Opinie

Zadośćuczynienie, czyli cierpienia lepsze i gorsze

Rzeczpospolita, Paweł Gałka
Jeżeli ktoś jest w stanie udowodnić, iż odczuwa cierpienia dlatego, że cierpi osoba dla niego najbliższa, to powinien mieć możliwość dochodzenia zadośćuczynienia od sprawcy – uważa adwokat, wspólnik w Wojciechowski & Stopa Adwokaci
Dzisiejsza konstrukcja zadośćuczynienia powinna być tak zmieniona, by możliwe było złagodzenie cierpień odczuwanych wyłącznie na skutek cierpienia żyjącej osoby najbliższej. Obecnie bowiem, jeżeli ktoś nie wykaże przed sądem rozstroju zdrowia lub naruszenia dobra osobistego, nie może liczyć na zadośćuczynienie. Wyklucza to treść art. 444 i 446 [link=http://www.rp.pl/aktyprawne/akty/akt.spr;jsessionid=99F4F4266D749124A30D7EE75299B064?id=70928]kodeksu cywilnego[/link]. Prosty przykład: mężczyzna pozostający w udanym związku małżeńskim na skutek ataku osoby trzeciej doznał uszkodzenia narządów rozrodczych. Nie może mieć dzieci. Z tej przyczyny jego żona odczuwa głębokie cierpienie związane nie tylko bezpośrednio z cierpieniami męża, ale też z utraconą szansą na udane małżeństwo i rodzicielstwo. Po krótkim czasie małżeństwo się rozpada, a oboje małżonkowie doznają głębokich urazów psychicznych.
[srodtytul]Ważne pytania[/srodtytul] Czy system prawny powinien lekceważyć cierpienia osób najbliższych dla bezpośrednio poszkodowanego odczuwane wyłącznie na skutek jego cierpień? Czy ustawodawca powinien zaprzeczać, że cierpienia danej osoby mogą być samoistnym źródłem cierpień dla jej najbliższych? Czy powinien premiować sprawcę tych cierpień przez ochronę jego osoby przed koniecznością rekompensaty cierpień najbliższych? Odpowiedź na wszystkie pytania jest negatywna.
Chodzi tu o zagadnienie szersze: co ma zrobić ktoś, kto odczuwa bardzo duże cierpienia, istnieje ich sprawca, jednakże czynnik wywołujący cierpienie nie był ukierunkowany bezpośrednio na cierpiącego, tylko na inną osobę? Czy sam fakt, iż sprawca nie chciał wywołać cierpień tej osoby, powinien wyłączać możliwość dochodzenia zadośćuczynienia od sprawcy? Czy nie lepiej pozostawić człowiekowi swobodę w zakresie decydowania czy chce się domagać zadośćuczynienia za doznane cierpienie, i przyznać mu w tym zakresie uprawnienie oraz pozostawić ocenę żądania takiej osoby sądowi? Czy nie byłoby bardziej dostosowane do rzeczywistości przyznanie prawa do dochodzenia odszkodowania za każde cierpienie, niezależnie od jego treści, rodzaju, źródła (przyczyny), i pozostawienie oceny tego prawa w konkretnym wypadku sądowi, niż ograniczanie ludziom prawa do tego, by cierpienie im zrekompensowano? [srodtytul]Błędne założenia[/srodtytul] Prawo do zmniejszenia skutków cierpienia powinno przysługiwać zawsze, ilekroć cierpienie się pojawia. Jest oczywiste, iż prawo to i tak podlegałoby ograniczeniom wynikającym z tego, co nie jest społecznie akceptowane. Jednakże jak uczyć tego, co jest niewłaściwe, jak wskazywać na potrzebę tolerancji i szacunku dla innych, skoro sam ustawodawca potrzebę tę ogranicza, nie licząc się z każdym obywatelem w państwie, z jego potrzebami i z całą różnorodnością zdarzeń, które mogą wywoływać czyjeś cierpienie. Dlaczego w ten sposób wprowadza się podział na cierpienie gorsze – niezasługujące na zadośćuczynienie – i cierpienie lepsze, to jest takie, które powinno być zminimalizowane przez zadośćuczynienie? Odpowiedzi na takie pytania, ilekroć odwołują się do potrzeby wybrania rozwiązania kompromisowego lub wyważenia jakichś niezgodnych wartości, z reguły oparte są na błędnym założeniu. Mianowicie takim, iż cierpienie może zasługiwać na zadośćuczynienie lub nie w zależności od tego, jaki czynnik je wywołuje, a nie w zależności od rozmiarów i rodzaju cierpienia. Zadośćuczynienie powinno przysługiwać zawsze, gdy ktoś cierpi, niezależnie od tego, co jest jego źródłem. Nie jest co do zasady możliwy do zakwestionowania pogląd, że osoby najbliższe dla poszkodowanego cierpią z powodu jego cierpień ze względu na związek emocjonalny między nimi. Dlatego należy rozważyć wprowadzenie wyżej zarysowanego rozwiązania, gdzie zadośćuczynienia za własne cierpienia domagać może się osoba najbliższa dla poszkodowanego – bezpośrednio dotkniętego skutkami zachowania sprawcy. Rozwiązanie dalej idące jest ryzykowne, jeżeli chodzi o skutki. To jednak raczej temat na odrębny artykuł. Rozwiązanie proponowane nie deprecjonuje natomiast godności i integralności psychicznej osób najbliższych dla poszkodowanego. [srodtytul]Inaczej niż dotychczas[/srodtytul] Na czym miałaby polegać zmiana w aktualnej konstrukcji zadośćuczynienia? Na tym, że określoną w ustawie grupę osób, które wstępnie można określić jako najbliższe dla osoby bezpośrednio poszkodowanej, traktuje się inaczej niż dotychczas. Osoby z tej grupy, które z reguły cierpią wtedy, gdy cierpi dla nich ktoś najbliższy, powinny mieć prawo do zmniejszenia swojego własnego cierpienia poprzez zadośćuczynienie. [wyimek]Czy ustawodawca powinien zaprzeczać, że cierpienia danej osoby mogą być samoistnym źródłem cierpień dla jej najbliższych?[/wyimek] Istniejące ograniczenie podmiotowe konstrukcji zadośćuczynienia opiera się na założeniu, iż osoba najbliższa dla poszkodowanego, która z reguły cierpi razem z nim, nie zasługuje na to, by domagać się zadośćuczynienia za własne cierpienie (niekiedy większe niż u samego poszkodowanego) od sprawcy. System prawny powinien wychowywać jednostkę, a wychowywanie polegać powinno na uświadomieniu komuś i to w sposób dolegliwy, że skutki jego zachowania dotknęły zarówno bezpośrednio poszkodowanego, jak i osoby dla niego najbliższe nie tylko wtedy, gdy bezpośrednio poszkodowany umiera, ale zawsze, ilekroć cierpi i żyje z cierpieniem. Co w takiej propozycji złego? Nic. Jaki jest najpoważniejszy argument przedstawiany przeciwko rozszerzeniu (w jakikolwiek sposób) kategorii osób mogących domagać się zadośćuczynienia za cierpienie? Otóż uważa się, że w razie rozszerzenia kategorii osób mogących domagać się zadośćuczynienia za doznaną krzywdę sądy zostaną zalane falą oczywiście bezzasadnych, żeby nie powiedzieć bezsensownych pozwów. [srodtytul]Czy to jest trafny argument? [/srodtytul] Po pierwsze sądy i tak zasypywane są pozwami o niezasadne roszczenia i niezasadnymi wnioskami. Ludzie od lat wszczynają sprawy sądowe z góry skazane na niepowodzenie, odsetek takich spraw jest znaczny i nie jest to zjawisko nowe. Po drugie, jeżeli ktoś bezzasadnie wszczyna postępowanie sądowe, to musi ponieść tego konsekwencje – najbardziej oczywista jest utrata pieniędzy wyłożonych na opłaty sądowe etc. Nie jest to złe rozwiązanie dla Skarbu Państwa, a pieniacz jest sam sobie winien. Po trzecie, jeżeli ktoś przegra sprawę z góry skazaną na niepowodzenie, to się nauczy, że następnym razem warto nieco dłużej się zastanowić, czy wszczynanie postępowania sądowego ma sens, ponieważ już raz stracił pieniądze, a nic nie zyskał. Po czwarte to na domagającym się czegoś spoczywa obowiązek wykazania prawdziwości faktów, na których opiera swoje żądanie. Tak więc pracę związaną z wykazaniem zasadności swojego żądania musi wykonać wszczynający postępowanie sądowe. Po piąte brak jest jakichkolwiek badań, statystyk, krótko mówiąc naukowych, dobrze uzasadnionych podstaw do twierdzenia, że poszerzenie katalogu osób mogących domagać się zadośćuczynienia za własne cierpienie, którego wyłączną przyczyną jest cierpienie osoby najbliższej, spowoduje znaczny wzrost liczby postępowań sądowych. Prognozy tego rodzaju z reguły oparte są wyłącznie na przypuszczeniach, a przypuszczenia te są wynikiem niekoniecznie trafnego wyobrażenia rzeczywistości. Po szóste należy się zastanowić co jest ważniejsze: przyznanie osobom najbliższym dla bezpośrednio poszkodowanego prawa do domagania się zadośćuczynienia za własne cierpienia i uznanie, że godność i integralność psychiczna takich osób również zasługuje na ochronę prawną, czy też zaprzeczenie, nie wiadomo w imię czego, że osoby takie mają samodzielne prawo do rekompensaty za ich własne cierpienia. Czy zasługuje więc na rozważenie propozycja zmiany w konstrukcji zadośćuczynienia, w której uświadamia się sprawcy, że swoim zachowaniem wyrządza krzywdę nie tylko jednej osobie, ale wszystkim z najbliższego otoczenia bezpośrednio poszkodowanego? [srodtytul]Wyłącznie sąd[/srodtytul] Reasumując, jeżeli ktoś jest w stanie udowodnić, że odczuwa cierpienia, dlatego że cierpi osoba dla niego najbliższa, to powinien mieć możliwość dochodzenia zadośćuczynienia od sprawcy. Jeżeli okazałoby się, że jego roszczenie jest oparte na fikcji, to poniesie tego konsekwencje w postaci przegranej sprawy sądowej, kosztów z tym związanych i braku możliwości domagania się po raz drugi zadośćuczynienia od tego samego pozwanego za te same cierpienia. Jeżeli godność ludzka ma istotnie pozostać wartością chronioną przez ustawę zasadniczą, to proponowana zmiana w konstrukcji zadośćuczynienia jest logiczna. W ten sposób system prawny może, choć coraz częściej i w coraz szerszym zakresie działa w przeciwnym kierunku, potwierdzić wartość jednostki ludzkiej. Czy to do jednej lub kilku osób zaangażowanych w proces legislacyjny na,leży ocena czyje krzywdy i cierpienia są błahe i urojone, a czyje prawdziwe i znaczne? Zagadnienie to powinien rozstrzygnąć sąd. Czy to kilka osób, które pracowały nad istniejącą koncepcją zadośćuczynienia za doznaną krzywdę, ma decydować o ograniczeniu prawa tysięcy ludzi do rekompensaty za rzeczywiste i często ogromne cierpienia? Nie. Zadecydować o tym powinien wyłącznie sąd.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL