Sylwetki

Prezes w kratę

Za rządów Angeli Ahrendts przychody Burberry skoczyły o 40, a zyski o 30 proc. Liczba sklepów niemal się podwoiła
AFP
Angela Ahrendts. Kieruje luksusową brytyjską marką Burberry, która ostatnio zaczyna poprawiać wyniki
Pani prezes ma 49 lat, jest mężatką z trójką dzieci. Dopiero dzięki posadzie w Burberry stała się znana na całym świecie – regularnie trafia na listy najbardziej wpływowych kobiet biznesu magazynów „Forbes” czy „Fortune”.
Gdy zaczynała kierować Burberry w czerwcu 2006 r., rozlegały się pytania, dlaczego marką o 150-letniej tradycji musi kierować Amerykanka. Nie tylko w W. Brytanii Burberry to prawdziwy symbol. Zwłaszcza płaszcze, które dziś kosztują minimum 800 euro, a w czasie I wojny światowej zostały zaprojektowane dla brytyjskiego wojska. Kryzys dosięgnął jednak i tej marki, choć ogłoszony wczoraj raport napawa optymizmem. W II kwartale przychody wyniosły 343 mln funtów, o 5 proc. więcej niż rok temu, a od początku roku wzrosły o 6 proc. do 572 mln.
Angela Ahrendts wychowywała się w New Palestine w stanie Indiana jako trzecia z szóstki rodzeństwa. Jako córka byłej modelki dorastała w otoczeniu kolorowych magazynów, projektując pierwsze kolekcje dla swoich lalek. W 1981 r. skończyła marketing na Ball State University. Dzień po odebraniu dyplomu przeniosła się do Nowego Jorku. O jej pierwszych doświadczeniach zawodowych wiele nie wiadomo – tylko tyle, że zaczynała w branży handlowej. Kariera nabrała rozpędu, gdy w latach 80. zaczęła pracę w renomowanej firmie Donna Karan. – Tam nauczyłam się właściwie wszystkiego – wspominała. – Potrafi na kolekcję patrzeć zarówno jako artystka, jak i bizneswoman, co w tym biznesie jest cechą idealną – mówiła o niej Donna Karan. Ahrendts konsekwentnie awansowała i 1989 r. została prezesem. Po kilku latach jednak odeszła. W latach 1996 – 1998 pracowała w firmie Henri Bendel, znanej głównie z produkcji torebek i biżuterii. Ruch był zastanawiający – nie dość, że przeszła na stanowisko wiceprezesa, to jeszcze do o wiele mniej znanej firmy. Ale nigdy później o tym nie mówiła. Zaraz potem przeszła do już dużej korporacji Liz Claiborne, gdzie została wiceprezesem. Rozwinęła portfolio marek z dziesięciu do ponad 40, a szczególnie dumna jest ze stworzonej przez siebie Juicy Couture, wartej już ok. 500 mln dol. – Praca z nią była niesłychanie stresująca, ale ona sama zachowywała się bardzo w porządku – wspominał Glenn McMahon, który pracował z nią dla Donny Karan i w Liz Claiborne. W 2006 r. dostała propozycję z Burberry – miała zastąpić legendarną Rose Marie Bravo. Zgodziła się, choć wiązało się to z przeprowadzką do Londynu. Nie bez znaczenia były pieniądze – pensja podstawowa 1,3 mln dol. i wiele dodatków, np. 25 tys. dol. na odzież. Zaczęła od likwidacji części asortymentu i postawiła na agresywną ekspansję.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL