Kultura

Do swojej popularności podchodzę z wielką nieufnością

fot: Armando Gallo/Retna Ltd.
Corbis
Z Hugh Lauriem rozmawia Dawid Muszyński
[b]Rz: Jest pan Brytyjczykiem, a musi grać Amerykanina. To trudne?[/b]
[b]Hugh Laurie[/b]: Nawet nie wie pan, jak bardzo. Muszę uważać na każde słowo, by jakoś ukryć mój akcent. Czyli – nie tylko uczę się tekstu, ale muszę przez cały czas powtarzać go w głowie, by uzyskać rezultat, który zadowoli amerykańskich widzów. Wykonuję zatem podwójną pracę i naprawdę nie jest to łatwe. Ostatnio jakiś internauta skrytykował mnie, że śmieję się z brytyjskim akcentem. I weź tu usatysfakcjonuj każdego. Najgorzej jednak będzie, jeśli mój oryginalny brytyjski akcent zacznie zanikać przez próbę przyswojenia amerykańskiego. Przyłapuję się niekiedy na tym, że poza planem zdjęciowym używam amerykańskich słów, których normalnie nigdy bym nie powiedział. [b]Lubi pan wypróbowywać różnego rodzaju sporty.[/b]
To prawda. Ostatnio polubiłem boks. Wybrałem go, bo po pewnym czasie poczułem przesyt mistycyzmu, który zaczął mnie przytłaczać. To całe tai-chi i reszta jakoś mnie znudziły. Wróciłem do pierwotnego sportu walki. Uprawiam go już rok i wciąż jestem żałosny. Kilka razy widziałem już nawet gwiazdki przed oczami. Zazwyczaj wchodzę na ring i jedyne, co zdążę powiedzieć to „proszę nie w twa...” oraz „gram w seria...”, a potem jest łup i moje zejście z ringu. [b]Cały czas pan obrywa?[/b] Prawie. Mam pewną trudność z biciem ludzi. Zostałem nauczony, że przemoc to najgorsze rozwiązanie. Więc, kiedy jestem na ringu i pojawia się kilka sekund, gdy przeciwnik jest odsłonięty, a ja powinienem zaatakować, w mojej głowie pojawia się głos „Proszę, nie bij tego miłego pana”. Zaraz potem drugi głos mówi: „Jeśli uderzysz tego pana, on uderzy cię mocniej!”. [b]Pochodzi pan z rodziny sportowej. Pana ojciec jest złotym medalistą olimpijskim.[/b] Mój tata zaczął trenować wioślarstwo już na uczelni. Potem wystartował na dwóch olimpiadach. Pierwszej – w 1936 roku w Berlinie, kiedy na stadionie zasiadał Adolf Hitler. Drugi raz – w 1948 roku w Londynie, gdzie właśnie wywalczył złoty medal w wioślarstwie. Jako młody chłopak – nie mogło być inaczej – próbując pójść w ślady ojca, także zacząłem trenować wioślarstwo. Udało mi się wystartować w mistrzostwach młodzików w Finlandii. Zająłem jednak czwarte miejsce i nie załapałem się na medal. Później nabawiłem się pewnej choroby, przez którą musiałem wziąć roczną przerwę od wiosłowania i tak rozpoczęła się moja przygoda z aktorstwem na uczelni. [b]W jednym z najpopularniejszych seriali na świecie gra pan lekarza. Sam jednak zrezygnował pan ze studiów medycznych.[/b] Owszem. To nie było dla mnie. Rozczarowałem tym mojego ojca, który jest lekarzem. Tym bardziej pewnie denerwuje go fakt, że moja najbardziej znana rola telewizyjna to rola lekarza. Ale na szczęście trzech aktorów z obsady jest po medycynie, więc mamy trochę łatwiej. [b]Jest pan prywatnie podobny do doktora House’a?[/b] Ani trochę. Nie kuśtykam, nie bywam posępny, ani pochmurny. Jestem wielkim optymistą i ogromnie pogodną osobą. House to moje totalne przeciwieństwo i każdy na planie może to potwierdzić. [b]Po pięciu latach serialu jest pan w stanie samodzielnie zdiagnozować jakąś dziwną chorobę?[/b] Mógłbym spróbować, ale nie wiem, czy pacjent by przeżył. Nie oszukujmy się. Ja mam mózg wielkości orzecha i jestem w stanie zapamiętać te wszystkie mądre słowa przez 30 minut, potem znów muszę je powtarzać. Następnego dnia nic nie pamiętam. [b]Pracuje pan w USA, ale rodzina pozostała w Anglii.[/b] Tak. Wpadam do Stanów tylko po to, by kręcić House’a. Przeniesienie mojej rodziny na ten duży kontynent jest niemożliwie. Moi synowie są w takim wieku, że nie ma siły, by ich do czegoś zmusić. Mają swoje zespoły muzyczne, a ja nie chcę być męską wersją Yoko Ono, która rozbija rockowe kapele. Tam mają swoje życie, występują w amatorskich teatrach, grają w rugby. Nie mógłbym im tego zrobić. [b]Co więc skłoniło pana do zakupu domu w Los Angeles?[/b] Po pięciu latach wszyscy dorośli. Moi synowie pokończyli szkoły, a córka oznajmiła, że jej jest wszystko jedno. Musi pan pamiętać, że jest nastolatką dorastającą w zimnej i ciągle mokrej Anglii. Nie znam nastolatka, który odmówiłby wyrwania się od czasu do czasu z tej deszczowej krainy, do krainy ciągłego słońca. Tak więc kupiłem dom. Rodzina dzięki temu częściej mnie odwiedza, bo kto chce odwiedzać ojca, który mieszka w hotelowym pokoju. [b]Jak pan sobie radzi z sukcesem? Przecież pan nie cierpi medialnego szumu...[/b] Zgadza się. Jestem strasznie podejrzliwy, co oznacza, że z wielką nieufnością podchodzę do takich rzeczy, jak sukces, sława itp. Dlatego nie ruszają mnie te wszystkie teksty, jakim to jestem „najlepszym lekarzem telewizyjnym”, „najseksowniejszym lekarzem” albo, co ostatnio wyczytałem – „lekarzem, którego widzowie najchętniej zobaczyliby w bokserkach”. Dziwi mnie to, że sukces tego serialu zawraca ludziom w głowach. Czy pan wie, ile listów dostaję od kobiet, które piszą do mnie, że zajmą się mną tak dobrze, że nie będę czuł bólu mojej nogi? Taka reakcja jest dla mnie czymś nowym. Po filmie „Stuart Malutki” nie dostawałem listów z propozycją „Zajmę się pana małą myszką”. Czasem mam wrażenie, że ludzie tracą kontakt z rzeczywistością. [b]I nie ucieszył się pan z tytułu oficera Orderu Imperium Brytyjskiego?[/b] Żartuje pan?! Byłem zaszczycony jak cholera, przynajmniej do chwili, gdy się tam zjawiłem. Kiedy królowa, którą widziałem z bliska przez jakieś dwie sekundy, nadawała nam tytuły, zrobiło mi się głupio. Przed nadaniem tytułu oficera zawsze się czyta, za co jest to wyróżnienie. Przede mną było dwóch jegomościów, który dostali swoje tytuły za „rozbrojenie bomby pod silnym ostrzałem wroga i tym samym uratowanie wielu żyć ludzkich”. A potem jestem ja, który otrzymuje swój tytuł za „zasługi dla brytyjskiej kultury i rozrywki”. Myślałem, że się spalę ze wstydu! [b]Ludzie chyba lubią przyznawać panu tytuły i funkcje, bo rok temu został pan także jednym z producentów serialu „Dr House”.[/b] I nie wiem dlaczego. Nie mam władzy producenta na planie. To tak jakbym dostawał tytuły za staż. Jeszcze kolejne pięć lat i może zostanę reżyserem? Amerykanie nie wiedzą, jak my Europejczycy reagujemy na tak poważne tytuły. Pamiętam zdziwienie ekipy, gdy zacząłem zabierać głos na zebraniach producenckich. To jedna z moich przypadłości. Nie potrafię się zamknąć i jeśli już mam coś do powiedzenia, to powiem. Tak więc zaangażowałem się w promocję szóstego sezonu. House opleciony przez węże, symbolizujący w ten sposób kaduceusza, to mój pomysł. Na początku zrobiłem dla ekipy 250 koszulek z wężami oplatającymi laskę House’a. Prezent tak się spodobał, że postanowiliśmy wykorzystać go przy projekcie plakatu. Jako ciekawostkę mogę panu zdradzić, że jeden z oplatających mnie węży jest prawdziwy. Chcieliśmy wykorzystać dwa, ale logistycznie byłoby to trudne do wykonania. Węże są bardzo ciężkie i silne, więc dwa mogłyby mnie zadusić. Poza tym trudno by mi było zachować równowagę. Wykorzystaliśmy więc efekt lustrzanego odbicia. Rezultat wciąż mnie zadziwia. [b]Ale pracował pan już z groźniejszymi drapieżnikami.[/b] Mówi pan o „Stuarcie Malutkim”? [b]Nie. O dzikim lwie na planie „Placu lwów”.[/b] Tak, ale to był bardzo stary lew i zapewniali nas, że nic nam nie grozi. Tu takiego zapewnienia nie miałem. Chociaż muszę się przyznać, że nawet gdy stary lew zaryczy, nogi ofiary zamieniają się automatycznie w galaretę. Pamiętam jeszcze, jak jeden z trenerów przygotowywał nas na ewentualność, gdyby w przyszłości zaatakował nas tygrys. Otóż mamy prosto w jego pysk cisnąć kupą. Gdy zapytałem „A skąd mam ową kupę wziąć?”, usłyszałem odpowiedź: „Nie bój się, na pewno się pojawi”. [b]Jest pan znany z tego, że lubi ekstremalne zabawy i szybkie maszyny. Zwłaszcza motory.[/b] Nie tak dawno jeden z moich znajomych próbował mnie zarazić bakcylem latania. Wmawiał mi, że nie ma nic lepszego niż złapanie za ster i pilotowanie małego samolociku. No więc powiedziałem sobie: „Cholera, czemu nie?”. Podczas jednej z imprez okolicznościowych miałem przyjemność pilotować samolot bojowy. Pilotować to może za dużo powiedziane. Byłem asystentem pilota, czyli siedziałem, wciskałem guziczki i przez chwilę trzymałem drążek. Taka frajda dla VIP-ów, żeby przy grillu ze znajomymi było się czym przechwalać. Finał jest taki, że wymiotowałem na raty przez jakieś 45 minut. Po moim trzecim podejściu usłyszałem tylko w słuchawce głos pilota: „Jeśli będzie pan to robił jeszcze raz, czy może pan wyłączyć mikrofon? Będę wdzięczny!”. Po tym doświadczeniu, będę latać co najwyżej biznes klasą. [b]Miał pan kiedyś wypadek motocyklowy?[/b] Kiedy miałem 17 lat, zaliczyłem bolesny upadek, co przykuło mnie na jakiś czas do wózka inwalidzkiego. To była głupota z mojej strony, bo chciałem się popisać przed dziewczyną, pokazując jej jak nisko mogę przechylić motor. Wie pan, chciałem jej zaimponować w wiadomym celu. Skończyło się to źle. Od tego czasu nic mi już się nie przytrafiło. Po części dlatego, że jeśli zrobi się to raz, twój umysł wysyła wiadomość „Au, to bolało, już tak nie chcę!”. [b]Nie tak dawno w telewizyjnym programie Jaya Leno popisał się pan umiejętnościami muzycznymi.[/b] Grywam trochę, a nawet dużo. Jestem członkiem zespołu „Band from TV”, z którym okazyjnie gram, by się odstresować. Ostatnio nasz mały projekt trochę urósł. Nagraliśmy nawet jeden cover, który został wykorzystany w jednym z odcinków „Dr. House’a”. Tytuł tego utworu to: „You can’t always get what you want” grupy Rolling Stones. [b]Skład waszego zespołu jest raczej niecodzienny.[/b] To prawda. Należą do niego m.in.: grający na perkusji Greg Grunberg z serialu „Herosi” czy Jesse Spencer, który gra ze mną w „Dr. Housie”. Naszym gitarzystą jest James Denton z „Gotowych na wszystko”. To właśnie jest niezwykłe w naszym zespole, że składa się z gwiazd telewizji. Nigdy jednak nie jesteśmy aż tak zapracowani, żebyśmy nie mieli czasu się spotkać i zagrać kilku odjazdowych kawałków. Nie oszukujmy się, każdy ma swój sposób na stres. Mój jest taki. Dr House TVP 2 | 20.40, 2.00 | ŚRODA | 20.40 | CZWARTEK [ramka][b]Hugh Laurie[/b] Dwukrotny zdobywca Złotego Globu (2006 i 2007) w kategorii „najlepsza rola w serialu telewizyjnym”. Od kilku lat za sprawą tytułowej roli w serialu „Dr House” pozostaje jedną z największych światowych gwiazd telewizji. Urodził się w Wielkiej Brytanii, w Oxfordzie. Myślał o zawodzie lekarza, ale ostatecznie zamiast medycyny wybrał archeologię i antropologię na ekskluzywnych uczelniach Eton College i Uniwersytet Cambridge. W latach 90. skupił się na pracy pisarskiej i aktorskiej, pojawiając się w takich produkcjach jak „Rozważna i romantyczna”, „101 dalmatyńczyków”, „Człowiek w żelaznej masce” czy „Stuart Malutki”. W telewizji występował jedynie okazjonalnie, grając gościnnie w m.in w serialu „Przyjaciele”. Przełom w karierze przyniósł mu już pierwszy sezon „Dr. House’a” (2003). Na casting wysłał swoje krótkie demo nagrane w toalecie, bo był w tym czasie na planie innego, niewiele znaczącego serialu. Powtarza, że nie spodziewał się takiego sukcesu, zwłaszcza że wcześniej dał się poznać przede wszystkim jako komik i autor estradowych skeczy. W czerwcu skończył 50 lat.[/ramka]
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL