Świat

Tłumem w polityków

Protest flashmob przed centrum handlowym w Dreźnie. Studenci żądali polepszenia warunków nauki na wyższych uczelniach (fot: Matthias Rietschel)
AP
Akcje typu flashmob stają się coraz bardziej popularną formą protestów
Klienci jednego z berlińskich supermarketów sieci Rewe przecierali oczy ze zdumienia, gdy wokół nich wyrósł nagle tłum. Nowo przybyli rzucili się na wózki sklepowe, ładując do nich co się dało. Po wyładowaniu zakupów przy kasie każdy z nich długo szukał gotówki lub karty kredytowej, aby w końcu oświadczyć, że zapomniał. Działalność supermarketu została całkowicie sparaliżowana.
– O to nam chodziło. Była to część naszej strategii nacisku na pracodawcę, który ignorował nasze żądania płacowe – mówi Erika Ritter z centrali związkowej Ver.di. Akcja, która miała miejsce dwa lata temu, została zorganizowana błyskawicznie. Flashmob (w dosłownym tłumaczeniu „błyskawiczny tłum”) pojawił się w supermarkecie zaalarmowany esemesami zawierającymi instrukcję postępowania. Sprawa wylądowała w sądzie, który właśnie orzekł, iż flashmob jest dopuszczalną formą protestów pracowniczych.
[srodtytul]Pomysł z Ameryki[/srodtytul] Pomysł organizowania flashmobów narodził się przed kilkoma laty w Nowym Jorku jako forma happeningu. Robi też wielką karierę w niemieckiej polityce. – Jest nad wyraz skuteczną formą protestu, którą wykorzystujemy w naszej działalności politycznej – mówi Simon Lange, rzecznik Partii Piratów. O skuteczności flashmobu mogło się przekonać wielu niemieckich polityków, w tym Angela Merkel, podczas niedawnej kampanii wyborczej. W czasie jednego z wieców w Hamburgu sympatycy Piratów wznosili co chwila głośne okrzyki „Yeah”, zagłuszając skutecznie słowa pani kanclerz. Wiec zakończył się przed czasem. – Wcześniej protestowano w Niemczech za pomocą jajek i pomidorów – pisał „Spiegel Online”, przypominając, że takimi produktami obrzucony został kanclerz Helmut Kohl w Halle, i to zaledwie kilka miesięcy po zjednoczeniu Niemiec. Na twarzy Joschki Fischera, szefa niemieckiej dyplomacji, wylądował swego czasu pojemnik z czerwoną farbą. Ulubioną formą protestów było także policzkowanie polityków. [srodtytul]Spokojnie i precyzyjnie[/srodtytul] – To już przeszłość. Forma obecnych protestów społecznych jest w Niemczech zdecydowanie mniej agresywna – tłumaczy prof. Hajo Funke, politolog z Wolnego Uniwersytetu w Berlinie. Przypomina, co działo się w Niemczech przed trzema dziesięcioleciami, kiedy na fali protestów studenckich narodził się terroryzm RAF (Frakcji Armii Czerwonej). Współczesne formy protestu niemieckiej młodzieży są zdecydowanie bardziej urozmaicone, dokładnie ukierunkowane i obliczone na wywołanie w pierwszej kolejności zainteresowania mediów. Starcia z policją odchodzą w przeszłość, co widać wyraźnie na przykładzie berlińskiego Kreuzbergu, który przez lata był każdego 1 maja miejscem regularnej bitwy policji z grupami lewaków. Ostatnio jest tam zdecydowanie mniej agresji. Za to pojawił się nowy problem, jakim są podpalenia drogich samochodów w Berlinie i Hamburgu. W tym roku w stolicy spłonęły już ponad dwie setki mercedesów, porsche i BMW. – To nic innego jak desperacki atak na kapitalizm, niepodbudowany żadną ideologią – ocenia politolog, prof. Peter Grottian. Kto podpala luksusowe limuzyny, nie wie nikt. Policja nie znalazła do tej pory ani jednego sprawcy. – Nie są nimi na pewno ci, którzy uczestniczą w akcjach flashmobu – przekonuje Simon Lange z Partii Piratów. [i]masz pytanie,wyślij e-mail do autora [mail=p.jendroszczyk@rp.pl]p.jendroszczyk@rp.pl[/mail][/i]
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL