozpoczął, rząd miał na przygotowanie reformy cały rok doskonałej koniunktury. I że premier zdążył nawet zapowiedzieć, bardzo ambitnie i ku ogólnemu zaskoczeniu, wejście do strefy euro w roku 2012 – o czym nie można marzyć bez ograniczenia zadłużenia i deficytu budżetowego.
[srodtytul]Za, a nawet przeciw[/srodtytul] Obecne zapowiedzi wydają się więc tylko reakcją na potrzeby chwili. Konkretnie – na niedawny list otwarty dziesięciu znanych ekonomistów alarmujących, że rosnące zadłużenie państwa oraz deficyt budżetu, w znacznym stopniu wynikający z kosztów obsługi tegoż zadłużenia, grożą katastrofą państwa.W swojej odpowiedzi na ten apel, jaką stanowił artykuł w przedświątecznej "Gazecie Wyborczej", minister finansów Jacek Rostowski użył dwóch argumentów, niezbyt do siebie przystających. Po pierwsze zapowiedział, iż rząd całościową reformę finansów rozpocznie, a nawet, że już ją od pewnego czasu prowadzi (wymienia tu m.in. jako jej część likwidację części emerytur pomostowych). Po drugie zakwestionował podnoszoną przez sygnatariuszy listu potrzebę takiej reformy. Przede wszystkim minister bagatelizuje rozmiary zagrożenia. Na przykład podaną przez autorów listu informację, iż w latach 2008 – 2010 dług publiczny wzrasta aż o 5,5 proc. PKB rozbraja wyliczeniem: "jeśli odejmiemy wzrost wydatków unijnych i ich współfinansowanie ze środków krajowych, to pozostałe wydatki krajowe rosną jedynie o 2 pkt proc., z czego 1,5 pkt proc. w kryzysowym 2009 r.". I dodaje, że gdy wzrost gospodarczy przyśpieszy, wzrastające wpływy do budżetu uczynią problem, jeśli niezupełnie niebyłym, to nieuciążliwym. Optymizm swój minister uzasadnia także porównaniem prognoz dla Polski i innych krajów UE: "Polski dług publiczny wyniesie na koniec przyszłego roku 42 proc. naszego PKB. Wtedy przeciętna relacja długu do PKB w strefie euro wyniesie dwa razy więcej (84 proc.), a we Francji - 83 proc. i w Niemczech 77 proc. Wynik ten plasuje nas na dziewiątym miejscu w Unii Europejskiej na liście krajów o najniższym poziomie zadłużenia w relacji do PKB. Poziom tej relacji w Polsce będzie podobny do tej w Czechach i na Litwie, mimo że te kraje rozpoczęły transformację 20 lat temu praktycznie niezasłużone". Jako człowiekowi leciwemu bardzo kojarzą mi się te argumenty z gierkowską propagandą sukcesu, kiedy to podobnie, zasypując Polaków liczbami i efektownymi porównaniami, udowadniano, że jesteśmy dziewiątą potęgą gospodarczą świata (co ważne, nie kłamano – sugerowano tylko, że jeśli np. wydobywamy prawie tyle samo siarki co Wielka Brytania, to jesteśmy prawie Wielką Brytanią). Nawet amator znający zagadnienia ekonomii jedynie pobieżnie jest w stanie pokazać, że wyliczenia powyższe są naciągane pod z góry założoną tezę. Porównywanie suchych liczb w wypadku krajów rozwiniętych i – by użyć uprzejmej nazwy stosowanej na Zachodzie – rynków wschodzących jest bowiem zwodnicze. Czy właściciel małego sklepiku zadłużony na 40 proc. jego wartości jest w lepszej sytuacji niż wielki przemysłowiec, który ma kredyty na 80 proc. swojego majątku? Otóż nie, bo milioner długo jeszcze będzie mógł liczyć na otwarty kredyt, a gdyby nawet go stracił, ma co sprzedawać, sklepikarz zaś przy pierwszym potknięciu może mieć na głowie komornika, który go zrujnuje. Zamiast porównywać relację zadłużenia do PKB, porównajmy, jaką część stanowi obsługa długu publicznego (czyli sama tylko spłata bieżących odsetek) w budżecie Francji i Niemiec, a jaką w naszym, a będziemy bliżej prawdy. [srodtytul]Czyje zasługi[/srodtytul] Podobnie zwodnicze są liczby cytowane wcześniej. Wzrost wydatków budżetu jest wzrostem wydatków i na wydatki te trzeba realnie znaleźć pokrycie. Pomniejszenie długów "wynikających z funkcjonowania OFE" czy inwestycji związanych ze współfinansowaniem projektów unijnych robi z 5,5 proc. "tylko" 2 proc., ale to zmiana na papierze. A przecież nawet w tych operacjach przyznać musi minister, iż lwia część wzrostu zadłużenia przypada na ostatni rok, a więc że ma ono tendencję do narastania lawinowo. Być może tempo tego wzrostu, jak twierdzi, zmniejszy się, gdy wskutek spodziewanego ożywienia wzrosną wpływy z podatków. Ale istniejące długi nie znikną ani nawet nie zaczną maleć. I to jest realny problem, którego rozwiązania minister nie wskazuje. Z wyżej cytowanych tez Jacka Rostowskiego, jak i z innych fragmentów jego wypowiedzi, przebija przekonanie, iż stan ekonomii jest odbiciem li tylko nastrojów konsumentów i producentów. Podkreślając z dumą, że Polska nie popadła w recesję, wyjaśnia to faktem, iż "Polacy nie popadli w panikę" dzięki postawie rządu i jego osobiście przypomnę, że minister kilkakrotnie publicznie poświadczał wtedy nieprawdę na temat stanu gospodarki i działań swego resortu, do czego po czasie przyznawał się z dumą, tłumacząc to właśnie potrzebą zapobieżenia panice). Większość ekspertów widzi jednak bardziej złożone przyczyny tej sytuacji. Recesji uniknęliśmy po części dzięki temu, iż nasza gospodarka jest stosunkowo słabo jeszcze zintegrowana z dotkniętymi krachem zachodnimi systemami finansowymi, poniekąd przez osłabienie złotego, co pomogło eksportowi oraz że akurat obniżyliśmy podatki i składkę rentową, pozostawiając więcej pieniędzy w rękach obywateli – dwie ostatnie zasługi trzeba akurat przypisać poprzedniemu rządowi. Owszem, powstrzymanie się przez obecny gabinet od pompowania pieniędzy w gospodarkę to niewątpliwie zasługa, bodaj chyba największa. Ale to nie oznacza bynajmniej, że receptą na każdy kryzys jest powstrzymywanie się od działania. Zupełnie czym innym bowiem jest krach bankowy wynikający z pęknięcia bańki spekulacyjnej, kiedy to nagle "wyparowują" miliony, a paniczne próby wycofania zainwestowanych w papiery wartościowe zasobów potęgują skutki załamania – czym innym zaś kryzys budżetu, wynikający z narastającego latami, kumulującego się długu, grożącego utratą "płynności finansowej" na skalę całego państwa. Nie ma więc żadnych podstaw dyskredytowania krytyków zastosowaną przez Jacka Rostowskiego metodą "ci sami, którzy wtedy wieszczyli załamanie gospodarcze, dziś nakręcają nową spiralę strachu". [srodtytul]Pracy ani śladu[/srodtytul] Mimo iż jego zdaniem sytuacja wcale nie jest dramatyczna, minister obiecuje rychłe przedstawienie projektów, które obniżą wydatki państwa. Nie ma tu pomysłów nowych ani porywających – podniesienie wieku emerytalnego, likwidacja przywilejów emerytalnych czy uszczelnienie systemu rentowego. Rzecz w tym, że takie zmiany wymagają przepracowania ogromnej liczby ustaw, i to w sposób ze sobą skoordynowany. Może to zająć wiele miesięcy. A jak dotąd nie ma żadnego śladu podjęcia przygotowań do takiej pracy.Jacek Rostowski zresztą faktowi temu nie przeczy. Tłumaczy go tak: dopóki prezydent może zawetować zmiany, to nie warto się nimi zajmować. Reformy więc będą dopiero, gdy w Pałacu Prezydenckim zasiądzie Donald Tusk. Do tego czasu pretensje o to, że premier i jego gabinet niczego nie robią, kierować należy do Lecha Kaczyńskiego. Taka argumentacja, powiedzmy sobie szczerze, czyni wszystkie wywody i ministra Rostowskiego, i jego kolegów nad wyraz podejrzanymi. W świetle takiej tezy wynika z nich bowiem, iż na razie zadaniem rządu jest tylko jakoś dotrwać bez krachu do wyborów i wszelkie zapowiedzi reform służą tylko zyskaniu na czasie.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL