Praca

Z kolegami z pracy po świecie

Pustynne safari często jest w programie firmowych wycieczek
Rzeczpospolita OnLine, Regina Skibińska reg Regina Skibińska
Lot balonem nad afrykańską sawanną, wyścigi skuterów śnieżnych w Laponii, przejazd po torze Formuły 1 w Budapeszcie, odwiedziny u polskiej rodziny nad Bajkałem. Dla nas nie ma rzeczy niemożliwych - twierdzą biura podróży organizujące wyjazdy dla firm
Takie wyjazdy nazywane są incentivami. Incentive po angielsku to podnieta, pobudzenie, zachęta, impuls. Coś, co zmusza do działania. Wyjazd sam w sobie zmusza do działania, ale i podczas wyjazdu jest się zmuszonym (zachęconym) do działania. W praktyce są to wyjazdy integracyjne i motywacyjne, czasem połączone z kongresami, naradami, szkoleniami. Firma chce nagrodzić swych pracowników (np. sprzedawców, dział marketingu) lub zintegrować. Innym razem chce przeszkolić, ale, by przeprowadzić to skutecznie i w miłej atmosferze, przenosi szkolenie poza własną siedzibę. Szuka wtedy miejsca, w którym kilkadziesiąt, a czasem więcej osób mogłoby przez dwa, trzy dni nie tylko się uczyć, ale też wspólnie odpocząć.
Na tym polegają wyjazdy zamawiane przez firmy, a organizowane przez wyspecjalizowane biura podróży. Nie są to, bo nie mogą być, zwykłe wycieczki. Taki wyjazd trzeba uszyć na miarę. Wszystko zależy od budżetu klienta i jego życzeń, a także od liczby uczestników. Zwykłe biura podróży organizują zwykły wypoczynek. A to nie to samo. Organizatorzy incentivów muszą zadbać o cały program, wypełniający uczestnikom nie tylko dzień, ale często i noc. Musi być ciekawie, musi być intensywnie, ale bez przesady, by nie zniechęcić uczestników. Mają wrócić pełni wrażeń, z naładowanymi akumulatorami, ale nie zmęczeni. – Taka impreza ma podtrzymać dobrą markę firmy fundującej wyjazd – zauważa właściciel krakowskiego biura turystycznego mice.pl (dawniej Krakus) Karol Tomczyk. – Często zabiera na nią swoich klientów. Muszą więc wrócić zadowoleni, z dobrymi wrażeniami. My jesteśmy za to odpowiedzialni.
[srodtytul]Mniej strzelania, więcej gotowania[/srodtytul] Kto wysyła klientów i własnych pracowników najczęściej? Duże firmy krajowe i zagraniczne działające w Polsce. Nie zdarza się, by to były instytucje liczące mniej niż stu pracowników. Najczęściej są to firmy farmaceutyczne, ubezpieczeniowe, telekomunikacyjne, budowlane, informatyczne, spożywcze, motoryzacyjne oraz banki i media. Czasem trudno dopasować oczekiwania klienta do jego możliwości finansowych. – Zawsze prosimy o podanie, jaki budżet firma ma na wyjazd – opowiada Ilona Weber z łódzkiego biura Visa Travel. – Inaczej powstają nieporozumienia. Na przykład, firma nie chce ujawnić, ile może wydać, ale mówi, że chce jechać do kraju X. Kiedy my przygotujemy program i podamy cenę, są zaskoczeni, bo myśleli, że to będzie o połowę taniej. Im więcej wiemy na początku rozmowy, tym lepiej możemy doradzić i ustalić, co można przygotować na warunkach klienta. [srodtytul]W kraju, Europie, na innym kontynencie[/srodtytul] Można wyróżnić cztery rodzaje wyjazdów, w zależności od potrzeb i zasobności zamawiającego: imprezy krajowe (przeważnie dojazd własny), bliska zagranica (autokar), dalsza zagranica, ale ciągle Europa (samolot), daleka zagranica – inny kontynent (samolot). Te pierwsze trwają zwykle dwa, trzy dni. Wystarczy więc jeden weekend. Biura podróży mniej mają może pracy organizacyjnej, ale bardziej muszą się wysilić, by program był ciekawy. Jeśli spotkanie ma się odbywać poza miastem – najczęściej trzeba będzie organizować gry terenowe, jak spływ kajakami, jazdę samochodami terenowymi, poszukiwanie ukrytego skarbu. Mazury, Dolny Śląsk, centrum kraju – tam zwykle odbywają się takie zjazdy. – Bieszczady? Raczej nie, są schowane w kącie Polski, sam dojazd zabrałby uczestnikom pół dnia albo i więcej – ocenia Ilona Weber. Takie zajęcia jak strzelanie do siebie kulkami z farbą, czyli paintball, czy rozjeżdżanie poligonów i lasów samochodami terenowymi są coraz mniej popularne. Coraz większą popularność zdobywają za to gry miejskie. W Łodzi, Krakowie, Warszawie. Uczestnicy chodzą z instruktorem i tzw. roadmapą po mieście, gdzie mają jakieś zadania do wykonania, muszą odnaleźć ukryte znaki, rozpoznać obiekty, ciekawie coś sfotografować albo nawet nakręcić aparatem komórkowym film reklamowy swojej firmy. Zabawy przy tym co niemiara, a i wieczorem można spędzić miło czas, przeglądając zebrany materiał, oceniając go i nagradzając najlepszych autorów. A wieczorem obowiązkowo impreza muzyczna, najlepiej z wynajętą gwiazdą polskiego show-biznesu i z dobrym jedzeniem. Podobają się też zajęcia gotowania, podczas których uczestnicy imprezy muszą np. przygotować, pod okiem kucharza, sushi. [srodtytul]Powrót do Europy[/srodtytul] W ramach drugiej kategorii – uczestnicy jadą autokarami do Czech, Austrii, Węgier, na Słowację lub Litwę. Trzecia zakłada podróż samolotem. Europejskie wyprawy trwają zwykle trzy, cztery dni. Jest zwiedzanie i inne atrakcje – na przykład degustacja win w miejscowych winiarniach lub lekcje gotowania. Najczęstsze kierunki: Hiszpania, Włochy. – Hitem w tym roku była u nas Portugalia – opowiada Maciej Korzeniowski, konsultant ds. turystyki grupowej w Air Club. – TAP Portugal uruchomił bezpośrednie loty do Lizbony z Warszawy. To bardzo ułatwiło podróżowanie do tego kraju. Poza tym Portugalia ciągle pozostaje dla Polaków nieodkryta. W Lizbonie i pod Lizboną jest wiele pięknych miejsc do zwiedzania. Do tego organizowaliśmy naszym gościom degustowanie win porto i wieczór fado. To się bardzo podobało. W Niemczech można przejechać po torze Formuły 1, w Finlandii saabem po zmarzniętym jeziorze, na poligonie pod Moskwą popróbować sił w czołgu, a na stacji kosmicznej Bajkonur zobaczyć na żywo start sputnika – zachęca Karol Tomczyk. Do bliskiej strefy „samolotowej” zaliczają się też Cypr, Baleary, Wyspy Kanaryjskie, Madera, Turcja, Egipt, Tunezja, Maroko. Czasem biura wynajmują specjalnie samolot dla klienta, a czasem wystarczy, że wykupią kilkadziesiąt miejsc w czarterze jakiegoś biura podróży. Ale można lecieć także rejsowym samolotem tanich linii lotniczych. W Europie modne są takie regiony, jak Szkocja czy Toskania, ale najbardziej miasta: Rzym, Madryt, Barcelona, Wiedeń, Praga, Berlin. Jak uatrakcyjnić zwiedzanie obcej stolicy? – Na przykład, uczestnicy mają za zadanie nawiązać kontakt z mieszkańcami, nauczyć się jakichś słów w miejscowym języku, zrobić zakupy i przygotować lokalną potrawę – relacjonuje Urszula Wysocka z Haxela. – W tym roku wyjazdów europejskich jest więcej niż w latach poprzednich, spowodował to kryzys – mówi Urszula Wysocka z warszawskiego biura Haxel. – Firmy oszczędzają, poza tym mówią, że nie wypada w trudnych czasach szastać pieniędzmi. [srodtytul]Im dalej, tym dłużej[/srodtytul] Są jednak nadal firmy zainteresowane dalekimi podróżami, na inne kontynenty. O ile na imprezę krajową wystarczy już kilkaset złotych na głowę, a na europejską 3 – 6 tysięcy, o tyle wyjazd do dalekiego kraju wiąże się już z wydatkiem rzędu 10 – 15 tys. zł. Za te pieniądze można wysłać klientów na tydzień do Brazylii, Meksyku, Tajlandii, Chin, na Kubę, Sri Lankę, do Kenii, RPA lub Zjednoczonych Emiratów Arabskich. Jeśli chodzi o program, zadanie jest ułatwione. Już samo to, że uczestnicy znaleźli się w egzotycznym kraju jest wielką atrakcją. Safari, wizyta w wiosce Masajów, spacer po Wielkim Murze należą do zwykłych programów. Ale i tu trzeba dołożyć coś niecodziennego. Visa Travel organizuje właśnie wyjazd nad Bajkał, gdzie goście odwiedzą rybackie wioski i będą gośćmi w domach mieszkających tam polskich rodzin. Firma oferuje też lot balonem w Kenii, wspinaczkę do schroniska Jose Rivas na 4800 m n.p.m. pod wulkanem Cotopaxi i trekking do lodowca oraz płukanie złota w rzece Napo w Ekwadorze czy łowienie piranii i nocne poszukiwanie kajmanów w Amazonii. Im dalszy wyjazd, tym trwa dłużej. – Przeważnie firmy wychodzą z założenia, że jeśli już jedzie się tak daleko, to trzeba to wykorzystać. Poza tym często sama podróż trwa dobę lub dwie. Do tego dochodzi kwestia zmiany czasu i konieczność dostosowania się organizmu do nowej warunków. Tak więc podróże na inny kontynent zwykle trwają 7 – 9 dni, choć zdarzają się nawet jedenastodniowe – opowiada Karol Tomczyk. [srodtytul]W dziesięć dni dookoła świata[/srodtytul] Incentivy są różne. – Najmniejszy, jaki mieliśmy, to wysłanie trzech osób z pilotem do Japonii – wspomina Weber z Visa Travel. – A najwięcej – 500 osób na konferencję do Maroka. Raz biorą w imprezie udział pracownicy wszystkich szczebli – od dyspozytora, który wypuszcza samochody za bramę, po prezesa. Innym razem jedzie tylko ścisłe kierownictwo. – Kiedyś klient bardzo chciał, byśmy urządzili wycieczkę pod hasłem „dookoła świata w dziesięć dni”. Wyliczyliśmy, ile czasu spędzą w samolotach, a ile na oglądaniu świata. Nie skorzystali z naszej oferty – opowiada Ilona Weber. Zdarzają się też nieprzewidziane trudności. – Kiedyś zgłosiła się do nas firma, która chciała jechać w jakieś egzotyczne miejsce. Ustaliliśmy, że będzie to Gwadelupa. Ale wtedy wybuchły tam zamieszki. To zmieniliśmy kierunek na Madagaskar. I wtedy odbył się tam zamach stanu. Postawiliśmy więc na Meksyk, a wówczas wybuchła epidemia świńskiej grypy. Czwarta była Sri Lanka. I ten projekt nie doszedł do skutku, bo władze rozpoczęły ofensywę przeciw partyzantom z Tamilskich Tygrysów. Ostatecznie firma w ogóle zrezygnowała z wyjazdu – opowiada jeden z przedstawicieli biura podróży. [ramka][link=http://www.kariera.pl] Jak znaleźć pracę i kolegów?[/link][/ramka]
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL