Komentarze

Nie tylko obłuda

Rafał A. Ziemkiewicz
Fotorzepa, Ryszard Waniek Rys Ryszard Waniek
Subotnik Ziemkiewicza
Najwięcej do powiedzenia o kolorach mają zwykle daltoniści. Najwięcej do powiedzenia o sprawach wiary mają ludzie, którzy wydają się zupełnie niewrażliwi na głód Boga, a religię traktują, w najlepszym wypadku, jako pewnego rodzaju tradycję, która może nawet być ładna i godna kultywowania, ale kto by ją brał zbyt poważnie, po prostu się wygłupia. Pewnie dlatego, że komentowanie cudów, liturgii czy procedur prawa kanonicznego przychodzi takowym znacznie łatwiej niż wierzącym.
Nie wiem, ile czasu zajęło „Newsweekowi” przygotowanie okładkowego materiału o, jak to nazywa, „kościelnych rozwodach”. Mnie zajęło dwa tygodnie zastanawianie się, czy powinienem tę publikację komentować. Z jednej strony, nie wydaję się sobie szczególnie do tego upoważniony, z drugiej ? sądzę, że mam w tej kwestii coś do powiedzenia. Może bym zachował to dla siebie, gdyby w następnym z kolei numerze „Newsweek” nie zatrudnił do komentowania domniemanego cudu w Sokółce upadłego dominikanina, który czas pewien temu ogłosił, iż utracił wiarę ? i który oczywiście orzeka, że cuda eucharystyczne, a bodaj i sama w ogóle eucharystia, to zabobon, ciemnota, i, mówiąc słowami młodego wieszcza, „karczemnej wytwór gawiedzi w głupstwa wywarzony kuźni”. Faktycznie, trudno było znaleźć do tych spraw lepszego eksperta. Co do owych, jak mawia „karczemna gawiedź”, a „Newsweek” po niej powtarza, „kościelnych rozwodów”, autor wspomnianego tekstu widzi w nich tylko obłudę. Wierni na potęgę oszukują sądy biskupie, kler doskonale sobie z tego zdaje sprawę, ale udaje, że wierzy w szczerość składanych tam zeznań, liczba orzeczeń o nieważności małżeństwa wzrasta lawinowo, co zinterpretowane jest wyłącznie jako dowód, iż polska wiara jest coraz bardziej fasadowa, nieszczera i na pokaz. Bo, rzecz jasna, jedyną dostrzeganą przez publicystę „Newsweeka” przyczyną, dla której ktoś może chcieć orzeczenia o nieważności swego pierwszego ślubu, jest presja obłudnego społeczeństwa na „kościelne” małżeństwo i związane z nim obrzędy.
Taka perspektywa, oczywiście, uniemożliwia dostrzeżenie istoty problemu. Problem tkwi w tym, że tradycyjne pojmowanie nierozerwalności węzła małżeńskiego prowadzi do zasadniczej sprzeczności praktyki Kościoła z duchem nauki Chrystusa. Albowiem podstawą owej nauki i tym, co stanowi o wyjątkowości chrześcijaństwa na tle wszystkich innych religii, jest to, że nikogo ona definitywnie nie odrzuca. Kościół, jeśli stwierdzi to kanonicznymi procedurami, ogłasza niekiedy, że ten lub inny człowiek dostąpił świętości. Nigdy natomiast nie ogłasza nikogo potępionym. Nawet Stalina. Bo każdy grzech może zostać wybaczony, każda wina może zostać zmazana. W jednej z najpiękniejszych legend chrześcijaństwa święty Dionizy zwraca się do samego Szatana słowami: nawet ty, gdybyś wyrzekł się grzechu i podjął pokutę, możesz zostać zbawiony. W kwestii małżeństwa natomiast Kościół stanowi, iż jeden popełniony w życiu błąd skreśla człowieka raz na zawsze. Nieważne, czy byłeś młody, głupi, pijany, skoro już zdecydowałeś się wziąć ślub z nie tą osobą, z którą należało, to po tobie. Nie masz dostępu do sakramentów, nie masz prawa czuć się częścią Kościoła, jak trafi ci się bardzo ortodoksyjny proboszcz, to nawet nie zostaniesz pochowany w poświęconej ziemi. Przegwizdane. Tak, wiem, proszę mnie nie poprawiać ? to wszystko grozi nie za samo rozstanie z nietrafnie wybranym małżonkiem, ale za wejście w nowy, niesakramentalny związek. Ale to żadna odpowiedź na cisnące się pytania do sumienia. Podam, dla przykładu, tylko jedno. Jeśli pierwsze małżeństwo było kompletnie nieudane, nietrafione, chore, i podtrzymywanie go za wszelką cenę, jak należałoby w zgodzie z nauką Kościoła zrobić, oznaczałoby tylko wzajemne zadawania sobie męczarni przez obie strony, i gorzej jeszcze, skazanie na wychowywanie się w tej męczarni dzieci, co musiałoby je psychicznie zdeformować na całe życie ? a drugi, niesakramentalny związek jest udany, i potomstwo z niego ma szansę na szczęśliwy „kraj lat dziecinnych”, to co tu właściwie jest dobrem? Uparte trwanie za wszelką cenę w tym pierwszym, czy jednak ten drugi? Kościół zdaje sobie sprawę, że coś tu jest nie tak, i zarazem nie potrafi sobie z problemem poradzić. Ale też coraz bardziej nie może sobie pozwolić na to, by sobie z nim nie poradzić. A problem, mierzony liczbą związków zwanych przez Kościół niesakramentalnymi, narasta, bo człowiek współczesny bardziej niż kilka pokoleń temu przekonany jest, iż ma prawo dążyć do szczęścia. I trudno to uważać za dążenie złe, choćby z uwagi na dzieci, których spłodzenie i dobre wychowanie jest wszak celem małżeństwa. Celem, którego w związku dysfunkcjonalnym spełnić się nie da. Poszerzenie listy kanonicznych przyczyn o niedojrzałość którejś ze stron do małżeństwa, który to paragraf najczęściej jest w procesach o stwierdzenie nieważności ślubu używany, wydaje się próbą stworzenia pewnego rodzaju wentyla. Fakt, pojęcie niedojrzałości jest rozciągliwe i daje pole do nadużyć. A w jakim sądzie nie dochodzi do nadużyć? W jakim nie zdarza się ludziom brać fałszywych świadków, kłamać i sięgać po inne niegodne sposoby osiągnięcia zamierzonego celu? Dla niektórych to wszystko nie ma za grosz sensu. Bo w ogóle wiara nie ma dla nich sensu. Z definicji. Tylko po co w takim razie się pchać z butami w sprawy, których się nie rozumie? Skomentuj na [link=http://blog.rp.pl/ziemkiewicz/2009/10/24/nie-tylko-obluda/]blog.rp.pl/ziemkiewicz[/link]

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL