Jak zarządzać wydatkami

Kredyty walutowe to niepotrzebne ryzyko

Pieniądze - euro
www.sxc.hu
Pożyczka we frankach lub euro może być tańsza od złotowej, ale równocześnie jest od niej bardziej ryzykowna. Takie ryzyko warto niekiedy podjąć, byle świadomie. Najpierw trzeba zdać sobie sprawę z tego, co tak naprawdę zyskujemy i ile możemy stracić, gdy złoty się osłabi lub zmienią się stopy procentowe
Wybierając kredyt walutowy zamiast złotowego, zyskujemy przede wszystkim niższe oprocentowanie. Jego wpływ na łączną cenę kredytu jest tym większy, im bardziej w ratach ważą odsetki, a mniej – kapitał. Pokusa, by zaoszczędzić, będzie więc najsilniejsza w przypadku zobowiązań zaciąganych na wiele lat, a więc przede wszystkim kredytów hipotecznych. Zadłużanie się w obcej walucie na dwa czy trzy lata ma sens tylko wtedy, gdy w tej samej walucie zarabiamy. W przeciwnym razie jest to podejmowanie niepotrzebnego ryzyka. Na odsetkach oszczędzi się niewiele, a nagły skok kursu waluty może się okazać bardzo kosztowny.
[srodtytul]Niższa cena pieniądza, znacznie wyższa marża[/srodtytul] Gdy kredyty walutowe dopiero podbijały polski rynek, można było dzięki nim osiągnąć gigantyczną oszczędność. Wcale nie tak dawno, bo mniej niż dziesięć lat temu, cena kredytów hipotecznych w złotych przekraczała 20 procent w skali roku. Zadłużenie się w obcej walucie było więc jedynym sposobem, by uzyskać kredyt w rozsądnej cenie. Obecnie stopy procentowe w całej Europie są wyjątkowo niskie. Wybór między kredytem złotowym i walutowym jest więc wyborem pomiędzy dwoma produktami, których warunki są akceptowalne. Jednak dalej kredyty walutowe kuszą niższymi ratami.
Gdyby o koszcie kredytu decydowała tylko cena pieniądza na rynku, pożyczanie w obcych walutach powinno być niemal darmowe. Tak nie jest, bo do stawek obowiązujących na rynku międzybankowym kredytodawcy doliczają swoje marże. Dla kredytów w złotych są one zdecydowanie najniższe, dla kredytów we frankach szwajcarskich – zaporowe, zaś dla kredytów w euro – wysokie. W efekcie różnice w cenie kredytów złotowych i walutowych nie są aż tak wielkie. [wyimek]40 proc. - o tyle wzrosły raty kredytów we frankach szwajcarskich zaciągniętych w zeszłe wakacje[/wyimek] Według wyliczeń serwisu Comperia.pl osoba kupująca nieruchomość wartą 250 tys. zł i pożyczająca na tę inwestycję 200 tys. zł na 30 lat będzie co miesiąc oddawała bankowi przynajmniej 928 zł, jeśli zdecyduje się na kredyt w euro (oferta DnB Nord) i przynajmniej 1141 zł, jeśli zaciągnie kredyt w złotych (takie warunki proponuje BZ WBK). To najniższe stawki znalezione przez porównywarkę. Warto jednak zauważyć, że oferta BZ WBK jest wyraźnie tańsza od innych kredytów w złotych, natomiast w kilku bankach można zaciągnąć kredyt w euro na warunkach niewiele gorszych niż w najtańszym DnB Nord. Różnica między typowymi kredytami w euro i w złotych będzie więc wyraźniejsza niż różnica pomiędzy produktami najtańszymi. [srodtytul]Stopy procentowe stale się zmieniają[/srodtytul] Porównując oprocentowania kredytów w różnych walutach i wynikającą z niego wysokość miesięcznej raty, trzeba pamiętać o ryzyku stopy procentowej, które występuje przy każdym kredycie ze zmiennym oprocentowaniem – nie tylko walutowym, ale także złotowym. Oprocentowanie kredytu hipotecznego jest zwykle wyrażone jako cena pieniądza na rynku powiększona o marżę banku. Marża jest ustalona w całym okresie kredytowania i wpisana do umowy, natomiast cena pieniądza stale się zmienia. W dodatku kredytobiorca powinien liczyć się z tym, że będą to zmiany działające na niekorzyść. Przy rekordowo tanim pieniądzu, jaki mamy teraz, na dalsze obniżki stóp procentowych miejsca już nie ma, natomiast wzrost jest bardzo realny. Przy zaciąganiu kredytu hipotecznego ryzyka stopy procentowej nie da się wyeliminować. Żaden bank nie weźmie go na siebie i nie pożyczy pieniędzy na 20 czy 30 lat na stały procent. Przed laty można było zaciągnąć kredyt z ustaloną stopą procentową przez pierwsze trzy lata lub przez pierwsze pięć lat spłaty, teraz na rynku nie ma nawet takich ofert. Niższe oprocentowanie oznacza niższą ratę, jednak część tej oszczędności zjada spread, czyli różnica pomiędzy kursem kupna i kursem sprzedaży waluty, w której rozliczany jest kredyt. Przez to cena kredytu rośnie o około 5 procent. Dotyczy to nie tylko części odsetkowej, ale całej raty – a więc i części odsetkowej, i kapitałowej. Ten koszt ponosimy zawsze, niezależnie od tego, czy raty spłacamy w złotych, które następnie bank przelicza na franki lub euro, czy bezpośrednio walutą kupioną w kantorze. Dzięki wizycie w kantorze można go tylko nieco ograniczyć. [srodtytul]Bankowe widełki wreszcie pod kontrolą[/srodtytul] Zabawa spreadami jeszcze do niedawna nie miała niemal żadnych reguł. Niektóre banki traktowały to jako bonusowy zarobek, wyłączony spod jakiejkolwiek kontroli – kursy były ustalane zupełnie dowolnie, a kredytobiorców nikt nawet nie informował o zasadach, które są przy tym stosowane. Teraz banki mają już narzucone pewne ograniczenia. Po pierwsze, rekomendacja Komisji Nadzoru Finansowego nakazuje im prowadzenie przejrzystej polityki informacyjnej. Po drugie, od niedawna są zobowiązane, by umożliwić kredytobiorcy spłatę kredytu bezpośrednio w walucie. Muszą się więc liczyć z tym, że jeśli przesadzą z rozwieraniem widełek kursowych, klienci zaczną korzystać z tej furtki. Po trzecie, wysokości spreadów i zasadom ich stosowania przez banki przygląda się Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów. Wszystko to powinno utrzymywać spready pod kontrolą. [srodtytul]Prognoz na 30 lat nikt nie stawia[/srodtytul] Ogromny, ale też trudny do przewidzenia wpływ na kurs kredytu ma kurs waluty, w której klient się zadłuży. Tu można zarówno zyskać, jak i stracić bardzo wiele, w zależności od tego, jak rynek będzie wyceniał franki czy euro w momencie spłaty kolejnych rat. Przy kalkulacji potencjalnych strat lub zysków kluczowy jest oczywiście punkt wyjścia, czyli kurs, przy jakim została podpisana umowa kredytowa. Im słabszy był wtedy złoty, tym lepiej, bo tym mniej jednostek obcej waluty trzeba było pożyczyć od banku, by otrzymać potrzebną sumę w złotych. Dlatego osoby, które zadłużyły się, gdy frank szwacjarski był wart około 2 złotych, dziś płacą raty około 40 proc. wyższe niż te, których spodziewali się w momencie podpisywania umowy. Idealnym momentem do zadłużania się w walutach za to było apogeum kryzysu, gdy wartość franka przekroczyła 3 złote, zaś wartość euro zbliżyła się do 5 złotych. Tyle tylko, że banki dramatycznie ograniczyły wtedy akcję kredytową, a w nielicznych umowach kredytowych, które wtedy podpisywały, zastrzegały sobie bardzo wysoką marżę ponad koszt pieniądza na rynku. Przewidywanie, jak zachowa się kurs waluty w przyszłości, jest bardzo trudnym zajęciem, nawet gdy mówimy o prognozie krótkoterminowej. Coś takiego, jak prognozy 30-letnie, w zasadzie nie istnieje. Jednak nie wszystkim zadłużonym w walutach potrzebne są tak długie prognozy. Doświadczenia z bardziej dojrzałych rynków pokazują, że przed upływem dziesięciu lat kredyty hipoteczne zwykle są albo refinansowane, albo spłacane. Natomiast ci, którzy zamiast franka szwajcarskiego wybrali euro, z ryzykiem kursowym zapewne będą się zmagać jeszcze krócej. Zniknie ono całkiem, gdy Polsce uda się przyjąć wspólną europejską walutę. Większość analityków twierdzi, że euro powinno być wtedy tańsze niż obecnie – a to oznaczałoby, że kredytobiorcy zaoszczędzą. [srodtytul]Kredyt walutowy z prywatnym funduszem[/srodtytul] Zadłużenie się w walucie może się opłacać, jednak trzeba zdawać sobie sprawę z podejmowanego ryzyka. Można też to ryzyko nieco ograniczyć, tworząc sobie poduszkę finansową na wypadek osłabienia złotego lub wzrostu oprocentowania kredytów walutowych. Wymaga to jedynie nieco konsekwencji niezbędnej, by co miesiąc odkładać kwotę, którą oszczędzamy, płacąc niższą ratę kredytu walutowego zamiast wyższej raty kredytu w złotych. Dobrym sposobem na ich odkładanie jest otwarcie rachunku oszczędnościowego z wysokim oprocentowaniem lub planu systematycznego oszczędzania w funduszu rynku pieniężnego. Gdyby w wyniku zmian na rynku walutowym rata kredytu w euro czy frankach podskoczyła powyżej raty kredytu złotowego, będzie z czego sfinansować tę nadwyżkę. Gdyby natomiast waluty zachowywały się w sposób pożądany przez kredytobiorcę, a raty kredytu cały czas były umiarkowane, odłożoną kwotę można wykorzystać, by zobowiązanie wobec banku spłacić w całości przed terminem. [ramka][srodtytul]Opinia: Filip Świtała, starszy specjalista w Departamencie Nadzoru Sektora Bankowego KNF[/srodtytul] Kredyty walutowe na zakup mieszkania cieszyły się do niedawna sporą popularnością na polskim rynku. Niskie, konkurencyjne wobec złotowych oprocentowanie, naliczane według stawki LIBOR, decydowało o wyborze waluty kredytu, który wiąże klienta z bankiem na kilkadziesiąt lat. Zwykle kredytobiorcy nie doceniają jednak drugiego czynnika ryzyka, wynikającego ze zmiany kursu walutowego. Świadczą o tym sygnały napływające od zaniepokojonych klientów pod koniec ubiegłego roku i w pierwszej połowie obecnego. Wzrost rat mocno uderzył ich po kieszeni, czego w ogóle się nie spodziewali. Znaczące osłabienie się złotego w stosunku do walut obcych, m.in. franka szwajcarskiego, doprowadziło do zwiększenia rat kredytowych, co mocno obciążyło budżety zadłużonych gospodarstw domowych. Utrzymywanie się przez dłuższy czas takiej tendencji na rynku walutowym sprawia, że część klientów zaczyna mieć problemy z terminowym regulowaniem zobowiązań. Okazuje się, że zaciągając kredyt, klienci zlekceważyli ryzyko wystąpienia takich zmian i nie zapewnili sobie odpowiedniego zabezpieczenia w postaci oszczędności. W odróżnieniu od klienta bank, będąc profesjonalnym uczestnikiem rynku, doskonale zdaje sobie sprawę z istnienia ryzyka walutowego. Regulacje ograniczające możliwość udzielania przez bank kredytów walutowych osobom, które nie mają dochodów w danej walucie, mają zapobiegać podejmowaniu nadmiernego ryzyka. Chodzi tu także o zrównoważenie naturalnie słabszej pozycji klienta wobec instytucji finansowej i stworzenie mechanizmów ochronnych dla kredytobiorców. Na przykład zgodnie z zaleceniami nadzoru bank powinien najpierw zaproponować klientowi kredyt w złotych. Natomiast przy rozpatrywaniu wniosku o udzielenie kredytu walutowego musi wyliczyć zdolność kredytową klienta przy założeniu, że wartość zobowiązania będzie o 20 proc. wyższa. Nie są to nadmiernie restrykcyjne regulacje (są kraje, w których udzielanie kredytów walutowych jest zakazane). Pozostawiają dużą swobodę bankom i ich klientom. Warto zawsze pamiętać, że wybór kredytu w złotych, a ściślej – w walucie, w której otrzymujemy dochody, mimo wyższych rat pozwala lepiej zaplanować domowy budżet na dłuższy czas, ponieważ eliminuje ryzyko kursowe.[/ramka] [ramka][srodtytul]Marża bywa ważniejsza niż koszt pieniądza[/srodtytul] - Cena franków szwajcarskich na rynku międzybankowym to 0,1 – 0,7 proc. rocznie w zależności od okresu pożyczki. Natomiast oprocentowanie promocyjnych kredytów hipotecznych w tej walucie to 4-5 proc. Kredyty ze zwykłej oferty kosztują 6 – 9 proc. - Za euro banki płacą nieco więcej, bo od 0,4 do 1,2 proc. Tej różnicy nie widać jednak w cennikach dla osób zadłużających się na zakup nieruchomości. Najtańszy kredyt w tej walucie kosztuje mniej niż 4 proc., natomiast na rynku można znaleźć kilkanaście ofert, w których oprocentowanie nie przekracza 5,5 proc. Dlatego kredyty w euro stopniowo wypierają te we frankach. - Złoty kosztuje na rynku międzybankowym zdecydowanie więcej. Wartość wskaźnika WIBOR 3M to obecnie 4,19 proc., WIBOR 6M – 4,34 proc., zaś WIBOR 12M – 4,49 proc. Równocześnie przy sprzedaży kredytów hipotecznych w złotych banki zadowalają się najniższymi marżami. W efekcie można przebierać w propozycjach, w których oprocentowanie nie przekracza 7 proc. rocznie.[/ramka]
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL