Publicystyka

Polacy nie odwrócili się od Żydów

Budowa na rozkaz gubernatora Fischera murów warszawskiego getta w sierpniu 1940 roku
Domena publiczna
Dziś znamy już wiele zdarzeń zaprzeczających mitowi, w który przez tyle lat wierzyliśmy na Zachodzie – że szmalcownicy wydawali Żydów, a reszta polskiego społeczeństwa była obojętna – mówi brytyjski historyk David Cesarani
Rz: Dlaczego wielu ludzi na Zachodzie obwinia Polaków o współudział w Holokauście?
David Cesarani: Przekonanie, że Polacy mieli coś wspólnego z masowym mordowaniem Żydów, ma już wiele lat. Wzięło się to stąd, że Auschwitz i inne obozy zagłady: Treblinka, Chełmno, Sobibór oraz Bełżec, znajdowały się na terytoriach należących przed wojną do Polski. Jednocześnie spojrzenie Zachodu na Holokaust kształtowały wspomnienia i relacje polskich Żydów, którzy przeżyli wojnę i znaleźli się w Ameryce, Wielkiej Brytanii czy Europie Zachodniej. Relacje te roiły się od opowieści o wrogości, z jaką stykali się Żydzi w II RP. Wszystko to wytworzyło fałszywe przeświadczenie, że Niemcy zbudowali obozy na polskiej ziemi, bo Polacy byli antysemitami. I nie tylko zaakceptowali program Zagłady, ale nawet pomagali w jego realizacji. Dlaczego zatem Niemcy zbudowali obozy na polskiej ziemi?
Zacznijmy od Auschwitz. Obóz ten powstał w roku 1940, jako element struktury okupacyjnej Polski. Nie miał nic wspólnego z polityką antyżydowską Trzeciej Rzeszy. Zadaniem Auschwitz było jeszcze większe sterroryzowanie polskiego społeczeństwa. Do pewnego momentu większość ofiar tego obozu i niemieckich represji w ogóle, wywodziła się spośród ludności polskiej. Setki tysięcy pańskich rodaków zostały wyrzucone ze swoich domów i ze swej ziemi. Tysiące zginęły w egzekucjach. Ludzie na Zachodzie nie mają o tym bladego pojęcia! Latem i jesienią 1942 roku około 20 tys. Żydów uciekło z getta i zniknęło w chrześcijańskiej Warszawie. 20 tysięcy osób! Wszystkim tym ludziom, ktoś pomógł się ukryć po aryjskiej stronie Wiedzą natomiast o Holokauście, który rozpoczął się później. Machina ruszyła, gdy zdecydowano o masowej eksterminacji całego narodu. Wtedy właśnie stworzono Birkenau. Ten obóz, podobnie jak inne, które zaczęto wówczas budować, miał już na celu eksterminację polskich Żydów. Ponad 3 miliony ludzi – mężczyzn, kobiet i dzieci. Jeżeli chce się dokonać ludobójstwa na taką skalę, to nie buduje się centrów eksterminacji w Paryżu czy w Salonikach. Buduje się je w pobliżu, aby nie trzeba było zbyt długo i zbyt daleko przewozić ofiar. Odpowiedź na pańskie poprzednie pytanie jest więc prosta: obozy na polskiej ziemi powstały ze względów praktycznych. Dlaczego jednak nie zbudowano takich obozów na okupowanych terenach Związku Sowieckiego? Tam również było dużo Żydów. Tam stosowano inną metodę. Masowe rozstrzeliwania, które wykonywano na wielką skalę, jeszcze zanim Niemcy wpadli na pomysł mordowania w komorach gazowych. Wykonawcą były jednostki specjalne SS – Einsatzgruppen. Ostatnio naukowcy odkryli, że również na Wschodzie był plan stworzenia obozu śmierci. Miał się znaleźć w Mogilewie na Ukrainie. Nigdy go jednak nie zrealizowano. Poza tym Niemcy chcieli chyba utrzymać Holokaust w sekrecie. W ostatnich latach nastąpił ciekawy rozwój w badaniach na temat tzw. tajności Holokaustu. Historycy zgadzają się dziś, że masowe mordowanie Żydów na Wschodzie, a potem w Polsce, było w Niemczech tajemnicą poliszynela. Wiedzieli o tym niemal wszyscy. Tego nie dało się utrzymać w tajemnicy. Właśnie ta wiedza miała wielki wpływ na Niemców pod koniec wojny, wzmacniając ich determinację i wolę walki do końca. Niemcy wiedzieli, że ich reżim dokonał kryminalnego aktu na niewyobrażalną skalę i po prostu bali się poddać. Strach przed zemstą? Tak, przed konsekwencjami, jakie mogli wyciągnąć alianci. Całe to opowiadanie o tajności Holokaustu, powtarzanie, że „ja o niczym nie wiedziałem”, pozwalało zwykłym Niemcom się oczyścić. Oddzielić zbrodniczy reżim od narodu. „Gdybyśmy wiedzieli, bylibyśmy wstrząśnięci” – argumentują Niemcy. Problem polega zaś na tym, że doskonale wiedzieli, ale wstrząśnięci nie byli. Możemy tu zastosować technikę porównawczą. Spójrzmy na reakcję społeczeństwa Trzeciej Rzeszy na wcześniejszą kampanię masowego mordowania osób niepełnosprawnych. W tej sprawie ostro protestowały Kościoły, zwykli ludzie. W efekcie program eutanazji został wstrzymany. W tych samych Niemczech nigdy nie było żadnego poważniejszego protestu przeciwko mordowaniu Żydów. Po wojnie trzeba to było jakoś wytłumaczyć. Właśnie wtedy powstał ten mit. Łatwiej było powiedzieć: „nic nie zrobiliśmy, bo nie wiedzieliśmy” niż „nic nie zrobiliśmy, bo nas to nie obchodziło”. Wróćmy do relacji polsko-żydowskich. Dlaczego nieprzychylna Polsce wersja historii zatriumfowała na Zachodzie? Bo nikt nie przedstawił kontrnarracji. W latach 50., 60. i 70. nikt nie rzucił takiej wersji historii żadnego wyzwania. Władze PRL miały to w nosie, a Polska znajdowała się za żelazna kurtyną, przez co nie miała w zasadzie żadnej wymiany naukowej z Zachodem. Nie spotykali się historycy, intelektualiści ani zwykli ludzie. Coś drgnęło dopiero pod słynnym filmie „Shoah” Claude’a Lanzmanna. To była kulminacja tej mitologii. Przedstawiał Polaków w niezwykle krytyczny sposób. Dopiero wtedy, w połowie lat 80., Polacy zaczęli protestować i ich głos się przebił. Wcześniej, w trakcie kilku dziesięcioleci polskiej bierności, mity o polskim współdziałaniu w Zagładzie zapuściły jednak głębokie korzenie. Przeniknęły do ośrodków naukowych, stamtąd do prasy, książek, a wreszcie do kultury masowej. Polaków oburzył jednak nie tylko film Lanzmanna. Również wydany 20 lat wcześniej „Malowany ptak” Jerzego Kosińskiego. Takich książek, rozmaitych wspomnień i powieści napisanych przez Żydów, którzy przetrwali getta i obozy, były tysiące. Potem kręcono na ich podstawie filmy. Ich wydźwięk zawsze był taki sam. Przedstawiały Żydów, którzy byli szantażowani, a nawet wydawani Niemcom przez szmalcowników w miastach. Na prowincji zaś denuncjowani byli przez chłopów lub tropieni przez polską partyzantkę niepodległościową. Żydzi mieli znaleźć się w pułapce gett, bo Polacy odwrócili się do nich plecami. Oczywiście w tym wszystkim było nieco prawdy, ale wyolbrzymiano ją. Stało się to dominującą narracją. Doświadczenia, które były udziałem części Żydów, nagle stały się doświadczeniami wszystkich. Jak było w rzeczywistości? Ostatnie badania rzucają na to inne światło. Dziś wiadomo już na przykład, że poziom pomocy Żydom, zarówno w miastach jak i na prowincji, był – jak na warunki panujące na terenach okupowanej Polski – olbrzymi. Znacznie większy, niż sądzili historycy. Podam przykład: latem i jesienią 1942 roku miała miejsce wielka akcja deportacyjna z warszawskiego getta. Około 20 tys. Żydów uciekło wówczas z zamkniętej dzielnicy i zniknęło w chrześcijańskiej Warszawie. 20 tysięcy osób! Wszystkim tym ludziom ktoś pomógł się ukryć po aryjskiej stronie. To naprawdę niesamowita liczba. Co się stało z tymi ludźmi? Większość ukrywała się przez dwa lata na terenie miasta. Trzy czwarte z nich zapewne by przetrwało, gdyby nie powstanie warszawskie. Walki toczyły się bowiem na strychach i w piwnicach, czyli tam, gdzie znajdowali się Żydzi. Również niemieckie bomby, które druzgotały budynki, niszczyły je razem z ukrywającymi się Żydami i ich kryjówkami. Wielu z nich zginęło razem z pomagającymi im Polakami. To była katastrofa. Przy okazji jeszcze jeden nieznany na Zachodzie fakt – wielu Żydów walczyło w powstaniu w szeregach Armii Krajowej. Jednocześnie zdarzały się przypadki, gdy Polacy zabijali Żydów. Tak, ale to tylko część obrazu i wcale niedominująca. Weźmy na przykład wsie i miasteczka, gdzie antysemityzm miał być najbardziej rozpowszechniony. Otóż mamy dziś do czynienia z następującym fenomenem: wielu Polaków urodzonych w pierwszej połowie lat 40. odkrywa swoje żydowskie korzenie. Skąd wzięli się ci ludzie? Historia zawsze jest taka sama: przed deportacją czy egzekucją, żydowscy rodzice przekazywali niemowlęta polskim sąsiadom. Oni je przyjmowali, chrzcili i często przez kilkadziesiąt lat nic nie mówili o ich prawdziwym pochodzeniu. W efekcie macie dziś w Polsce sporą społeczność chrześcijan-żydów tzw. „ukrytych dzieci”. Wielu przybranych rodziców tych dzieci – dziś to osoby w podeszłym wieku – teraz się przełamuje i o tym opowiada. Po wojnie nikt specjalnie nie chciał się z tym wychylać z powodu panujących w Polsce nastrojów antysemickich i sowieckiej okupacji. W Polsce sporo mówi się o destrukcyjnym wpływie, jaki miała na ludzi antysemicka ideologia narodowej demokracji. Dużo w tym racji, ale przypominam, że z endekami bywało różnie. Byli przecież polscy nacjonaliści z przedwojennych organizacji uznawanych za faszyzujące, którzy w czasie okupacji niemieckiej zaangażowali się w pomoc Żydom. Ci ludzie współtworzyli „Żegotę”, choćby znana pisarka Zofia Kossak. Dla wielu osób to może się wydawać dziwaczne, bo określenia typu „faszysta” czy „nacjonalista” automatycznie stygmatyzują. Od razu zakładamy, że ci ludzie musieli kolaborować i zabijać Żydów. Tymczasem bywało różnie. Czym innym jest nienawidzić, a czym innym zabijać. Dla wielu polskich nacjonalistów niemiecka polityka antyżydowska była jeszcze jedną zbrodnią znienawidzonego okupanta. Zgoda, ale szmalcowników przecież nie wymyślono. Byli Polacy, który zajmowali się szantażowaniem Żydów. Byli. Ale polskie państwo podziemne i społeczeństwo, patrzyło na te osoby krytycznie. Poddawano ich ostracyzmowi. To nie było coś, czym można się było pochwalić w towarzystwie. Dziś wiemy, że członkowie AK zabijali szmalcowników jako kolaborantów. Znamy przypadki, że zwykli ludzie, widząc na ulicy, że ktoś chce wydać Żyda, reagowali stanowczo. Odciągali takich ludzi, a Żydom pomagali w ucieczce. Działo się to spontanicznie, mimo niemieckiego terroru i surowych konsekwencji. Robili to zwykli przechodnie. Polscy patrioci uważali, że wydanie żydowskiego współobywatela Niemcom to czyn haniebny moralnie. Hańba dla honoru Polaków. Czyli znowu mamy do czynienia ze zjawiskiem zaprzeczającym mitowi, w który wierzyliśmy na Zachodzie przez tyle lat – że szmalcownicy wydawali Żydów, a reszta polskiego społeczeństwa była obojętna. Na Zachodzie nadal obowiązuje rozróżnienie na okupowane narody, które były „dobre dla Żydów” i „złe”. Do tych ostatnich należy Polska. Przyjrzyjmy się więc krajowi, który ma reputację „dobrego dla Żydów” – Danii. Jakie panowały tam warunki? Dania miała własny rząd do 1943 roku, Niemcy rządzili w miękkich rękawiczkach. Przez pierwsze trzy lata niemieckie władze okupacyjne w zasadzie nie niepokoiły Żydów. Gdy porówna to pan z chaosem, anarchią i destrukcją, niezwykłą brutalnością Niemców w Polsce, to okaże się, że to były dwa różne światy... ... a co za tym idzie, kara za udzielanie pomocy Żydom była inna. W Polsce śmierć, a w Danii zapewne parę tygodni więzienia. Nawet nie tyle. Niemcom było to zupełnie obojętne. Nie zawracali sobie głowy duńskimi Żydami. Pozwolili Duńczykom ich wywieźć do Szwecji. Uznali, że oni sami pomogą im się ich pozbyć. Wyobraża pan sobie coś takiego w Polsce? Niemcom zależało na tym, żeby duńscy farmerzy dostarczali mleko, bekon i masło. Żeby tamtejsze fabryki działały i żeby panował spokój. Dlatego nie robili nic, co mogłoby rozdrażnić czy oburzyć okupowany naród. I trzeba przyznać, że nieźle to funkcjonowało. Duński wkład w wojenną machinę Trzeciej Rzeszy był – w porównaniu z polskim – olbrzymi. Narodem, który uwielbia pouczać Polaków, są też Francuzi, którzy często podkreślają, że „katoliccy, ciemni, prawicowi Polacy wymordowali swoich Żydów”. To ciekawe, bo jeżeli miałbym wskazać modelowy kraj, w którym prawicowy katolicyzm był odpowiedzialny za zorganizowany antysemityzm, kolaborację i zniszczenie żydowskiego życia, to wskazałbym właśnie na Francję. Ideologia państwa Vichy opierała się przecież na katolicyzmie. Państwo to wprowadziło specjalne przepisy regulujące status Żydów (były bardziej restrykcyjne niż ustawy norymberskie), jeszcze zanim Niemcy ich o to poprosili. Z własnej inicjatywy zgrupowali też Żydów w specjalnych obozach, a potem wydali ich Niemcom, choć ci wcale ich nie chcieli! Niewiele lepiej było w północnej, okupowanej części Francji. To właśnie francuska policja aresztowała w Paryżu moją ciotkę i jej rodziców. Co się z nimi stało? Zostali deportowani do Auschwitz i zgładzeni w sierpniu 1942 roku. Francuzi deportowali 75 tys. Żydów, a wielu innych prześladowali. Warto byłoby, żeby, zanim zaczną pouczać Polaków, przyjrzeli się własnym działaniom. Ta historia to kolejny przykład, że prawda i powszechne wyobrażenie o niej – często całkowicie się od siebie różnią. Tak jest z Francją i jej masową kolaboracją, o której się zapomina, oraz Polską i jej niewielką kolaboracją, którą się wyolbrzymia. Czy to się może zmienić? Myślę, że tak. To będzie jednak proces pokoleniowy. Może to zabrzmi brutalnie, ale dopóki żyją ocaleni z Holokaustu, którzy często są nastawieni krytycznie wobec Polaków, trudno będzie wykorzenić te mity. Ale gdy to pokolenie odejdzie, wtedy debatę zdominują historycy, którzy mają szersze spojrzenie na przeszłość niż uczestnicy wydarzeń. Nie martwię się więc o Polskę i jej wizerunek, który na pewno się poprawi. Szczególnie, że staramy się temu procesowi pomóc. I świat to widzi. Choćby projekt muzeum historii Żydów polskich w Warszawie, o którym tyle się mówi. Czy kilka centrów studiów żydowskich na waszych uczelniach i wydawane w Polsce książki dotyczące Holokaustu. I odwrotnie. Do Polski przyjeżdżają naukowcy z Izraela, USA, Europy Zachodniej czy Wielkiej Brytanii. Mają dostęp do waszych źródeł, polskich świadków wydarzeń, publikacji i dokumentów. Poznają wasz punkt widzenia. Polska ma dziś wspaniałą, świetnie wykształconą i kosmopolityczną inteligencję, która pokazuje światu zupełnie inny obraz waszego kraju – nowoczesnego europejskiego państwa, a nie żadnego zaścianka. Taki kraj w przekonujący sposób może przedstawić prawdę o swojej historii. Weźmy choćby film „Katyń”, który otworzył oczy elitom Zachodu na tragiczne losy Polski pomiędzy dwoma totalitaryzmami. Prof. David Cesarani, wybitny brytyjski historyk żydowskiego pochodzenia
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL