Publicystyka

SLD, czyli natura skorpiona

Rzeczpospolita
Sojusz Lewicy Demokratycznej jest dziś jak dawniej potężny potentat, którego sprytny sąsiad obskubał z co lepszych elementów majątku – pisze publicysta „Rzeczpospolitej”
[wyimek][b][link=http://blog.rp.pl/semka/2009/12/16/sld-czyli-natura-skorpiona/]Skomentuj[/link][/b][/wyimek]
Jeśli zjazd partyjny, na którym ma być ogłoszony kandydat prezydencki jakiejś partii, nie wywołuje niczyich emocji, to znaczy, że z tą partią jest już naprawdę niedobrze. Przed sobotnią konwencją SLD hasło: „Jerzy Szmajdziński na prezydenta” nie emocjonuje chyba nawet samego pretendenta. Nie interesują się tym specjalnie Kwaśniewski, Oleksy czy Miller, którzy sami należą do poprzedniej politycznej epoki. Z kolei młodsze pokolenie eseldowców widzi w kandydaturze Szmajdzińskiego wynik mało chlubnego paktu – nominacja dla weterana starej generacji Sojuszu w zamian za przetrwanie Grzegorza Napieralskiego na stanowisku lidera SLD.
[srodtytul]Wielki nieobecny[/srodtytul] Polityczny cynizm przez wiele lat akceptowano na lewicy, bo służył jej sukcesom. Dziś maskuje on tylko bezruch. Na dodatek konwencja partii odbywa się w momencie, gdy zakończyła swój żywot „Trybuna”, a ostatnie sondaże dawały SLD zaledwie 7 proc. poparcia. Sojusz stoi wobec wyboru jednej z dwóch dróg. Jedna to pracowita budowa nowej tożsamości. Wymaga ona sporo wysiłku bez nadziei na łatwy sukces, ale w razie potknięcia PO daje szanse na powrót do politycznej pierwszej ligi. Łatwiejszym rozwiązaniem byłoby przyjęcie roli przystawki Platformy – wystarczy nie narażać się Tuskowi w komisji hazardowej i w kampanii prezydenckiej, licząc, że w przyszłości PO zaakceptuje Lewicę jako słabszego koalicjanta. Wielkim nieobecnym zbliżającej się konwencji jest Włodzimierz Cimoszewicz. Jego zachowanie to znak nowej epoki, w której obóz SLD nie kojarzy się już z atrakcyjną karierą. Uchylenie się od startu w wyborach prezydenckich najpierw przez Jolantę Kwaśniewską, a potem przez Cimoszewicza uzmysłowiło wielu zadufanym postkomunistom, że epoka sukcesów z lat 90. i początku nowego wieku to już zamknięty rozdział. Kto go wykorzystał, ten wyrobił sobie pozycję międzynarodową jak Aleksander Kwaśniewski albo zbudował silną pozycję w środowiskach adwokackich jak Ryszard Kalisz. A Cimoszewicz, wyrazisty symbol lewicy tamtych czasów? Konwencja Sojuszu odbywa się w chwili, gdy media sugerują, że Włodzimierz Cimoszewicz zostanie szefem zespołu doradców Donalda Tuska. Gdyby się na to zdecydował, byłoby to bezcenne wsparcie dla Platformy. Były premier wskazałby młodym lewicowcom, że obóz PO będzie na nich otwarty, jeśli porzucą sentyment dla coraz bardziej anachronicznej lewicy Grzegorza Napieralskiego. Deklaracje Cimoszewicza, że zrobi wszystko, by nie dopuścić do ponownego wyboru Lecha Kaczyńskiego na prezydenta, można odczytywać jako przesłanie dla lewicy, że priorytetem dla niej powinna być ideologia antypisowska, że potrzebny jest front republikański oświeconych Europejczyków z lewicy i centrum, który utrzyma PiS poza politycznym mainstreamem. Seria afrontów i lekceważących wypowiedzi Cimoszewicza wobec kierownictwa SLD bardzo osłabiła i tak nie największy prestiż Napieralskiego. A riposta szefa SLD, że Włodzimierz Cimoszewicz nie ma prawa wypowiadać się na temat lewicy, bo reprezentuje już PO – nie wybrzmiała w mediach. Jeśli ktoś na lewicy oczekiwał od Cimoszewicza ideowości, to znaczy, że wziął na serio legendę, którą lewica sama wymyśliła. Cechą pokolenia postkomunistów urodzonych między rokiem 1946 (Miller, Oleksy) a 1954 (Kwaśniewski) był konformizm. Cimoszewicz – rocznik 1950 – dzięki legitymacji PZPR wyjeżdżał na stypendium Fulbrighta i zwiedzał świat w czasach, gdy Janowi Lityńskiemu czy Ludwikowi Dornowi odmawiano paszportu. [srodtytul]Oskubany potentat[/srodtytul] Owszem, w 1990 roku jako postkomunistyczny wilk samotnik Cimoszewicz wystartował w z góry przegranej kampanii prezydenckiej, ale był to raczej wynik instynktu samozachowawczego niż dowód wielkiej odwagi. Zresztą już wówczas musiał widzieć, że obóz lewicy laickiej roztacza parasol ochronny nad ludźmi byłego PZPR. A potem – za rządów SLD w latach 90. – można było odcinać kupony od wierności czerwonemu sztandarowi. Kto dziś może zaofiarować coś Cimoszewiczowi? Przecież nie SLD. A Donald Tusk – i owszem. Oczywiście Napieralski będzie rzucał gromy. Ale kto to jest Napieralski? SLD jest dziś jak dawniej potężny potentat, którego sprytny sąsiad obskubał z co lepszych elementów majątku. Liberalizm i status fachowców sprytnie przejęli ludzie Platformy. Także oni wzięli od pokolenia Kwaśniewskiego rolę gwarantów polskiej przewidywalności w Europie. Dawniej to eseldowcy sugerowali zachodnim mężom stanu, że tylko oni mogą zatrzymać straszną prawicę skłonną do antysemickich ekscesów. Teraz w tej roli w Berlinie czy Brukseli występuje Tusk, pozując na tytana trzymającego kaczystowskiego potwora na uwięzi. Na rzecz PO w rywalizacji z SLD działa też biologia. Wymiera stary ormowski elektorat, a pokolenie lewicowych 30 – 40-latków widzi historię w różnych barwach. Napieralski jeszcze uparcie powtarza, że generał Jaruzelski był bohaterem i zbawcą Polski, ale Wojciech Olejniczak już wyraźnie się od szefa WRON dystansuje. W dodatku jest jeszcze Sławomir Sierakowski ze swoją „Krytyką Polityczną”, który podkrada Sojuszowi Lewicy młodsze pokolenie wyznawców marksizmu. Sojusz oskubano z jego walorów i to dlatego wokół SLD jest dziś tak pusto. To dlatego niełatwo jest lewicy wymyślić na wybory prezydenckie kogoś innego niż Szmajdziński. Platforma nie popełnia błędu Unii Wolności, która tak bardzo była przekonana, że robi byłym pezetpeerowcom łaskę, wpuszczając ich na salony, iż przeoczyła moment, kiedy postkomuniści stali się silniejszą stroną w politycznym związku. Dlatego ludzie PO raz postkomunistów głaszczą, a innym razem karcą. Tusk w stosunku do lewicy nie idzie na ustępstwa dotyczące wizji przeszłości. Nie dał się namówić do wspólnego świętowania inauguracji Okrągłego Stołu – w Sejmie obchodzili tę rocznicę na specjalnej konferencji tylko Adam Michnik i Aleksander Kwaśniewski. Szef PO konsekwentnie trzyma się też z dala od Jaruzelskiego, którego nie zaprosił ani na obchody 4 czerwca, ani na rocznicę 1 września 1939 r. Ale jednocześnie lider PO potrafi wysyłać do lewicy obiecujące sygnały. Niedawno oburzył się, gdy IPN opublikował dane na temat Aleksandra Kwaśniewskiego jako agenta „Alka”. Premier nie wskazuje też nigdy epoki Kwaśniewskiego jako czasów, gdy psuto państwo – jeśli wspomina o zagrożeniach dla demokracji, to mówi o IV RP. Za czasy grzechów postkomuny, epoki Rywina i Starachowic, politycy Platformy ogłosili coś w rodzaju politycznej amnestii. Także w służbach specjalnych nie kontynuują weryfikacji mającej odsunąć czerwonych „fachowców”. Platformę niewątpliwie niepokoi sojusz medialny SLD z PiS. Ale bez przesady. Politycy PO dawno już zauważyli, że niezależnie od większego czy mniejszego wpływu PiS na media, to oni utrzymują w sondażach bardzo wysokie notowania. Notabene ten medialny sojusz jest Napieralskiemu w kółko wypominany przez kolegów z jego partii. Ma w tym udział i „Gazeta Wyborcza”, która, wbrew faktom, do znudzenia głosi tezę, że Sojusz Lewicy w tym układzie został ograny. To oczywiście bzdura, bo SLD okopuje się w mediach bardzo solidnie. W odpowiednim czasie – pod hasłem „ratowaliśmy media w najgorszych czasach z pisowskiej opresji” – może odwrócić sojusze i przejść do rozgrywki o telewizję z PO. [srodtytul]Mała stabilizacja[/srodtytul] Jeśli więc coś może jeszcze Platformę niepokoić na lewicy, to pomysł Aleksandra Kwaśniewskiego, aby wykreować trzeciego rywala zarówno dla Donalda Tuska, jak i Lecha Kaczyńskiego. Były prezydent radzi, aby sprawdzić, który z kandydatów centrolewicy będzie miał lepsze wyniki – Olechowski czy Szmajdziński – i w ostatniej fazie wyborów postawić na silniejszego. Przy tym najwyraźniej zakłada, że tym silniejszym będzie Andrzej Olechowski. To dowód, że Kwaśniewski znacznie lepiej czuje się dziś w świecie drogich cygar i luksusowej whisky niż w świecie lewicowych wartości. Ale inicjatywę eksprezydenta można też odczytywać jako wyraz jego jakiegoś ukrytego urazu do PO. Bo w tym samym czasie, gdy Cimoszewicz wzywa, aby wszystkimi siłami zablokować Kaczyńskiego, Kwaśniewski składa propozycje, które Platformie mogą utrudnić życie. Olechowski póki co prowadzi kampanię niezwykle niemrawo. Nie zadeklarował nawet, że wystartuje. Ale Donald Tusk dobrze rozumie, że jeśli rzeczywiście pojawi się reprezentujący centrolewicę trzeci kandydat, to jego zwycięstwo przestanie być oczywiste. Nie zdziwiłbym się więc, gdyby nagle prokuratura przypomniała sobie o jakichś grzeszkach Olechowskiego, tak jak niedawno wydobyła stare informacje o dziwnych wygranych Pawła Piskorskiego w gdyńskim kasynie w 1992 roku. Mała stabilizacja. Tak można by określić stan, w jakim znalazła się dziś lewica. Grzegorz Napieralski jest na tyle silny, by skutecznie kontrolować swoją partię. Ale jednocześnie zbyt słaby, by ją przebudować. Starzy liderzy rozpamiętują dawne sukcesy, a w młodszej generacji nie widać perspektywicznych liderów. Dzięki temu SLD jest dla Platformy zaskakująco wygodnym sojusznikiem. Kampania prezydencka pokaże, czy lewicowy skorpion powstrzyma własny temperament i pomoże Tuskowi, czy też ukąsi Platformę – bo taka już jest jego natura.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL