Sztuka

Pod skrzydłem anioła

Hamlet polski – portret Aleksandra Wielopolskiego, 1903, nr inw. mp369
Muzeum Narodowe w Warszawie
Malczewski zmarł 80 lat temu – przypomina stołeczne Muzeum Narodowe
Wolę późne obrazy Jacka Malczewskiego. Nie te sztandarowe. Tych prac nie wystawia się często. Dlatego "Moje życie" – wystawa w warszawskim Muzeum Narodowym – sprawiło mi przyjemność.
W dolnym ryzalicie – zestaw około 1000 rysunków inkrustowanych obrazami. Na górze – ponad 100 płócien. Wszystko w porządku chronologicznym. Właściwie, rozwój twórczej osobowości Malczewskiego przebiegał w sposób typowy. Nadzwyczajna była jedynie jego legendarna płodność, ale tego w warszawskim muzeum nie widać. Jak mówi Elżbieta Charazińska, komisarz, to przegląd na czas kryzysu. Moim zdaniem dobrze się złożyło.
W większej dawce radomski mistrz jest nie do przełknięcia. Zbyt intensywny w przedstawianiu emocji, zanadto teatralny. No i ten nieznośny narcyzm, ustawianie się przed lustrem w najkorzystniejszym ujęciu, zarozumiałe wcielanie się w Chrystusa (wziął przykład z Dürera) i świętych oraz obłudne pozowanie na niewolnika sztuki. W efekcie rysy malarza są aż nadto znane – odtwarzał się setki razy. Jednak jego młodzieńczej buzi nikt nie znał. 15-letni, sportretował się bez symbolicznej nadbudowy. Dziewczęco delikatny, trochę angielski w typie urody, przygląda się światu spod ciężkich, opadających powiek. Widać, że ma talent plastyczny, na razie manifestujący się w wiernym odtwarzaniu twarzy i rzeczy. Realizm prześladował go długo, jednak w różnych wariantach. Przed trzydziestką miał ciągoty społeczne, poruszał go los poszkodowanych przez życie. Tych wczesnych obrazów od lat nikt nie wystawiał, i słusznie. Biedacy w kopalni czy aresztanci zastygli w dramatycznych, nienaturalnych pozach; paleta jak wyciągnięta z błota. Ciekawie zaczyna się robić w ostatniej dekadzie XIX stulecia. Wypatrzyłam dwa znakomite małe szkice. Wiejskie sceny plenerowe – "Kosiarze" i "Pastuszka" (1891 r.). Ledwie zamarkowane postaci, zanurzone w zieleni pól, pejzaże ujęte z lotu ptaka, bez linii horyzontu. Zaskakująco nowoczesne spojrzenie. Nadal też lubię "Śmierć Ellenai", odważnie przedstawionej od strony trupio zielonkawych nóg – choć to klasyka Malczewskiego. Znacznie mniej znany jest późniejszy o 15 lat "Portret dziewczynki na drabinie" (1922). Mała rozrabiara z grzywką kojarzy mi się z Młodziakówną Gombrowicza, choć romantycznie bawi się kwiatkiem. Na koniec moje zachwyty. Specjalnością artysty były śmiałe połączenia zieleni z odcieniami różu i fioletu. Czy ktoś inny poza panem Jackiem odważyłby się pomalować anielskie skrzydła na liliowo? Udane! A mógł wyjść kicz. Wspaniałe są późne krajobrazy, niewielkie, lecz panoramiczne. Zimowy, wiosenny i "rajski". Zwłaszcza ten ostatni przypomina wczesnorenesansowe włoskie widoki, dalekie od realizmu, za to urzekające nastrojem. Z biegiem lat artysta odchodził od mitologii pełnej patosu i patriotyzmu. Wyobraźnią wracał do rodzinnego domu, do siebie – chłopaczka pętającego się po wsi Wielgie, jak w tryptyku "Dzieciństwo". Przegląd zamykają prawie nigdy niepokazywane prace z ostatnich lat. Dramatyczne, ekspresyjne, ascetyczne. Konstruowane kreskami, skąpymi pociągnięciami prawie suchego pędzla. Ślepota? Trochę tak, lecz także świadoma decyzja. Koniec z gadulstwem. To, co ważne, tkwi w niedopowiedzeniach. [i]Wystawa czynna do 7 lutego[/i]        

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL