Film

Dorosnąć do wolności

„Mniejsze zło"
materiały prasowe
Janusz Morgenstern wie, że łatwiej zmienić ustrój niż mentalność
Polskie kino coraz śmielej rozlicza się z najnowszą historią. Twórcy, zwłaszcza młodszej generacji, pokazują przeszłość bez patosu, wystrzegając się jednoznacznych ocen. W ten nurt wpisuje się też nestor polskiej kinematografii Janusz Morgenstern.
„Mniejsze zło" powstało na motywach powieści Janusza Andermana „Cały czas". Jest koniec lat 70., w Polsce narasta fala społecznego niezadowolenia. Potem przychodzi sierpień 80, stan wojenny. Morgenstern opowiada historię łobuza o delikatnej twarzy Lesława Żurka. Studenta z pisarskimi aspiracjami, który debiutuje jako poeta i prze do kariery, kradnąc innym teksty. Nie ma żadnych zasad, wykorzystuje kobiety. Ale staje się modny. A sygnując przez przypadek list w sprawie zniesienia cenzury, wpisuje się w kręgi dysydencko-solidarnościowe.
Film Morgensterna jest odważny. Dziś coraz łatwiej jest pokazywać różne oblicza stalinizmu, ubecji, donosicielstwa. „Mniejsze zło" dotyka jednak czasu, który przyniósł nam wolność i legendy „Solidarności". 87-letni artysta przypomina, że każdy wielki ruch wynosi do góry nie tylko herosów, lecz również śmiecie. Pokazuje moralny upadek, ale przecież szuka też nadziei: kreśli sylwetkę skromnego, granego przez Borysa Szyca dysydenta, który pozostaje wierny sobie, nie odcinając kuponów od swojej działalności. Głównemu bohaterowi też każe w filmie, inaczej niż Anderman w powieści, przeżyć szok i wydostać się ze świata kłamstw. „Mniejsze zło" nie jest jednak tylko opowieścią o dorastaniu do wolności. Atutem tego filmu jest tło. Janusz Morgenstern portretuje polskie społeczeństwo u progu transformacji. Pokazuje ludzi skażonych mentalnością socjalizmu. Kraj, w którym wszyscy przyzwyczajeni są do „załatwiania". „Mogłem ci załatwić handel zagraniczny, potem jakąś placówkę" – mówi ojciec, zdeprymowany, że syn chce być poetą. Szef organizacji partyjnej mógłby „pomóc" w uzyskaniu urlopu dziekańskiego. Oczywiście za pewną cenę: „Potrzebni nam są ludzie zaangażowani" – rzuca. Jego sekretarka załatwia bohaterowi lewe wariackie papiery, które chronią przed wojskiem. W obrzydliwej rozmowie ubek proponuje: „Jesteśmy w stanie sprawić, by pana książka trafiła na szybką ścieżkę wydawniczą". Wchodząca w nowy okres dziejowy Polska to także kraj oportunistów. „Zawsze wierzyłem, że trzeba wybierać mniejsze zło. Bo dobra jakoś nie widać, a zła od jasnej cholery" – mówi ojciec głównego bohatera, partyjny dyrektor dużego przedsiębiorstwa, który czując nowy powiew, założył w swoim zakładzie „Solidarność". Jak było trzeba, stawiał na biurku zdjęcie Stalina, a teraz portret Lenina zastępuje wizerunkiem papieża. Jego zahukana żona buntuje się, ale tak naprawdę też należy do tamtego odchodzącego świata. Jednak to właśnie oni stają się najbardziej pełnokrwistymi i wyrazistymi postaciami filmu. Także dzięki znakomitym kreacjom Janusza Gajosa i Anny Romantowskiej. Morgenstern przypomina, że łatwiej zmienić ustrój niż mentalność. I że dopiero nowe pokolenia, nieskażone dawnym myśleniem, naprawdę dorosną do wolności. Wyszłam z „Mniejszego zła" chora i obolała. Ten film, mimo końcowego katharsis, wytrąca z samozadowolenia. Ale czy nie taka jest funkcja sztuki?                                                  
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL