Publicystyka

PiS pracuje na sukces Platformy

Igor Janke
Fotorzepa, Ryszard Waniek Rys Ryszard Waniek
Polityczni przeciwnicy PO liczyli na to, że afera hazardowa będzie skórką od banana, na której poślizgnie się rząd Tuska. Jednak swoją niecierpliwością, nieporadnością i agresją wzmocnili tylko Platformę – pisze publicysta „Rzeczpospolitej”
[b][link=http://blog.rp.pl/janke/2009/10/22/pis-pracuje-na-sukces-platformy/" "target=_blank]Skomentuj[/link][/b]
Kiedy pod koniec lat 90. rząd AWS po raz pierwszy się potknął, przeszkody i złe wieści zaczęły mnożyć się w tempie błyskawicznym. Kompromitacja goniła kompromitację, pojawiały się kolejne mniejsze lub większe skandale, chaos narastał. Popularność wielkiej postsolidarnościowej koalicji, która w wyborach parlamentarnych osiągnęła znakomity wynik, leciała na łeb na szyję. Podobny mechanizm spotkał po następnych wyborach SLD. Najpierw wielkie zwycięstwo wyborcze – a potem jedna duża afera pociągnęła kolejne, mniejsze i większe, bałagan w rządzeniu narastał, sondaże pruły jak rakieta w dół.
I AWS, i SLD wpadły pewnego dnia w korkociąg, z którego nie znalazły wyjścia. AWS zniknęła ze sceny, SLD przetrwał, ale dziś jest własnym cieniem wałęsającym się po peryferiach. [srodtytul]Bez efektu[/srodtytul] Teraz wydawać by się mogło, że podobnie zły czas przyszedł dla Platformy. Afera hazardowa okazała się trzęsieniem ziemi. Chwilę potem historia ze stocznią, która nawet jeśli nie jest skandalem, to jest popisem braku profesjonalizmu. Nie minęło kilka dni i wyskoczyła kolejna naprawdę skandaliczna sprawa z podsłuchiwaniem dziennikarzy. Można by podejrzewać, że PO wpadnie w podobny korkociąg jak niegdyś AWS, a potem SLD i jej poparcie poleci w dół. Tymczasem tak się wcale nie dzieje. Platforma utrzymuje wysokie notowania, choć tym razem media nie wspierają już jej tak mocno jak niegdyś (oczywiście można sobie wyobrazić, jak gwałtowna byłaby krytyka mediów, gdyby na podobnej aferze złapano PiS). Kiedy AWS upadała, SLD rósł w siłę. Kiedy upadał SLD, do góry szybowały PiS i PO. A dziś Platforma, jeśli traci, to bardzo niewiele, a konkurencja nie zyskuje. Kiedy wybuchła afera hazardowa, z szeregów PiS można było usłyszeć głębokie „uff, nareszcie”, „jest światełko nadziei”. Głęboką frustrację części polityków PiS wyrażaną zwykle w nieformalnych rozmowach, a czasem nawet w publicznych wystąpieniach, zastąpiły delikatne uśmiechy i komentarze: „wreszcie jest ta skórka od banana, na której Tusk się poślizgnie. Teraz ich wreszcie mamy.” Satysfakcja była nieskrywana. Głęboki oddech i ruszyli do ataku. I co? Jaki efekt? Żadnego. [srodtytul]PiS nie wytrzymał[/srodtytul] Jak to możliwe, że Platforma utrzymuje się na powierzchni? Z jednej strony to efekt umiejętnej gry Donalda Tuska, który z dramatycznej sytuacji wyszedł zręcznymi zagraniami i skutecznie odwrócił uwagę opinii publicznej. Próbuje przekonać wszystkich, że co prawda jakaś afera może i jest, ale przede wszystkim to efekt tego, że PiS z CBA poszły na wojnę przeciw Platformie. Premier skutecznie wywołał dyskusję na temat CBA i Mariusza Kamińskiego, a życzliwe Platformie media – nawet te, które nie negowały, że sprawa z hazardem jest wielkim skandalem – natychmiast to podchwyciły. Tę akcję Donaldowi Tuskowi jednak ułatwili jego polityczni konkurenci. Posłowie PiS wymęczeni trwającą od dwóch lat miażdżącą przewagą popularności Platformy nie wytrzymali. Natychmiast pobiegli do kamer i mikrofonów. Wyborcy usłyszeli znaną wojenną tonację, tę samą, którą dwa lata temu odrzucili. Usłyszeli wypowiedzi, które potwierdziły tezę Tuska o politycznym podtekście ujawnienia afer przez CBA. Część wyborców, którzy głosowali na Platformę, chętnie pewnie przerzuciłaby teraz swoje sympatie na inną partię. Są zawiedzeni dość słabymi rządami i wstrząśnięci rewelacjami na temat współpracy polityków PO z szemranymi postaciami branży hazardowej. Ale zanim zdążyli przetrawić swoje oburzenie, usłyszeli już dobrze znane ostre głosy PiS, których ton kiedyś tak bardzo ich irytował. [srodtytul]Kto rozpętał wojnę[/srodtytul] Dzień po wybuchu afery hazardowej zobaczyli wywodzącego się z PiS prezydenta wzywającego do siebie najważniejsze osoby w państwie, aby... No właśnie, po co je wyzwał Lech Kaczyński? Trudno znaleźć jakikolwiek inny powód niż nagłośnienie afery. Tyle że afera sama się nagłaśniała, a prezydent tylko dał argument tym, którzy podejrzewali, że chce ją politycznie wykorzystać. Lech Kaczyński osiągnął zamierzony efekt – o spotkaniu w Belwederze było bardzo głośno. Ale jeśli ktoś potrzebował potwierdzenia, że to PiS i Kaczyński rozpętali tę wojnę, to w ten sposób je uzyskał. Teraz politycy PO mogą powtarzać: „Wiemy, że Chlebowski i Drzewiecki zachowali się głupio. Tak nie można. Ale zobaczcie, że ujawnienie tej historii to była polityczna akcja PiS. Najpierw kontrolowany wyciek stenogramów, potem zaprzyjaźniony z szefem CBA prezydent organizuje naradę, a kolejne dni obfitują w zapewne przygotowane wcześniej ostre wypowiedzi polityków PiS. Na dodatek z CBA wycieka kolejna sprawa, kilka dni później kolejne...”. Po spotkaniu u prezydenta Donald Tusk mógł z przejęciem ogłosić, że to PiS z CBA zorganizowały frontalny atak na jego partię. A skoro PO została napadnięta, to oznacza, że premier musi przegrupować siły i formować nowe oddziały. Dzięki temu opinia publiczna skupia się już na nowym starciu, a nie na tym, jakie były motywy działania Chlebowskiego i Drzewieckiego. [srodtytul]Kolejna awantura[/srodtytul] Co robi w odpowiedzi PiS? Prezes Jarosław Kaczyński ogłasza autorytatywnie – choć nie ma na to żadnych dowodów – że w centrum afery jest Donald Tusk. Tym gołosłownym stwierdzeniem potwierdza tezę premiera o politycznym spisku przeciw Platformie. Wyborcy niechętni PiS utwierdzają się w swoich poglądach. Ci, którzy gotowi byliby przestać popierać partię Tuska, zaczynają się zastanawiać. No tak – to nie wygląda na żadną aferę, ale na kolejną jakże brutalną i pisowską okropną awanturę. Właściwie trudno się dziwić, że premier musi się pozbyć tego Mariusza Kamińskiego... W mediach pojawiają się kolejne dokumenty przygotowane przez CBA. Być może Kamiński i jego ludzie obawiają się, że nowe kierownictwo ich służby będzie chciało zatuszować wiele grzeszków PO, więc chcą przed odejściem ujawnić, ile tylko się da. Tyle tylko, że takie działania nie dodają Centralnemu Biuru Antykorupcyjnemu wiarygodności. Wręcz odwrotnie, stają się doskonałym argumentem na rzecz tezy, że – jak mówił Donald Tusk – cała sprawa była politycznym atakiem na Platformę. To, co działo się wokół afery hazardowej, pokazuje, że Prawo i Sprawiedliwość nie odrobiło lekcji z przeszłości i nie wyciągnęło żadnych wniosków z wyborczej porażki sprzed dwóch lat. Dlatego trudno uwierzyć, aby PiS zyskał wiele na obecnym kryzysie. Platforma dalej jest silna słabością swoich konkurentów. [srodtytul]Rozbici i niewiarygodni[/srodtytul] Kompletnej nieporadności PiS towarzyszy całkowite rozbicie SLD. Wewnętrzne spory na lewicy i słabość jej liderów powodują, że trudno podejrzewać, aby to nagle Sojusz Lewicy stał się beneficjantem obecnego kryzysu. Nie zyska także PSL – z natury rzeczy strukturalnie jest ograniczone do swego kilkuprocentowego elektoratu. Trudno wyobrazić sobie, że alternatywą dla PO mogłoby się dziś stać Stronnictwo Demokratyczne Andrzeja Olechowskiego i Pawła Piskorskiego – między innymi dlatego, że ten ostatni nie stanie się wiarygodnym komentatorem afery hazardowej. Można więc się spodziewać, że choćby nawet wybuchło jeszcze pięć następnych afer wokół rządu Donalda Tuska, to układ polityczny pozostanie mniej więcej w podobnym stanie, w jakim jest dzisiaj. Platforma jest lekko osłabiona, ale nic nie wskazuje na to, by mogła ponieść spektakularną porażkę. Jej konkurenci – popełniając kardynalne błędy i nie mając politycznego pomysłu – zgodnie pracują na to, by partia Tuska uniknęła losu Akcji Wyborczej „Solidarność” z 2001 roku czy Sojuszu Lewicy Demokratycznej z 2005.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL