Publicystyka

Nie ma demokracji bez opozycji

Fotorzepa, Ryszard Waniek Rys Ryszard Waniek
Czy Platforma Obywatelska, dewastując hazardową komisję śledczą, chce przede wszystkim bronić premiera Tuska? – rozważa publicysta „Rz”
Wyrzucenie posłów opozycji z komisji śledczej to nie tylko jej realna likwidacja. To także kolejny krok w kierunku niszczenia standardów cywilizowanej demokracji. Komisje śledcze tworzone są głównie po to, aby opozycja mogła odsłonić naganne praktyki rządzących.
Rządzący potrzebują ich mniej. Mają przecież w rękach niepomiernie więcej narzędzi niż ich przeciwnicy. W zdrowej demokracji powinno im jednak zależeć, aby nie sprawiać wrażenia, że chcą coś ukryć lub zmanipulować. Dbają o to nie tylko dlatego, że powinni kierować się zasadami, ale także, by nie tracić zaufania obywateli, swoich potencjalnych wyborców. [srodtytul]Ściąganie podejrzeń[/srodtytul]
Nawet nie aspirując do standardów USA, gdzie członkowie komisji śledczych potrafią w dążeniu do prawdy przekroczyć swój partyjny interes, należy uznać te ciała za istotny element cywilizowanej demokracji. Komisje takie działają na rzecz przestrzegania norm. Jeśli czołowi politycy partii rządzącej, tacy jak Zbigniew Chlebowski i Mirosław Drzewiecki, łamią je, to w interesie ich ugrupowania powinno leżeć wyjaśnienie wszelkich wątpliwości. Inaczej ściąga ono na siebie dużo poważniejsze podejrzenia. Sabotowanie pracy komisji, a tym jest usunięcie z niej przedstawicieli opozycji, uniemożliwia wyjaśnienia afery. Jeśli więc PO w świetle reflektorów decyduje się na to, demonstruje, że ma dużo więcej do ukrycia niż sprawę skorumpowanych jednostek, które mogą trafić się wszędzie. Cywilizowana demokracja opiera się na układzie władza – opozycja. Nie może oznaczać politycznej eksterminacji tych, którzy wybory przegrali. Tymczasem od dwóch lat w Polsce obserwujemy taki właśnie proces, który nazwać można delegitymizacją opozycji. Niektórzy politycy partii rządzącej wprost (inni sugerują to tylko) deklarują, że celem ich nie jest tylko kolejny sukces wyborczy, nie jest długie rządzenie, nie jest także działanie na rzecz naprawy Polski itp. Nie, ich celem jest zniszczenie opozycji. To zachowanie zupełnie niespotykane w krajach cywilizowanej demokracji, które wywołałoby tam zasadniczy protest, w Polsce dziś jest wspierane przez dominujące media czy ogół establishmentu. Wielokrotnie zresztą nie tylko wspierane, ale wręcz współorganizowane. W sytuacji takiej demokracja, która opiera się na kontroli władzy przez opozycję, nie może sprawnie działać. Sprawa komisji śledczej, która powinna być głównie narzędziem opozycji, jest tego koronnym przykładem. [srodtytul]Problem klasy[/srodtytul] Historia afery hazardowej to również historia jej recepcji. Początkowo dziennikarze i media robiły to, co jest ich obowiązkiem. Drążyły sprawę. Dość szybko jednak uwaga, w każdym razie ich znaczącej części, zaczęła dryfować w innym kierunku. Pojawiły się charakterystyczne pytania w rodzaju: kto za tym stoi, czemu to służy itp. Podejrzanym stał się ten, kto sprawę wykrył, czyli CBA i jego szef Mariusz Kamiński. Główną jego winą był fakt, że pochodzi z niewłaściwego nadania. Afera zaczęła być „tak zwaną aferą”. Strategia premiera, który jako odpowiedź na aferę w najwyższych gremiach swojej partii ogłosił wojnę przeciw opozycji, zamiast zostać co najwyżej wyśmiana, została w rzeczywistości zaakceptowana przez większość mediów, a co za tym idzie, opinii publicznej. Sprawa, która winna zostać wyświetlona, okazała się polem bitwy partyjnej. Oczywiście, uznać można, że w demokracji wszelkie sprawy stają się pretekstem do partyjnego starcia. Jedną z pozytywnych konsekwencji tego stanu rzeczy jest jednak fakt, że konkurenci pilnują się nawzajem. Pośrednio więc, bez względu na swoje intencje, dbają, aby druga strona nie naruszała nie tylko norm prawnych, ale i ogólnie przyjętych zasad postępowania. W sytuacji ich przekroczenia opinia publiczna i jej rzecznicy, jakimi z definicji są media, powinni organizować się w celu odsłonięcia i napiętnowania afery. Jeśli w takich sprawach kierują się partyjnymi sympatiami, to prowadzą do zniszczenia wszelkich standardów i sprowadzają demokrację do karykatury. Tymczasem znaczna część mediów przejęła od PO technikę neutralizacji afery hazardowej. Słyszeliśmy, że nielegalni lobbyści działali zawsze, a zwłaszcza w hazardowym biznesie, zawsze jacyś politycy ulegali im, a więc co najwyżej jest to problem klasy politycznej. Ta nonsensowna formuła, która każdą nieprawością i głupotą obciąża wszystkich polityków, już od jakiegoś czasu służy w Polsce kompromitacji demokracji i polityki. Prowadzi więc realnie do usprawiedliwienia najgorszych jej przejawów i najgorszych przedstawicieli. Służy relatywizacji każdego politycznego zła. Zawsze ci sami komentatorzy narzekają na instytucję komisji śledczej, która, podobno, nie wyjaśnia, tylko staje się polem bitwy partyjnej. Abstrahując od fałszu tego stwierdzenia, pomysł, aby likwidować instytucje dlatego, że są niedoskonałe, musiałby w Polsce owocować w pierwszym rzędzie likwidacją wymiaru sprawiedliwości. W wywiadzie dla „Polityki” premier Tusk powiedział niedawno, że kompromisem ze strony PO była zgoda na powołanie komisji, i dał do zrozumienia, że na dalej idące ustępstwa nie ma co liczyć. Zasugerował więc, że o wyjaśnieniu afery w komisji nie możemy marzyć. Od początku nie pozostawiają złudzeń działania Platformy, która metodą parytetu wybrała ze swojego grona przewodniczącego, narzuciła tryb pracy i zakres tematyczny. [srodtytul]Pułapka, której nie było[/srodtytul] Pomysł, aby badać dzieje hazardu w III RP, czyli „prace nad ustawą o grach i zakładach wzajemnych”, mnożyć świadków i przede wszystkim zacząć prace od nagle odkrytych wątpliwości na temat stanu rzeczy w tej dziedzinie za rządów PiS, pokazują, że nie tylko chodzi o zaciemnienie sprawy, ale o zrzucenie choćby części odpowiedzialności na swoich politycznych rywali. Komisja nic więc nie wyjaśni, a do wyjaśnienia pozostaje bardzo dużo. Być może najmniej w sprawie „pułapki” rzekomo zastawionej na premiera przez Mariusza Kamińskiego. „Pułapka” miała polegać na poinformowaniu Donalda Tuska o podejrzanych działaniach ludzi z jego najbliższego otoczenia. Wyobraźmy sobie, że Kamiński nie informuje o tym premiera, a dopiero potem triumfalnie ogłasza sprawę. Wówczas teza o „pułapce” byłaby bez porównania bardziej uzasadniona. Pułapka miałaby polegać na tym, że po uzyskaniu wiedzy o aferze premier albo nie zrobi nic, a wówczas zostanie o to oskarżony, albo podejmie działania, a wówczas naraża śledztwo na dekonspirację. Aby obejść ową pseudopułapkę, wystarczyło, aby premier zastosował się do sugestii Mariusza Kamińskiego i, interweniując, odwoływał się wyłącznie do jawnej korespondencji między ministrem sportu i turystyki a ministrem finansów. Mógł zlecić interwencję ministrowi finansów. Możliwości było więcej. Natomiast premier wybrał osobiste spotkanie z głównymi podejrzanymi w sprawie: Zbigniewem Chlebowskim i Mirosławem Drzewieckim. W spotkaniach tych towarzyszył mu wicepremier Grzegorz Schetyna, który pojawiał się w orbicie śledztwa CBA. Powiadomienie go o sprawie byłoby złamaniem tajemnicy. Z drugiej strony trudno sobie wyobrazić, aby wicepremier brał udział w rozmowach, których sensu nie rozumiał. Czy w takiej sytuacji dziwi przeciek do hazardowych biznesmenów kilka dni później? W tej sprawie dziwi sporo innych faktów. Dlaczego ani z pierwszej rozmowy z Kamińskim, ani z rozmów z Chlebowskim i Drzewieckim nie zostały sporządzone notatki? Dlaczego już po przekazaniu przez Kamińskiego informacji o przecieku premier nie wyciąga żadnych konsekwencji wobec Chlebowskiego i Drzewieckiego i w ogóle nie robi w sprawie nic? Za jedyne działania uznać musimy nagłe rozpoczęcie śledztwa przeciw Kamińskiemu. Postawione zostają mu zarzuty działań dokonanych dwa lata wcześniej, na które uzyskał zgodę prokuratury i sądów. Czy można uznać za zbieg okoliczności moment ich postawienia? Sam premier wyklucza tę możliwość, stwierdzając, że działania Kamińskiego były próbą wyprzedzenia owego śledztwa. Publicznie deklaruje, że wiedział o przyszłej decyzji prokuratury dwa miesiące wcześniej. Owo publiczne oświadczenie budzi szczególne wątpliwości i wymaga publicznych wyjaśnień. Jakim cudem Kamiński miał wiedzieć, że za dwa miesiące zostanie podjęte przeciw niemu śledztwo? Prokurator stawia zarzuty, gdy zbierze wystarczającą ilość danych, które je uprawomocniają. Pierwszą osobą, która ma być powiadomiona o zarzutach, jest podejrzany. Podstawowe pytanie brzmi więc: jakim cudem premier wiedział o tym dwa miesiące wcześniej? Albo śledztwo przeciw Kamińskiemu jest organizowaną przez rząd przy udziale prokuratury prowokacją, albo premier kłamie. Czy istnieje inne wytłumaczenie publicznej deklaracji premiera? [srodtytul]Czy nastąpi otrzeźwienie[/srodtytul] Nie wiemy, czy PO, dewastując komisję śledczą, chce przede wszystkim bronić premiera. Również rola byłego wicepremiera Schetyny nie wydaje się w tej sprawie klarowna. Okazało się, że mijał się z prawdą, oświadczając, że nie spotykał się z Ryszardem Sobiesiakiem w czasie, gdy wokół ustawy prowadzono machinacje. Czy zaprzeczał tylko dlatego, że obawiał się skojarzenia go z aferą? Kolejną sprawą, która rzuca cień na premiera, jest sprawa córki Sobiesiaka, której posadę w Totalizatorze Sportowym na polecenie jej ojca załatwia szef gabinetu politycznego ministra Drzewieckiego Marcin Rosół. Sobiesiak powołuje się na ministra Drzewieckiego i trudno wyobrazić sobie, aby działania te odbywały się bez jego zgody. O tym wszystkim premier wie, nie wyciąga z tego żadnych wniosków i czeka, jak Drzewiecki wypadnie na konferencji prasowej. Premier decyduje się na „drastyczne” działania, gdy nie może ich nie podjąć. Wydaje się oczywiste, że powinien za to, politycznie, odpowiedzieć albo chociaż się wytłumaczyć. To w tym kontekście PO decyduje się na ostentacyjne łamanie zasad cywilizowanej demokracji, jakim jest usunięcie przedstawicieli opozycji z komisji śledczej. Stało się to możliwe wyłącznie dzięki głębokiemu poczuciu bezkarności. A to jest wynikiem trwającej od dwóch lat kampanii diabolizacji opozycji, w efekcie czego PO wyrasta na jedyną partię, która sprawować może dziś w Polsce władzę. Nie istnieje demokracja bez opozycji, która jest w stanie przejąć rządy. Być może nie należy przesadzać z tego typu zagrożeniem w Polsce dziś, w każdym razie niebezpieczne symptomy dominacji jednej partii prowadzące do psucia demokracji są u nas faktem. Dewastacja komisji śledczej wywołała protesty nawet ze strony tych, którzy nawoływali, aby nie posuwać się za daleko w krytyce PO, gdyż PiS czyha za rogiem. Najczęściej jednak towarzyszyła im klasyczna figura relatywizacji: ale przecież opozycja gorsza. Czy w tym stanie rzeczy Polacy zorientują się w skali politycznego niebezpieczeństwa i jak szybko to nastąpi?
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL