Piłka nożna

Ruszyć ludzi z betonu

Jakub Błaszczykowski (niższy) i Jarosław Bieniuk (wyższy) po ostatnim meczu w Chorzowie
Fotorzepa, Piotr Nowak PN Piotr Nowak
Klęska piłkarzy i fatalny wizerunek PZPN to jest dno, od którego teraz trzeba się odbić
Euforia po losowaniu grup eliminacyjnych po roku rozgrywek zamieniła się w upokorzenie. Droga przez mękę polskich piłkarzy wiodła peryferiami wielkiego futbolu, przez miejsca takie jak Tehelne Pole, Windsor Park czy Ljudski Vrt.
Polaków, którzy po zakwalifikowaniu się do trzech z czterech wielkich imprez ostatnich lat obrośli w piórka, na ziemię sprowadzili przeciętni rywale. Czesi przeżywają największy kryzys od lat, ale i tak znaleźli się w tabeli przed naszą reprezentacją. Podobnie jak 64. w rankingu Słowacja, 77. Słowenia i 32. Irlandia Północna. Po każdym meczu wyjazdowym polscy kibice spuszczali głowy coraz niżej.
[srodtytul]Niezły początek[/srodtytul] W trzech pierwszych spotkaniach drużyna prowadzona przez Leo Beenhakkera wywalczyła siedem z 11 punktów, które udało się zdobyć w całych eliminacjach. Zaczęło się od remisu ze Słowenią, gdy rozczarowany mistrzostwami Europy trener postawił na czterech zawodników, którzy nie zagrali na Euro nawet minuty. Zobaczył, że nie są lepsi od tych, którzy zawiedli, i wrócił do wydawało się wypalonej koncepcji. Polacy wygrali jednak z San Marino i Czechami, droga do mundialu wydawała się łatwa i prosta, ale zakręt pojawił się bardzo szybko, a za nim był już tylko długi zjazd w dół. [srodtytul]Łzy Boruca[/srodtytul] Porażka w Bratysławie, kiedy Artur Boruc popełnił dwa błędy w końcówce wygranego już meczu, zaczęła serię. Boruc był jednym z ulubieńców Beenhakkera, kiedy Holender żegnał się z drużyną, bramkarz Celticu jako jedyny płakał. Miał powody, bo razem z kilkoma innymi doświadczonymi piłkarzami powinien udźwignąć ciężar eliminacji. Niestety, w następnym meczu przyszło najgorsze. W Belfaście z Irlandią Północną piłka po podaniu Michała Żewłakowa przeskoczyła nad jego nogą, a trener powiedział, że był to najgorszy mecz, jaki widział w ostatnich dziesięciu latach. Mylił się, taki był dopiero przed nim. Nie wydaje się, by Beenhakker stracił kontakt z drużyną jeszcze na Euro, dopiero później piłkarze sprawdzali, jak daleko jest ściana, próbując wprowadzać do kadry zwyczaje panujące u wcześniejszych selekcjonerów. Beenhakker albo był ślepy, albo nie chciał widzieć, albo po prostu wierzyć, że tak mogą się zachowywać profesjonaliści. W jesiennym dwumeczu, który trzeba było wygrać, by liczyć się w walce o mundial, reprezentacja zdobyła jeden punkt po remisie na własnym boisku z Irlandią Północną. Mecz ze Słowenią w Mariborze oddany został bez walki, piłkarze nie chcieli umierać za trenera, on sam zresztą wydawał się zmęczony tą drużyną. [wyimek]5 punktów zdobyli Polacy w eliminacjach, nie licząc spotkań z San Marino [/wyimek] Reprezentację objął Stefan Majewski – członek zarządu PZPN. Dziennikarze skreślili go, jeszcze zanim przegrał dwa ostatnie mecze eliminacji: 0:2 z Czechami i 0:1 ze Słowacją. Na własnym boisku, ale przy cichych i pustych trybunach. Od PZPN odwracają się wszyscy, kibice piszą listy do UEFA i FIFA, prosząc o interwencję, zapowiada się kolejna wojna futbolowa, w której przegrany na samym początku leży już na łopatkach. Tyle że to tylko nokaut wizerunkowy, bez wpływu na kolej rzeczy, bo posady w PZPN są z betonu i działacze zapewne przetrwają kolejne zawieruchy. Majewskiemu w dwóch meczach zabrakło szczęścia, ale oba były lepsze od ostatniego spotkania pod wodzą Beenhakkera. Kibiców trudno jednak przekonać, że porażki z Czechami i Słowacją są krokiem w dobrą stronę, Majewskiego w samym PZPN popiera podobno jedynie Antoni Piechniczek. Najgorsze, że działaczom zależy nie tylko na tym, by selekcjonerem na najbliższe lata był Polak, ale by był to Polak łatwy do sterowania, a Franciszek Smuda zawsze ma swoje zdanie i bardzo się denerwuje, gdy ktoś próbuje w jego decyzje ingerować. [srodtytul]Potrzeba stratega[/srodtytul] Beenhakker czasami chciał udowadniać, że zawsze ma rację, Majewski poszedł w tę samą stronę, tyle że stawiając na innych zawodników z przekory i z chęci przypodobania się pracodawcom. Sami piłkarze mówią, że teraz potrzeba genialnego stratega, który będzie wiedział, jak w dwa i pół roku zbudować drużynę, by nie zawiodła na mistrzostwach Europy. Cała nadzieja w tym, że sponsorzy zareagują ostro, już zresztą zaczęli. Oni mają interes, by fatalny wizerunek PZPN nie doprowadził do tego, że na reprezentacji trudniej będzie zarobić. Powinni wytłumaczyć Grzegorzowi Lacie, że związek stać na zatrudnienie fachowca lepszego niż Beenhakker, bo to będzie się opłacać wszystkim. Lato nie rządzi sam, ale jeśli uda się go przekonać, zacznie przekonywać resztę. Moda na biało-czerwonych wróci tylko wtedy, gdy zatrudniony zostanie trener z wielkim kredytem zaufania – piłkarzy, kibiców i mediów. PZPN nie musi pomagać, wystarczyłoby, żeby nie szkodził. masz pytanie, wyślij e-mail do autora [mail=m.kolodziejczyk@rp.pl]m.kolodziejczyk@rp.pl[/mail]
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL