Publicystyka

UE, czyli Uprowadzenie Europy

Marek Magierowski
Fotorzepa, Ryszard Waniek Rys Ryszard Waniek
Czym jest demokracja – mniej więcej wiemy. Czym jest "demokracja unijna", tego właśnie się dowiadujemy – pisze publicysta "Rzeczpospolitej"
[b][link=http://blog.rp.pl/magierowski/2009/10/18/ue-czyli-uprowadzenie-europy/" "target=_blank]Skomentuj[/link][/b]
W demokracji parlamentarnej każdy obywatel, który oddał głos na partię lewicową, liczy na to, że jego ulubione ugrupowanie zwycięży w wyborach i utworzy nowy rząd. Premier będzie z lewicy, minister spraw zagranicznych będzie z lewicy, szef MSW także. Każdy obywatel, który zagłosował na partię prawicową, również liczy na to, że wsparta przez niego formacja wygra wybory i utworzy nowy, prawicowy rząd. Premier będzie z prawicy, szef dyplomacji również, minister gospodarki, kultury, zdrowia...
Zdarzają się oczywiście rządy mniejszościowe, rozmaite konstelacje, czasami tekę premiera czy ważnego resortu dostaje mniejszy koalicjant. Z grubsza wiadomo jednak, jakie są reguły gry, zasady tworzenia gabinetów, nominacji. Polityczne rozgrywki mogą być skomplikowane, ale rachuby są zazwyczaj proste. Przykład pierwszy z brzegu: po ogłoszeniu wyników wyborów do Bundestagu nikt nie miał wątpliwości, kto sformuje rząd i kto zostanie następnym kanclerzem Niemiec (czy raczej pozostanie na tym fotelu). Tymczasem w Unii Europejskiej… Cóż, w Unii Europejskiej panują nieco inne porządki. [srodtytul]Prezydent… Kto? [/srodtytul] W niedawnych wyborach do europarlamentu zdecydowane zwycięstwo odniosła Europejska Partia Ludowa. Przypadło jej – zgodnie z zasadami demokracji – stanowisko przewodniczącego. Jednak za niecałe dwa i pół roku Jerzy Buzek odda je niemieckiemu socjaliście Martinowi Schulzowi, którego ugrupowanie zebrało w czerwcu bolesne cięgi. Może się więc okazać – i jest to perspektywa całkiem prawdopodobna – że w 2012 r., gdy wejdzie już w życie traktat lizboński, pierwsze skrzypce w UE będą grali: laburzysta Tony Blair albo socjalista Felipe Gonzalez jako przewodniczący Rady Europejskiej (potocznie zwany prezydentem UE) oraz socjalista Martin Schulz jako przewodniczący europarlamentu. Blair, Gonzalez i Schulz to niewątpliwie politycy doświadczeni i kompetentni. Problem w tym, że za trzy lata w większości państw Europy – i jest to również całkiem realna perspektywa – mogą rządzić partie prawicowe i centroprawicowe. W najważniejszych państwach Unii: Niemczech, we Francji, Włoszech, w Wielkiej Brytanii (po zwycięstwie torysów w maju przyszłego roku), Hiszpanii (po możliwej klęsce premiera Zapatero), a także w Polsce i w Czechach będą u władzy ludzie, którzy z lewicą mają niewiele albo zgoła nic wspólnego. Dojdzie wtedy do paradoksu: 60 proc. mieszkańców Starego Kontynentu odda swój głos w wyborach krajowych na kandydatów prawicy, a i tak rządy sprawować będzie kilku – nieodwoływalnych – polityków lewicy. Elementarna uczciwość nakazuje dodać, że odwrotna konfiguracja także powinna budzić wątpliwości. Oczywiście prezydentem Unii może zostać ktoś inny, np. Jean-Claude Juncker, chadecki premier Luksemburga (od 14 lat), także należący do grona ścisłych faworytów w tym wyścigu. Wówczas głową Unii Europejskiej będzie polityk wprawdzie formalnie centroprawicowy, lecz znany jedynie Luksemburczykom, brukselskim elitom oraz garstce europejskich dziennikarzy. Byłby zapewne pierwszym w historii prezydentem, którego nazwiska 99 proc. podległych mu obywateli nie jest w stanie wymienić. Przewodniczący Rady Europejskiej miał zostać wyznaczony w ostatnich dniach października podczas szczytu w Brukseli – w toku negocjacji między przywódcami państw członków UE. Ceremonię popsuł jednak Vaclav Klaus, który dotąd nie podpisał traktatu lizbońskiego. Prezydenta Unii poznamy więc zapewne z poślizgiem. [srodtytul]Barroso i wszystko jasne [/srodtytul] Procedura wyboru na to stanowisko nie jest jasna. Nie wiadomo nawet, jakie prerogatywy staną się udziałem przewodniczącego Rady. Gdy paryski dziennik "Le Figaro" spytał Nicolasa Sarkozy'ego, czy dobrym kandydatem byłby Tony Blair, francuski przywódca odparł: "Jest za wcześnie, by o tym mówić. Odbędzie się na ten temat dyskusja. Są dwie koncepcje: unijny prezydent będzie silnym i charyzmatycznym liderem albo jedynie politykiem organizującym pracę Unii i pomagającym w osiągnięciu porozumienia". O "jasności" sytuacji najlepiej świadczą dwie deklaracje Jose Manuela Barroso sprzed niespełna dwóch tygodni. 7 października zapowiedział na forum Parlamentu Europejskiego, że "Komisja Europejska nigdy nie zaakceptuje pomysłu, by przewodniczący Rady Europejskiej stał się automatycznie prezydentem Europy", i zasugerował, iż jego uprawnienia powinny zostać ograniczone. Dwa dni później ten sam Barroso stwierdził, że "przyszły przewodniczący Rady Europejskiej musi twardo stawiać czoła rządom narodowym, które chciałyby realizować w ramach Unii własne interesy". "Wszystko wyjdzie w praniu" – mówią unijni liderzy. "To się jakoś utrze, wiele zależy od osobowości prezydenta" – powtarzają. Niełatwo zapewne znaleźć na świecie kraj, który określa konstytucyjną rolę głowy państwa w zależności od charakteru danego polityka. Jest za to kilka krajów, w których charakter przywódcy decyduje o ramach prawnych jego działalności. Na przykład Zimbabwe. Decyzje w sprawie nominatów mają być efektem osławionego konsensusu, czyli najwyższej formy unijnej demokracji. Nazwisko prezydenta zostanie prawdopodobnie ogłoszone na konferencji prasowej po jednym ze szczytów UE. Trzeba przyznać, że Władimir Putin, namaszczając na swojego następcę Dmitrija Miedwiediewa, był nieco bardziej finezyjny. [srodtytul]Milowy krok [/srodtytul] Kuluarowe rozmowy w sprawie obsady najważniejszych posad w nowej, "lizbońskiej" strukturze władzy będą całkowicie poza kontrolą wyborców. Nie będzie transmisji telewizyjnych ani stenogramów. Co gorsza, nie będzie też zapewne dociekliwych pytań dziennikarzy, bo przecież "Unia musi iść do przodu". Ciekawe, jak wyglądałoby porównanie zakulisowych rokowań Angeli Merkel i Nicolasa Sarkozy'ego ze słynnymi targami w hotelu sejmowym przy Wiejskiej między Renatą Beger a Adamem Lipińskim. Targami nazwanymi przez jedną z polskich gazet "ciemną operacją, jakby żywcem wziętą ze świata gangsterów (…) niesłychanym obrazem korupcji politycznej (…) pokazem obrzydliwego cynizmu". Przed drugim referendum w Irlandii wielu komentatorów ubolewało nad faktem, że los pół miliarda Europejczyków pozostawiono w rękach zaledwie 3 milionów mieszkańców Zielonej Wyspy. Gdyby jednak nie dano im tej możliwości, o przyszłości Europy decydowałoby… niecałe 10 tysięcy parlamentarzystów z krajów członkowskich Unii. Kolejnym, milowym krokiem na drodze do "zwiększenia udziału obywateli w życiu Unii" będzie wskazanie przewodniczącego Rady Europejskiej przez 27 prezydentów i szefów rządów, a tak naprawdę przez kilku, kilkunastu najważniejszych polityków UE. Są powiedzonka, które wydają się wyświechtane, a jednak nie sposób oprzeć się ich czarowi. Czym się różni demokracja od "demokracji unijnej?" Tym samym, czym różni się krzesło od krzesła elektrycznego.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL