Plus Minus

Polski bigos z wkładką

Tymon Tymański
Fotorzepa, Piotr Wittman Piotr Wittman
Nie ma drugiego takiego oryginała jak Tymon Tymański. To jazzman i rocker w jednej osobie. Autor „Polovirusa”, jednej z najlepszych płyt ostatniego dwudziestolecia. Zwolennik rozliczeń z PRL i buddysta. Nagrał nowy album „Bigos Heart”. O sobie, o Polsce
Spotkać się z Tymonem Tymańskim jest równie łatwo jak złapać w ręce elektron. Szybko żyje, szybko myśli, szybko zakłada i rozwiązuje zespoły. Jeszcze szybciej zmienia miejsce pobytu. Dziś koncert w Bolesławcu, jutro w Szczecinie. I tak bez końca.
– Będę w sobotę w warszawskim „Powiększeniu”, gram z Polish Brass Ensemble! – wystrzeliwuje słowa z szybkością karabinu maszynowego, kiedy wreszcie łapię go przez komórkę. [srodtytul]Co tam 300 tysięcy![/srodtytul]
Warszawa, sobota wieczór. Klub Powiększenie, na tyłach Nowego Światu. Na parterze przy barze nasączają się już pierwsi klubowicze. Z piwnicy dobiega mocny rytm perkusji i kakofonia instrumentów dętych. Tymon ćwiczy pochylony nad czarnym pudłem elektrycznej gitary. Na przodzie sceny „dmie w rury”, buja się i kiwa, jazzrockowa ekstraklasa: puzonista Bronisław Duży, trębacz Ziut Gralak ze swoją minitrąbką, Aleksander Korecki z saksofonem. – Zagrajmy to w formie A-B-A! – komenderuje Tymon. Grają. – A teraz wszystko przemieszajmy. Niech każdy zagra solo na innej części! – Gramy jak cholera, a cholera żniwo zbiera! – podsumowuje Gralak. Próba kończy się śmiechami. Muzycy umawiają się po kolacji na 21. – Sorry za obsuwę, ale później przyjechałem do Warszawy – mówi Tymon na powitanie. – W związku z przebudowami od paru lat jeździ się coraz dłużej. Nawet do pięciu godzin. I przytacza żartobliwie powiedzenie z czasów PRL: „Żeby było lepiej, musi być gorzej!”. – Temat drogi staje dla mnie kluczowy, niczym dla Jacka Kerouaca – kontynuuje. – Rozważam ją pod względem fizykalnym i metafizycznym. Droga jako codzienna udręka, jako praktyka cierpliwości i przeznaczenie. Z wyjazdami i powrotami do domu, w ciągu roku jestem w drodze około 150 dni. Moje życie staje się drogą! Na gierkówce, na trasie Konin – Poznań, między Krakowem i Wrocławiem, da się wytrzymać. – Ale kiedy mam na azymucie Łódź i Warszawę, zaczyna się dramat. Całe godziny w korkach. W błocie, w śniegu, między tirowcami, słuchając ich gadek na CB-radio. „Szerokości”, i tak dalej. Trzeba jakoś zarobić na chleb i oliwki. Z Tymonem, jak z żadnym innym muzykiem, zawsze szczerze rozmawiało się o kasie. Nigdy nie była dla niego fetyszem i pokusą. Siedem lat temu, na początku „Idola”, opowiadał o Maćku Maleńczuku, który również ma undergroudowe korzenie, a jednak zdecydował się na medialną karierę. Historia brzmiała następująco: – Po koncercie w Tczewie polazłem na imprezę z Maćkiem, który chciał się pobratać. Powiedział mi prosto z mostu, że to bardzo źle, że sam dygam wzmacniacze i że wyglądam jak szmaciarz. A szmaciarzowi nikt nie da 10 tysięcy za koncert. Trzeba jakoś wyglądać. W ferworze pijatyki podarował mi kremowy garnitur za 3 tysiące złotych, sugerując, że warto by dokupić buty ze skóry węża. Ma chłopak gest, co by nie mówić. Garnitur do dzisiaj wisi w mojej szafie – czasem ubieram go do sesji zdjęciowych. Ale butów za 2 tysiące nie dokupił. A miał niejedną kuszącą propozycję. Wśród nich kontrakt na występy w kolejnej edycji „Idola” w 2002 r. Za mnóstwo kasy: 300 tysięcy! – Odmówiłem. Nie zależy mi na gnojeniu nieopierzonych biedaków z prowincji. Teraz to jest w mediach popularne – trzeba być wyrazistym, podkręcać, kreować lub niszczyć. Nazywa się to „podpierdolka”. A ja na mój wizerunek pracowałem 20 lat. Owszem, jest ostry, nieraz skandalizujący. Ale jeśli mówię coś dobitnego, robię to w konkretnym celu. Nie mówię „fuck you, teachers”, żeby zemścić się na jakiejś konkretnej grupie. To dziecinne. Mój tzw. niezależny image to po prostu kwestia twardego karku, nienawykłego do schylania się po cudzego loda. Nie sprzedam się za 300 tysięcy ani za 5 milionów dolarów. Nie jestem aniołem, robię niekiedy całkiem proste i głupie błędy. Ale bliżej mi duchowo do Joe Strummera z The Clash niż do Lady Gagi. Wolę kilka tysięcy złotych miesięcznie za moje klubowe koncerty. Za sobotni występ w Powiększeniu Tymon wziął 600 zł. – Daję sobie radę, bo… jestem przystojniejszy od kolegów (śmiech). No cóż – mam sporo energii i woli walki, umiem pisać i grać na wielu fortepianach. Jeśli nie mam siły – idę na trening do mojego przyjaciela Józka Pachura, do mojej niedużej gdańskiej sekcji karate. Tyle jesteś naprawdę wart – ile jesteś w stanie wypocić, wygrywając ze swoją słabością i lenistwem. Ale młodsi ambitni muzycy klepią biedę. Nawet się nie pytam, ile zarabiają koledzy ze Ścianki czy Kobiet, z The Car Is On Fire czy Kawałka Kulki. Bycie „offowcem” to wybór życia a la Modigliani. Tymon najlepiej zarabiał w telewizji. Przez trzy lata, włączając pisanie recenzji dla „Dziennika” i felietonów dla gdańskiej „Wyborczej”, zarabiał pod 20 tysięcy miesięcznie. – Ale przecież brałem udział w programie „Łossskot!” nie tylko dla kasy. Pewnie, że chciałem zacząć zarabiać lepszą kasę – choćby po to, żeby się dowartościować. Ale nie za wszelką cenę. W „Łossskocie” musiałem się szybko i wszechstronnie doedukować, przepytując najważniejszych twórców w kraju. Chodzić do teatru, kina, czytać książki, bywać na wystawach. Zrobiłem studia doktoranckie w przyspieszonym tempie. Odbyłem je w przyjacielskiej atmosferze z dwoma znakomitymi prymusami – Jackiem Dehnelem i Maciejem Chmielem. Zdecydowałem się na rolę słuchacza, który znienacka wkłada patyk w szprychy. Ale z czasem Tymon poczuł, że zamienia się w robota. – Siedziałem dwa dni w Warszawie. Trzeci dzień w pociągu, w którym pospiesznie pisałem recenzje i felietony. Przez pół dnia nieudacznie nadrabiałem życie rodzinne, żeby nazajutrz wsiąść do busa i pojechać w trasę. W niedzielę pół dnia z rodziną i odbieranie telefonów: „Przeczytaj to i tamto… Idź do kina na to“… Brrr. Stałem się człowiekiem bezdomnym, który mieszka wszędzie. Cóż z tego, że stać mnie było na prezenty dla bliskich, kiedy nie miałem dla nich uwagi i z przepracowania puszczały mi emocje? Moja dziewczyna się ode mnie odsuwała. Uznała mnie za pracoholika. Tłumaczyłem, że to już ostatni rok. Wreszcie odeszła. – Od tej pory wiem, że najlepiej mieć koło dziesiątki. Tyle właśnie jestem w stanie wyciągnąć z pisania i grania. [srodtytul]Rzeczywistość jak bigos[/srodtytul] Najnowszy album Tymona nazywa się „Bigos Heart”. Muzyka brzmi lekko, wakacyjnie, po beatlesowsku. Ale teksty nie tchną optymizmem. „Goodbye” jest o rozstaniu, „Love don’t Last” – o tym, że uczucie nie trwa wiecznie. – Leżałem na wznak, powalony kolejnym życiowym ciosem. Nie chciało mi się, a może nie miałem siły, szukać nowych kosmicznych rozwiązań muzycznych. Uwielbiam rock and rolla – jest jak haiku popkultury. Pozornie prosta i niska forma, ale można w niej zawrzeć całe życie, jego wzloty i upadki, krwistość i duchowość, całą esencję. Udowodnili to najwięksi – Woodie Guthrie, Bob Dylan, John Lennon, Leonard Cohen, Joe Strummer, Nick Cave. Dlatego studiuję rockową formę, ciągle inspiruję się jej prostotą. Tytułowy bigos znakomicie wyraża zarówno barwność, jak i chaos polskiego życia. – Niestety, tak się niefortunnie złożyło, że staropolski bigos pomieszał się z „Polskim gównem”. Te słowa można rozumieć metaforycznie, ale Tymon ma na myśli również autorski film o naszym kraju i środowisku muzycznym, który przygotowuje z przerwami, bo brakuje mu kasy na dokończenie scen musicalowych. Skąd pomysł na kolejny rozrachunkowy obraz? – Kino włoskie zanim stało się magiczne, też było realistyczne. Musiało się uporać z grzechami faszyzmu, biedy, bezrobocia. My też nie dojdziemy do magii, zanim nie wyrzygamy trucizny PRL, nie rozliczymy się z ubekami, fizykalnymi i mentalnymi. Tak jak w „Weselu” Wojtka Smarzowskiego, gdzie Tymon zagrał weselnego wodzireja, czy „Nilu”, „Popiełuszce”, „Korowodzie”, „Rewersie”, „Rysie” i „Domu złym”. Ciekaw jestem, jak reagują młodzi ludzie, z którymi ma nieustannie kontakt, gdy powtarza, że 20 lat po odzyskaniu wolności nie możemy się uporać z upiorami przeszłości. Uważają go za oszołoma? A może zgreda? – Moi młodzi znajomi są zdziwieni, dlaczego mocno i zapalczywie reaguję na sprawy PRL. Jedna z moich koleżanek, powołując się na opowieści ojca, przekonywała mnie nawet, że w komunie można było żyć normalnie. Odpowiedziałem, że owszem – jeśli tata był badylarzem, dysponował ubeckim paszportem albo miał wszystko w dupie. Ale każdy Polak z elementarną wrażliwością czuł, że wszystko jest nie tak. PRL, skądinąd trochę bardziej ludzki od ZSRR czy NRD, był naznaczony cierpieniem, upodleniem, upadkiem człowieczeństwa. Polska się zmienia, ale nasza rzeczywistość wciąż przypomina bigos. – Młodzież mówi po angielsku, ma paszporty, podróżuje po świecie. Jednak połowa narodu to ludzie starsi, którzy zostali na zawsze przygnieceni przez komunę. Noszą komunistyczny stygmat, jego smętne piętno. Oni nie pójdą na „Dom zły“ – bo nie chcą pamiętać, bo wydaje im się, że było znacznie lepiej. Tymczasem w parlamencie widzę polityków, którzy nie chcą odejść. Sferą publiczną dalej rządzą kacykowie, zgodnie z zasadą: „więcej do prywatnej kieszeni, a mniej dla Polski”. Kosa mi się w kieszeni otwiera, że tak powiem po gitowsku. Gdańsk, z którego pochodzi Tymon, kolebka „Solidarności”, nie zyskał wiele przed dwie dekady. – Wraz z innymi artystami zostałem zaproszony przez prezydenta Gdańska Piotra Adamowicza na debatę miejską. Ale kiedy zaczęliśmy mówić, co się nam nie podoba, a co wręcz przeraża, prezydent złapał się za głowę i powiedział, że już nie ma czasu i musi iść do dentysty. Wszyscy politycy żyją PR-em, autopromocją. To, co do niej nie pasuje jest pomijane, bo może zaszkodzić dobrym notowaniom. A w moim mieście przez lata nic się nie działo. Marzenia o rozwoju Gdańska się nie zrealizowały. Gdańsk, miasto o potencjale niemieckiego Hamburga, stał się poligonem straconych szans. Trójmiasto to morze, plaża, hektary lasu i miliony kilodżuli potencjału ludzkiego. Wszystko tylko w połowie wykorzystane. Dopiero ostatnio Trójmiasto dostało 4 mld zł na budowę drugiej obwodnicy i industrialne renowacje związane z Euro 2012. Wreszcie coś drgnęło. Ciekaw jestem, co po dwóch latach rządów myśli o Donaldzie Tusku. – Głosowałem na Tuska. Kibicowałem mu. To mój starszy kolega. Znamy się i cenimy, jesteśmy na ty. Przychodził na koncerty Miłości. Zapamiętałem go jako skromnego faceta z jajami i poczuciem humoru. Zapraszał nas na mecze z drużyną, w której grały dzieciaki z rodzin patologicznych. Pytam, jak wytłumaczyć bezczynność premiera. – Z mojej perspektywy wygląda to tak: Donald wierzył w to, co robi i dla dobra ogółu założył maskę premiera, która jest częścią stroju lorda Vadera. Ciężko się przez nią oddycha. Ale wciąż wierzę, że Donald to szlachetny Anakin. Otoczony przez bandę cwaniaków. Niestety, polityka to dokumentny syf. Czy ktoś, kto się nią zajął, pozostał czysty? Może Mazowiecki, może Kuroń, bo się na czas wycofał. Nawet Adam Michnik, którego uważam za wyjątkowo fajnego gościa, straszliwie poślizgnął się na politycznym bananie. Z Rywinem. [srodtytul]Nastawianie mózgu[/srodtytul] Przed kilku laty głośny był związek Tymona z córką Roberta Brylewskiego Sarą. Kiedy się poznali, miała kilkanaście lat. To dobra perspektywa do oceny Romana Polańskiego. – Moja sytuacja była inna. Zakochałem się w dziewczynie, która już mnie kochała. Przeżyliśmy razem osiem lat. To nie był casus pedofilski. Jeśli chodzi o Romana Polańskiego... Bardzo go szanuję, to jest geniusz filmowy. Większy od Wajdy i Kieślowskiego, Skolimowskiego i Munka. On jeden dał sobie radę na świecie. Bo jego twórczość jest uniwersalna, zrozumiała dla każdego. Wiadomo, że niektórzy powiedzą – no tak, przecież Polański to Żyd. Ch... w dupę takim Polakom. Jeśli masz talent i odwagę, po prostu jedź do Hollywoodu. Jeśli będziesz lepszy od Żydów, na pewno cię zauważą. Wracając do sprawy Polańskiego – skoro ofiara mu wybaczyła, ciąganie go po sądach po tylu latach nie ma sensu. Na nowej płycie Tymona znalazła się kompozycja „Posłuchaj Siddhartho”, zainspirowana książką Hermanna Hessego. Napisał ją dla Cezarego Studniaka, śpiewającego aktora wrocławskiego Capitolu. – Napisałem ten utwór, bo Hesse był dla mnie ważny. W powieści „Narcyz i złotousty” opisuje dychotomię pomiędzy dwoma typami ludzkimi: analitycznym i intuicjonistycznym. Stawia pytania: deliberować nad każdym wyborem czy też rzucać się w żywioł życia. Ja wybrałem to drugie. Tymon nie wychował się w klasycznej polskiej rodzinie katolickiej. – Mój ojciec jest socjalistą. Łudził się, że socjalizm ma sens. Ja się nigdy nie łudziłem, ale wpłynął na moje wychowanie. Zacząłem chodzić do kościoła, mając 6 czy 7 lat za namową mamy. Trudno mi było przyswoić liturgię i byłem w kościele czarną owcą. Zostałem outsiderem. Kiedy dojrzewałem, bardziej niż wiara interesowały mnie dywagacje filozoficzne. Zaoferował mi je buddyzm. W „Siddharcie” znalazły się cytaty z Buddy. – Szanuję Buddę. To był wyjątkowy facet. Nie wmawiał ludziom, że istnieje Bóg. Nie powiedział też jednak, że go nie ma. Ograniczył się do tez na temat ludzkiego cierpienia i sensu naszego życia. Nie ufał mądrym księgom i mędrcom. Namawiał to zdrowego sceptycyzmu. Sugerował, żeby kierować się własnym doświadczeniem. Nie zajmował się życiem pozagrobowym. Interesowało go tu i teraz. I to jest dla mnie uczciwe postawienie sprawy. Piosenka jest zachętą do medytacji. – To tradycja tak naprawdę przedbuddyjska. Chaos świata mógłby być mniejszy, gdyby ludzie wykonali pewną pracę mentalną. Niestety dość sporą. Świat wydaje mi się wielkim cudownym porządkiem. Wszystko jest na miejscu: rzeki i morza, lasy i doliny, planety i asteroidy, słońca i galaktyki. Jedynym problemem naszego świata jest nasza mała, ciasna głowa. Dlatego medytuję, czyli siedzę w ciszy i czekam, aż wszystko wskoczy na swoje miejsce. Mnie to pomaga. Tymon często słyszy, że buddyzm w naszej szerokości geograficznej jest bez sensu. – Odpowiadam wtedy, że chrześcijaństwo zrodziło się na palestyńskiej pustyni i robi na mnie wrażenie religii depresyjnej z akcentem na ukrzyżowanie. Dużo w niej mroku. Przynajmniej w naszym europejskim wydaniu. A przecież „evangelion“ oznacza radosną nowinę. [srodtytul]Wierzchołek góry lodowej[/srodtytul] Na nowej płycie znalazła się też piosenka „Drugs”. Tymański, który dużo podróżuje i ma kontakt z wieloma środowiskami, potwierdza, że narkotyki stają się w Polsce coraz powszechniejszą używką. – Spotkałem kiedyś pannę z Danii. Zaproponowała, żebyśmy wzięli ecstasy. Mieliśmy się zaćpać, patrzeć sobie w oczy i bzykać się na haju. Wtedy Dunka powiedziała znamienne zdanie: narkomania stała się ostatnio taka modna. Kiedyś była bardziej elitarna. Powiedziała to z dużym bólem. Zapytałem, czy jest drugi pokój, gdzie mógłbym się spokojnie przespać. Tymon śpiewa, że dragi są czymś wstydliwym. – Kojarzą mi się z otwieraniem nowej perspektywy, ale też z babraniem w psychicznym brudzie. Bo dragi, jak w kulturze indiańskiej, miały zachęcić do duchowej praktyki, a w naszym świecie stały się hedonistyczną masturbacją. Dają psychodeliczne chwile w czasie pożyczonym, za które trzeba płacić. Nie chodzi tylko o dragi, ale cały paradygmat ludzkiego nadużywania. Zdaniem Tymańskiego narkotyki to wierzchołek lodowej góry ludzkich problemów. – Tam, gdzie jest forsa i szybsze tempo życia, na przykład w Warszawie, pojawia się coraz więcej kokainy. Wiem, o czym mówię. Ale możliwe, że częściowa legalizacja miałaby sens – po to, żeby dragi przestały być takie modne. Kartele, narkotykowa mafia i dilerzy przestaliby na nich zarabiać. Teraz wielu przyjaciół Tymona przypala trawę. – Powtarzają, że poprawia kreatywność i nie ma po niej kaca. Bzdura. Jest tak samo groźna jak alkohol. Wywołuje paranoje, problemy z koncentracją. Robi dziury w pamięci. Każe zapominać o bliskich i płaceniu rachunków. Jest bezpieczniejsza tylko dla typów agresywnych, którym po wódce totalnie odbija. [srodtytul]Czekając na musical[/srodtytul] Rozmowa schodzi na temat środowiska muzycznego. Tymon nigdy się nie krygował, oceniając branżę. O Kulcie, który bywa traktowany jak święta krowa, powiedział: –Dzielę grupę Kult na Staszewskiego i grupę działkowiczów smażących kiełbasy na grillu. Ich muzyka to miejski rock grany przez Kapelę Czerniakowską. Zawsze wolałem Kazika solo. Doceniam go. O środowisku muzycznym Tymon przygotowuje wspomniany musical „Polskie gówno”. Zaprosił do udziału Marylę Rodowicz, Kasię Kowalską, Michała Wiśniewskiego, Końja i Skibę, Anię Dąbrowską. Do tego Kobiety, Dick 4 Dick, Ściankę, Pink Freuda. Film ma być trzecią częścią polskiego tryptyku Tymona. Pierwszą był „Polovirus”. Do dziś pozostaje jedną z najważniejszych płyt opisującą nasz kraj po 1989 r. – Przed jej nagraniem latami zajmowałem się jazzem i doszedłem do wniosku, że jest to fajna przygoda dla muzyka, ale niekoniecznie dla słuchaczy. Drażniło mnie też, że muzyce improwizowanej nie towarzyszą żadne treści literackie. I nagle nastąpiła we mnie liryczna eksplozja. Opisałem Polskę przełomu lat 80. i 90.: papieża, wiernych, „Solidarność“, kiboli, satanistów, rastamanów i disco-polowców. Muzycznie pomogli mi moi znakomici partnerzy: Piotrek Pawlak, Jacek Olter, Olaf Deriglassoff, Lechu Możdżer, Mazzoll. Ta płyta by nie powstała, gdyby nie lektura Gombrowicza, którego łyknąłem z kopytami, gdyby nie udział w środowisku Totartu – we wszystkich jego przejawach – literackich, happenerskich, performerskich. Natchnęli mnie Końjo, Sajnóg, Brzóska, Paulus Mazur. Inspirowali nas Artaud, jego teatr okrucieństwa, wreszcie Living Theatre. Drugą częścią tryptyku było „Wesele” z muzyką do filmu Smarzowskiego. Trzecią ma być właśnie autorski musical „Polskie gówno”. – Cieszę się, że Chylińska przeszła na stronę muzycznego chłamu. Mam kolejny temat. Oczywiście jest problemem to, że ktoś zarabia kasę i zmienia życiową opcję. Tymczasem Agnieszka nazywa dyskotekową płytę „Modern Rocking”. Komu ściemnia??? Gdyby dała tytuł „Modern Earning”, nie musiałaby nic tłumaczyć. Wszystko byłoby jasne. Od początku była dla mnie pacynką w rękach szołbizjan. Współpracowała z trzema zgredami z Kombi. Potem zaczęła grać pod nazwą „Chylińska“, ale zdołowała się, że na rockowe granie przychodzi 150 osób. No to nagrała: „Modern Rocking”. Zastanawiamy się, czy muzycy muszą wchodzić w medialne bagno, występować w takich programach jak „Idol”, „Mam talent”, „Taniec z gwiazdami”, „Taniec na lodzie”, „Jak oni śpiewają”, żeby utrzymać się w show-biznesie. – Owszem, też chadzam do Wojewódzkiego. Pytają mnie, po co? Bo nie ma w Polsce mediów alternatywnych typu „Lampa i Iskra Boża”. Muszę gdzieś zareklamować mój musical, bo szukam pieniędzy na produkcję. Ale to, że się gdzieś pokażę, nie oznacza jeszcze, iż zmieniam muzyczną konwencję.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL