Kultura

Człowiek to skomplikowana bestia

Rzeczpospolita
Z Viggo Mortensenem rozmawia Barbara Hollender
Czytaj więcej: [link=http://www.rp.pl/temat/355194_Zblizenie.html]Zbliżenie[/link]
[b]Rz: Pisze pan, śpiewa, rysuje, robi zdjęcia. Ma w dorobku wydane tomiki wierszy, płyty, wystawy – zarówno plastyczne, jak fotograficzne. Jak ważne wśród tylu pasji jest aktorstwo?[/b] Czasem sam się nad tym zastanawiam. Ja chyba nie rozdzielam tych dziedzin. Wszystko jest dla mnie ważne. Jak dla dziecka, które uczy się świata. A aktorstwo? Niesie nie tylko spełnienia, sławę i pieniądze. Także mnóstwo frustracji, stres, czasem poczucie wypalenia. Pewnie więc nie mogę się bez niego obyć, skoro nadal je uprawiam.
[b]W kinie może pan zapewne łączyć i wykorzystywać rozmaite zainteresowania.[/b] To prawda. Nie tylko muzyką czy plastyką. Także historią, filozofią, psychologią. Film z interesującym scenariuszem to nowy świat, który się poznaje. [b]Aktorzy mówią zwykle o wielu życiach, które dzięki swemu zawodowi mogą przeżyć.[/b] Coś w tym jest. Żeby zagrać władcę czy mordercę, nie trzeba być ani władcą, ani mordercą. Ale trzeba uruchomić wyobraźnię, starać się zrozumieć motywy czyjegoś działania. To wzbogaca. Zmusza do uważniejszego przyglądania się ludziom na co dzień. Do rozmawiania z nimi. Nie wierzę, że dobrym aktorem może być człowiek całkowicie zamknięty na to, co się dzieje wokół niego. [b]I zapewne na inne kultury... Zawsze pan podkreśla, że kocha podróże.[/b] Bo to prawda. Moje korzenie są rozgałęzione w różne strony. Ojciec urodził się w Danii, matka – w Stanach i te dwa kraje są mi równie bliskie. Czuję się z nimi związany. Z kolei praca ojca, który zarządzał farmami hodowlanymi, rzucała nas w dość interesujące miejsca, między innymi do Ameryki Południowej. Potem zacząłem podróżować sam, a dziś dzięki kinu trafiam czasem w odległe zakątki świata. I nie ukrywam, że lubię te wyprawy. Nauczyłem się, że w drodze trzeba uruchomić całą swoją ciekawość, pozbyć się wygodnictwa, niczego nie odkładać na później. [b]To znaczy?[/b] Jedziesz drogą, mijasz zjazd prowadzący do zabytkowego pałacu, małego urokliwego miasteczka, miejsca, z którego rozpościera się piękny widok. Myślisz: „Innym razem, teraz się spieszę, jestem zmęczony, nie chce mi się”. Ja już wiem, że tak nie wolno. Innego razu może nie być, możesz tam nigdy nie wrócić. Więc zjedź na tę drogę. Wejdź do tej galerii. Spotkaj się z tymi ludźmi, bo następna okazja może się nie przydarzyć. Poznawaj świat, rób zdjęcia. I ucz się języków. [b]Iloma pan mówi?[/b] Angielski i duński to moje rodzime języki. Dzieciństwo spędziłem w Argentynie, więc dochodzi hiszpański. Łyknąłem też trochę francuskiego, szwedzkiego i norweskiego. [b]A skąd się wzięło u pana kino?[/b] Jako młody chłopak oglądałem, co tylko się dało. Dzieciństwo spędziłem w drodze, mieszkaliśmy z rodzicami w różnych krajach, sporo czasu w Argentynie i Wenezueli. Po rozwodzie rodziców zostałem z matką w Nowym Jorku. Ale po maturze, szukając własnej drogi, wylądowałem w ojcowskiej Kopenhadze. Pracowałem w dokach, kierowałem ciężarówką, robiłem dziesiątki rzeczy. Zacząłem pisać. I zakochałem się. Podążając za dziewczyną, wróciłem do Nowego Jorku. A kino było od zawsze. Kiedy tylko mogłem, oglądałem filmy, odkrywałem dla siebie mistrzów europejskich. Szukałem filmów, które zapisały się w historii kina. Pamiętam, jakie wrażenie zrobiły na mnie zbliżenia twarzy Marii Falconetti z niemego „Męczeństwa Joanny d’Arc” Carla Dreyera. Pochłaniałem wszystko – Bressona, Bergmana. Miałem swoje niedościgłe wzory aktorskie, np. niesamowitą Meryl Streep z „Łowcy jeleni”. Kiedy siadałem przed ekranem, zapominałem o całym świecie. Kino zaczęło mnie tak bardzo fascynować, że w Nowym Jorku trafiłem do szkoły aktorskiej. [b]Pierwsze lata pana kariery nie były chyba łatwe.[/b] Pewnie jest w tym trochę mojej winy. Nie miałem w sobie determinacji, długo nie mogłem się zdecydować, co robić i jak żyć. A potem bywało różnie. Mój agent załatwiał mi zdjęcia próbne, wszędzie byłem blisko sukcesu, a potem rolę dostawał ktoś inny. Przez rok żyłem w przekonaniu, że mam rolę w „Plutonie”. Potem się nagle okazało, że gra ją Willem Dafoe. W tym samym czasie zdarzało mi się też zagrać epizody, które potem z różnych powodów przy montażu nie wchodziły do filmu. Tak było na przykład z „Purpurową różą w Kairze” Woody’ego Allena. [b]Ale z kolei 15 lat później rolę, dzięki której stał się pan pierwszoligową, międzynarodową gwiazdą, odziedziczył pan po innym aktorze. Podobno początkowo Aragorna miał we „Władcy pierścieni” grać Stuart Townsend. Czy to prawda, że przyjął pan tę rolę głównie za namową swojego syna?[/b] No, cóż, w każdej plotce jest źdźbło prawdy. Wszystko odbyło się błyskawicznie, nie miałem dużo czasu na myślenie. Townsend zrezygnował z roli dwa tygodnie przed rozpoczęciem zdjęć. Do mnie zadzwonił ktoś z produkcji filmu z pytaniem, czy mogę następnego dnia wsiąść do samolotu. Zgodziłem się i to była najbardziej zwariowana decyzja w moim życiu. Miałem mało czasu, by przygotować się do tego filmu psychicznie, a nawet fizycznie. W pierwszej nagrywanej scenie miałem stoczyć walkę na miecze, musiałem ćwiczyć jak szalony. [b]A co z synem?[/b] Rzeczywiście mi pomógł. Miał wtedy 12 lat i wiedział na temat sagi Tolkiena wszystko. Kibicował mi, nawet brał udział w bitwach jako statysta. Proszę się nie dziwić. Myśmy we „Władcy pierścieni” stali się jedną wielką rodziną. Peterowi Jacksonowi zależało na tym, żebyśmy się zaprzyjaźnili i dobrze razem czuli. Henry nie był na planie wyjątkowym gościem. Każdy z członków ekipy czy aktorów miał prawo przywieźć ze sobą do Nowej Zelandii czy przyprowadzić z domu na plan dzieci, narzeczone, rodziców. Dzisiaj oglądamy ten film jak wielki rodzinny album. „O, tutaj jest Joanna, tu mały Jimmy, tam Henry”. Dzieci Jacksona też zresztą statystowały. [b]Podobno cała ekipa pod koniec zdjęć zrobiła sobie taki sam tatuaż?[/b] To miała być nasza tajemnica, ale oczywiście pisała o niej cała plotkarska prasa. [b]W ostatnich latach zagrał pan dwie znakomite role w filmach Davida Cronenberga: „Historia przemocy” i „Eastern Promises”. Czy narodził się nowy team reżyser – aktor?[/b] Nie wiem, ale nie miałbym nic przeciwko temu. Uważam Davida za przyjaciela. To jeden z nielicznych reżyserów, którzy potrafią z aktorem rozmawiać, współpracować. [b]Nielicznych?[/b] Tak. Pracowałem w życiu z wielkimi artystami, którzy wierzą, że ich rola kończy się na dobrym obsadzeniu filmu. Potem zachowują się trochę jak hieny, które upolowały zwierzynę. Uważają, że wybrani przez nich wykonawcy powinni radzić sobie sami, wnosić do filmu swoją wrażliwość i osobowość, zaskakiwać. Wysysają z nich wszystkie soki. Niektórzy koledzy chwalą sobie taki styl pracy, nazywając to wolnością. Ale ogromną przyjemnością jest też praca z człowiekiem, który wie, czego od ciebie oczekuje, i potrafi dyskutować o postaci, idei filmu, wydźwięku każdej sceny. Nie zostawia cię ze wszystkimi problemami samego. [b]Czy prawdą jest, że ma powstać druga część „Eastern Promises”?[/b] David ma kilka projektów, a wśród nich również sequel naszego wspólnego filmu. On mógłby ciągnąć wiele swoich opowieści, bo nie lubi jednoznaczności i często zostawia otwarte zakończenia. A to jest dobry punkt wyjścia, by do bohaterów wrócić. Ale tak naprawdę ciekawiej jest wcielać się w nowe, nieznane postacie. [b]W „Drodze”, nakręconej na podstawie powieści Cormacka McCarthy’ego, zagrał pan niezwykle wymagającą, trudną rolę – człowieka po wielkiej zagładzie. Jest pan jednym z faworytów w wyścigu do Oscara.[/b] Co mam powiedzieć? Każdy aktor lubi, gdy jego praca zostaje dostrzeżona. Ale ważniejsze są przeżycia, jakie ten film mi przyniósł. Byłem facetem w świecie, w którym przestały obowiązywać jakiekolwiek reguły i nie trzeba już usprawiedliwiać swojego postępowania. Musiałem sobie odpowiedzieć na pytanie: jacy jesteśmy naprawdę? Człowiek, którego grałem, ma syna, którego chce nauczyć, jak przeżyć w potwornym, brutalnym otoczeniu. Ale tak naprawdę to dziecko zna lepszą receptę na przetrwanie, bo zachowało odruchy serca. Odruchy godne człowieka. Myślę, że niewiele jest filmów, które mogą widza zmienić. Ten do nich należy. I praca w „Drodze” była dla mnie ważną podróżą. Nie ukrywam zresztą, że wyczerpującą fizycznie i psychicznie. [b]Gra pan bardzo różne postacie. Jak przygotowuje się pan do ról?[/b] Najpierw wymyślam bohatera. Tworzę go na swoje potrzeby, dopisuję mu życiorys. Żeby kogoś przekonująco zagrać, muszę wiedzieć, w jakiej rodzinie się urodził i co przydarzyło się w jego życiu, zanim trafił na karty scenariusza. Staram się zajrzeć do jego wnętrza. Zobaczyć wahanie. Jeśli np. mam się wcielić w osobę odważną, wyobrażam sobie sytuację, w której mógłby stchórzyć. Nie lubię i nie wierzę w monolity. Poza tym ludzie się zmieniają. Ja sam też jestem inny dzisiaj niż 20 lat temu. Człowiek to skomplikowana bestia. [b]Zawsze mówi pan z pasją o polityce, nieraz angażował się pan również w kampanie polityczne. Ta sfera jest dla pana ważna?[/b] Jak dla każdego, kto chce żyć świadomie. Mam prawo mieć swoje polityczne sympatie i wyrobione zdanie, np. na temat wojny w Iraku. [b] Pamiętam jednak, że dziennikarze krytykowali pana za to, że promując „Władcę pierścieni”, przychodził pan na spotkania w koszulkach z antywojennymi napisami.[/b] Więcej, był taki talk-show, na który tę koszulkę przygotowałem sam. Napisałem na niej flamastrem: „Nigdy więcej krwi za naftę”. Wtedy rzucili się na mnie najbardziej. A ja po prostu wykorzystałem okazję, żeby zamanifestować swoje poglądy. Gdybym był lekarzem, księgowym czy mechanikiem, nikt by się na mnie nie oburzył. Jestem aktorem i niektórzy uznali, że powinienem znać swoje miejsce „rozbawiacza”. Ale jako obywatel mam prawo mówić to, co myślę. Nawet gdyby miało mnie to kosztować ubytek kilku fanów. Dlatego pani pierwsze pytanie o to, która z pasji jest ważna, można by postawić szerzej. Co w ogóle jest ważne? Wszystko. Sztuka, polityka, rodzina, uczucia. Po prostu życie. [ramka][b]Viggo Mortensen[/b] Ma 51 lat, ale wygląda na znacznie mniej. Przystojny, wysoki, o regularnych, nordyckich rysach odziedziczonych po ojcu. Dla milionów widzów jest przede wszystkim rewelacyjnie władającym mieczem królem Aragornem z „Władcy pierścieni”. Ale aktor ma na swoim koncie blisko 50 ról filmowych, wśród nich bardzo interesujące, m.in. w „Portrecie Lady” Jane Campion, „Życiu Carlita” Briana De Palmy, „Indiańskim biegaczu” Seana Penna, „Karmazynowym przypływie” Tony’ego Scotta, „G.I. Jane” Ridleya Scotta. Po „Władcy pierścieni” Mortensen stał się artystą modnym. On sam wysoko ceni swoje role w obrazach Davida Cronenberga: „Historii przemocy” i „Easten Promises”. Ale kino to nie jedyny jego żywioł. Jest właścicielem wydawnictwa Perceval Press, poetą, muzykiem jazzowym z wydanymi kilkoma płytami, malarzem i fotografikiem z dużym dorobkiem. W lutym na ekrany polskich kin wejdzie jego ostatni film „Droga” nakręcony przez Johna Hillcoata na podstawie głośnej powieści Cormaca McCarthy’ego.[/ramka] [i]Załoga | 23.25 | tvp 2 | SOBOTA[/i]
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL