Muzyka

Akryl i transgeniczna kusza

Wojtek Grabek zagra w Dobrej Karmie utwory z nowego materiału „In Whose Face?”
Fotorzepa, Radek Pasterski RP Radek Pasterski
Ma 33 lata, skrzypce, smykałkę do elektroniki i sentyment do ostrego grania. A także stale rosnące grono fanów w całej Polsce. W sobotę, po koncercie w Dobrej Karmie, będzie ich z pewnością jeszcze więcej. Wojtek Grabek wystąpi podczas imprezy „Ambientność”.
Wojtka Grabka przygoda z muzyką układa się jak w filmie. Pierwsze ujęcie – Olsztyn. Mały Wojtek ma dwa lata. Siedzi na dywanie, a z radia dobiegają dźwięki utworów Henryka Mikołaja Góreckiego. On zaś ma szeroko otwarte usta i chłonie każdą nutę.
Kolejne ujęcie przenosi nas w czasie kilka lat później – do szkoły muzycznej w Katowicach. Oczyma wyobraźni widzimy już konserwatorium, sale koncertowe i słuchaczy na galowo. Ale tu następuje zwrot akcji. [srodtytul]Dla kawałka akrylu[/srodtytul]
Grabek, jak się okazało, nie ma serca do codziennych wielogodzinnych ćwiczeń. – A jeśli chcesz iść w klasykę, technikę musisz opanować do perfekcji – wyjaśnia. Przez 15 kolejnych lat ma incydentalny kontakt z instrumentem. Studiuje w Poznaniu, zajmuje się tłumaczeniami, zakłada rodzinę. Ale stara miłość nie rdzewieje. Ośmioletni związek ze skrzypcami nie poszedł w niepamięć. – Do pewnych decyzji się dorasta. Doszedłem do wniosku, że skoro otrzymałem dar, trzeba go wykorzystać. Od wielu lat interesowałem się elektroniką. Myślałem, że mógłbym to robić – mówi artysta. Lżej tworzy się muzykę, wiedząc, że nie trzeba z niej żyć. Ale i tak trzeba wyposażyć studio, kupić sobie instrument, potem drugi, trzeci... Skrzypce Grabka to – jak sam je określa – „kawałek akrylu, procesor i gryf”. Jak mówi jego koleżanka – „transgeniczna kusza”. Droga kusza, choć daleko jej do kilkunastu tysięcy dolarów wydawanych przez nonszalanckich nieraz jazzowych skrzypków. Grabek wspomina kolację jedzoną z Nigelem Kennedym. – Uraczył nas jam session, podczas którego trzymał swoje skrzypce, kupione za jakieś absurdalne pieniądze, a dym z jego specyficznego papierosa spadał do ich pudła rezonansowego. To był straszny widok – opowiada. Sam gotówką się nie przejmuje. Do trasy koncertowej zagranej między marcem a lipcem bieżącego roku dołożył. Warto było, bo ostatnie jej ogniwo – występ na festiwalu Open’er – okazało się najważniejszym wydarzeniem w jego karierze. Grał w środku nocy, dla kompletu publiczności. Słuchacze podziękowali mu owacją na stojąco. [srodtytul]Eksperyment ze słowem[/srodtytul] Wówczas występował z materiałem z wydanego na początku roku minialbumu „mono3some”. W piątek, gdy wykazywał się w studiu „Trójki”, wzbogaciły go utwory z zaplanowanego na 2010 r. pełnowymiarowego „In Whose Face?”. Podobnie będzie w sobotę w Dobrej Karmie (ul. Górczewska 67, godz. 20, wstęp wolny). Grabek wystąpi w dziewiątej edycji cyklu „Ambientność”, organizowanego przez kolektyw TerenNowy. Będzie grał, obsługiwał elektronikę, śpiewał. Na scenę na wyjść Daga Gregorowicz z etnojazzowego zespołu Dagadana. Należy się do tego faktu przyzwyczajać, bo „In Whose Face?” ma być płytą wokalną. Wojtek Grabek eksperymentował ze słowem już wcześniej. W poznańskim Meskalu do muzyki czytał „Dzienniki kreteńskie”. – Miałem pomysł, żeby pojechać na Kretę na tydzień. Sam, z plecakiem, bez przygotowania. I napisać coś takiego – śmieje się. Niezobowiązująco planował, by stworzyć coś z żoną. Ta bowiem zajmuje się literaturą piękną, pisze o Karaibach, z których pochodzi. To jeszcze się nie udało, za to na nowym krążku ma podobno pojawić się parę dużych nazwisk z rodzimego elektronicznego światka. Tak naprawdę może zdarzyć się na nim wszystko. – Mam gatunki muzyczne za nic. Słucham muzyki od Radiohead po Nine Inch Nails. I jeśli jeszcze tego nie słychać, to słychać będzie – deklaruje obiecująco Grabek.
Źródło: Życie Warszawy

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL