Publicystyka

Afery, czyli szansa dana rządowi

Tomasz Wróblewski
Fotorzepa, Piotr Nowak PN Piotr Nowak
Hurtowa wymiana ministrów daje premierowi możliwość nowego otwarcia. Spadek zaufania i szalejąca opozycja nie zostawiają rządowi wyboru. Jedyne, co może odwrócić uwagę od afer, to wzrost dobrobytu – pisze publicysta
Premierzy zwykle nie proszą się o afery w rządzie, ale akurat o te dwie Donald Tusk powinien poprosić. Wstrząs był jedynym sposobem na wytrącenie aparatu partyjnego z sondażowej pychy. Przewietrzenie zastygłych struktur. Odcięcie rządu od grup nacisku – afera hazardowa. Uodpornienie na socjalne roszczenia – afera stoczniowa.
Premierowi została jedna droga. Powrót do wartości, które głosił w kampanii wyborczej. Liberalizm albo powolna śmierć przez przypiekanie w programach informacyjnych i ostateczne uduszenie bon motami w komisji sejmowej. [srodtytul]Smarowanie chleba danymi[/srodtytul]
Jeżeli Donald Tusk i jego partia utrzymają się przy władzy, to nie wbrew, ale dzięki aferom hazardowej i stoczniowej. Dzięki przebudzeniu, bez którego pogarszająca się sytuacja gospodarcza dopadłaby rząd w sam raz na wybory prezydenckie. Przez ostatnie kilka miesięcy napawaliśmy się danymi o mikroskopijnym wzroście gospodarki. Minister finansów został uznany za najlepszego ministra wśród członków rządów nadzorujących krach, a nasze bezrobocie było niższe niż w krajach zachodnich. Budżet na 2010 r. miał być jednym długim pasmem dowodów na odporność naszej gospodarki. Wzrost na poziomie 1,2 proc, stabilne podatki, inflacja pod kontrolą i deficyt nie aż taki straszny. Gdyby danymi statystycznymi można było smarować chleb, to faktycznie chodzilibyśmy nasyceni. Ale bliższa analiza liczb pokazuje całą słabość administracji Tuska. Ten sam strach, który kazał ministrowi Gradowi manipulować przetargiem, paraliżował rząd od dwóch lat. Sztuczna prywatyzacja, wpychanie na siłę stoczni lipnemu inwestorowi, byle pozbyć się problemu stoczniowców, niczym się nie różni od zaniechania walki z wczesnymi emeryturami, becikowym i stagnacją w prywatyzacji. Nasz triumfalny marsz po kryzysowej mapie Europy dobiega końca. Bezrobocie w przyszłym roku sięgnie 14 proc. Największa siła napędowa gospodarki – eksport, wpada już w poślizg. W miarę jak kończą się zachodnie pakiety stymulacyjne, spadają też zamówienia na nasze towary. Dobre wskaźniki udziału eksportu we wzroście PKB (1,9 proc. w I kwartale i 3,1 proc. w II kwartale) to raczej wynik uzupełniania pustych magazynów i wciąż słabnącej konsumpcji wewnętrznej. Czwarty kwartał będzie gorszy, a w I i II kwartale 2010 roku eksport nie będzie już miał dodatniego wpływu na wzrost PKB. To wszystko przy spadającej konsumpcji. Bez zasadniczych reform minister Rostowski nie tylko będzie musiał wkrótce oddać tytuł najlepszego ministra, ale pewnie i sprzedać swój puchar, żeby starczyło mu do pierwszego. Najdrastyczniejszym przykładem załamania w handlu zagranicznym jest przemysł samochodowy. Same tylko Niemcy wydały na złomowanie starych i dopłaty do nowych aut 5 mld euro, z czego kilkanaście proc. zostawiły w Polsce. Proporcjonalnie wiele zarobiliśmy na eksporcie do Francji i Włoch, ale i te pieniądze się kończą. Teraz, po największym boomie motoryzacyjnym od II wojny światowej, czeka nas największa flauta. Niemiecki „Spiegel” przewiduje 40-procentowy spadek zakupów. Do tego dodajmy, że nasz własny rynek samochodowy jest najsłabszy od lat. Sprzedaż nowych aut w Polsce spadła w tym roku o 23 proc. [srodtytul]Korki reperowane drutem[/srodtytul] Kolejnym jasnym punktem na mapie nowego budżetu miał być „kontrolowalny” – według ministra Rostowskiego – deficyt budżetowy. To prawda, że gdyby rząd uległ namowom opozycji, pompował pieniądze w gospodarkę i obniżał podatek VAT, byłoby jeszcze gorzej. To nie zmienia faktu, że dokładne wyliczenia plasują obecny deficyt znacznie powyżej 55-proc. progu bezpieczeństwa. 47 proc. prognozowane przez rząd nie bierze pod uwagę zadłużenia Funduszu Ubezpieczeń Społecznych, niższych dywidend z racji ugody ZUS z Eureko, prefinansowania projektów unijnych, kredytów dla funduszu drogowego i pieniędzy z uszczuplanych rezerw budżetowych. Nie licząc rosnących zobowiązań emerytalnych i zdrowotnych państwa, które nie są uwzględniane w bieżącym budżecie – o czym pisał ostatnio w „Rzeczpospolitej” ekspert ekonomiczny Paweł Dobrowolski – w przyszłym roku zabraknie nam blisko 67 mld złotych. Naciąganie danych budżetowych przypomina reperowanie bezpiecznika za pomocą grubego drutu. W finansach jest jak w elektryczności. Żeby pobierać moc większą od wytrzymałości przewodów – a w tym wypadku, żeby nie włączył się konstytucyjny mechanizm niwelowania zadłużenia państwa – minister Jacek Rostowski uznał, że wystarczy pozbyć się bezpiecznika. Ta sama konstrukcja myślowa kazała ministrowi skarbu na siłę wpychać stocznię miliarderowi z Kataru. Choć z góry wiadomo było, że nowy inwestor wcześniej czy później zwolni stoczniowców, bo nikt i tak statków nie będzie tu produkował. Ale na kilka miesięcy znalazł drut, żeby uspokoić nastroje w Szczecinie i Gdyni. To nie jest oczywiście pierwszy rząd ani jedyny kraj na świecie, który zwiększa deficyt ponad miarę, żeby nie musieć podejmować bolesnych reform. Przywoływany już przez prof. Stanisława Gomułkę przykład Węgier jest jednym z wielu. Manewr obejścia sprawdza się do czasu. Do dnia, w którym inwestorzy nie zrozumieją, że za chwilę nastąpi tu megaspięcie i ich inwestycje pójdą z dymem. Wtedy mamy paniczny odpływ kapitału, załamanie złotówki i węgierski czy – w jeszcze gorszym wariancie – argentyński scenariusz. Tusk jednak ryzykuje. Wierzy, że poprawa sytuacji na świecie zwolni go z konieczności reform. Ożywienie i rosnący popyt rozruszają naszą gospodarkę. Wzrośnie eksport, ustabilizuje się rynek pracy, do Skarbu Państwa wpłynie więcej pieniędzy i niezauważenie za rok, może dwa lata podmienimy z powrotem drut na stary bezpiecznik. [srodtytul]Krzyki radości spod zgliszczy[/srodtytul] Trzeba przyznać, że wielu mądrych ludzi podtrzymuje ministra Rostowskiego w jego optymizmie. Przez ostatnie kilka miesięcy pławiliśmy się w dobrych prognozach. Amerykański bank centralny zapewnia, że recesja jest już za nami i wzrost zacznie się w listopadzie. Nawet prof. Nouriel Roubini, jedyny ekonomista, który przewidział obecny kryzys, twierdzi, że na jego radarze też się pojawiają oznaki życia gospodarczego. Według ostatnich prognoz Międzynarodowego Funduszu Walutowego światowe PKB w przyszłym roku powinno wzrosnąć o 3,1 proc. Światowe giełdy przeżywają swoje pięć minut. Od czarnego października rok temu odnotowano 64-procentowy wzrost. Kolekcjonerzy liczb i wykresów wskazują nam też Indie z 7-proc. wzrostem gospodarczym i Chiny z 8-proc. wzrostem. W samej jednak Ameryce bezrobocie ociera się już o 10 proc. Z wyjątkiem takich egzotycznych gospodarek, jak Wietnam, Brazylia, wszędzie mamy wciąż do czynienia z rosnącym bezrobociem. Okrzyki radości tu i tam wydobywające się spod zgliszczy recesji wciąż mają mocno tymczasowy charakter. Firmy kończą odbudowywać zapasy magazynowe i robią to bardziej z rozsądku, żeby nie dać się zaskoczyć konkurencji, niż w przekonaniu, że zaraz wszystko zostanie wykupione. Wielomiliardowe zastrzyki dla instytucji finansowych ocaliły je przed bankructwem, ale nie przyniosły poprawy na rynku kredytowym. Banki wolą ostrożnie zarabiać na obligacjach rządowych niż indywidualnych kredytach. A państwa tych obligacji sprzedają coraz więcej i coraz lepiej dają na nich zarobić. To błędne koło. Najlepiej widać je na przykładzie Niemiec, gdzie banki dostają od państwa bezpośrednie dopłaty za każdy udzielony kredyt hipoteczny. W praktyce oznacza to, że za jedno euro podatku od nowej nieruchomości rząd musi zapłacić dwa euro, żeby ktoś kupił ten dom. Trudno jednak mówić o lepszej kondycji gospodarczej naszego największego partnera handlowego. Nie pomaga nam też sytuacja w krajach nadbałtyckich. Tak jak w pierwszych miesiącach kryzysu nie mogliśmy się uwolnić od zaszufladkowania Polski z innymi walącymi się krajami Europy Wschodniej, tak teraz znowu czyha na nas widmo zaliczenia do państw opóźniających reformy. [srodtytul]Cztery lata, aby się stoczyć[/srodtytul] Łotwa, jedna z tragiczniejszych historii ostatniego kryzysu, mimo 17,5-proc. zapaści PKB jeszcze niedawno była podziwiana za determinację, z jaką odbudowywała swoją pozycję. Podobnie jak Estonia wprowadziła szereg radykalnych reform. Po pierwszych sześciu miesiącach Łotwa miała nadwyżkę budżetową ok. pół miliona euro w połowie tego roku, co niemal gwarantowało wymaganą przez MFW równowagę budżetową w 2011 roku. Tak było jeszcze miesiąc temu, dopóki premier Valdis Dombrowski nie zrezygnował z połowy zaplanowanych cięć budżetowych. Mało tego, zapowiedział, że dłużnicy są zobowiązani zwrócić bankom tylko tyle, ile warte są dziś gwarancje pod kredyt (mieszkanie, samochód, ziemia), a nie muszą spłacać całej wartości kredytu. To wywołało panikę w Szwecji, skąd większość łotewskich kredytów pochodzi. Dlatego teraz Zachód uważniej obserwuje wszystkie państwa dawnego obozu sowieckiego. Zgodnie z tym, co na dorocznym szczycie w Stambule powiedział szef Banku Światowego Robert Zoellick: światową ekonomią rządzi dziś polityka, ekonomiści baczniej niż wykresom przyglądają się dziś właśnie politykom. Stosowanie drutu do obchodzenia trudnych problemów ekonomicznych zaczyna niepokoić ekonomistów. Sytuacja Polski jest niewątpliwie lepsza od Węgier czy Łotwy, ale mechanizm jest podobny. Nawet pozornie najprostsze problemy, jak przyspieszenie załatwiania formalności przy zakładaniu firm, okazały się u nas nie do pokonania. Choć na przykład w berlińskim magistracie za ladą siedzą dwie panie mówiące po polsku i oferują każdemu Polakowi otwarcie firmy mogącej działać w całej Unii Europejskiej. Czas? 17 minut z zegarkiem w ręku. Unikanie trudnych reform powoduje, że biurokracja szaleje, a stosunek wydatków publicznych do PKB szacowany jest w Polsce na 45 proc. Należy do najwyższych w Europie. Jest znacznie wyższy od bankrutującej Estonii, która wydaje dziś zaledwie 20 proc., i jeżeli utrzymają kurs, to stosunkowo szybko odzyskają swój tytuł tygrysa. Ekonomiści zestawiający nas z Węgrami mówią o perspektywie czterech lat. Tyle potrzebuje Polska gospodarka, żeby się stoczyć, jeżeli nie podejmiemy żadnych reform. Ale pamiętajmy, że inwestorzy węgierskie doświadczenia mają już za sobą i nie będą tak długo czekać. Jeżeli uznają, że rządowi brakuje odwagi i zbyt łatwo sięga po drut, to zjazd może się zacząć znacznie szybciej. Premier Tusk dostał dziś wspaniałą szansę. Hurtowa wymiana ministrów daje możliwość nowego otwarcia. Spadek zaufania i szalejąca opozycja nie zostawiają rządowi wyboru. Jedyne, co może odwrócić uwagę od afer, to wzrost dobrobytu. Poprzez drastyczne ograniczenie wydatków państwa – w tym zniesienie absurdów socjalnych z KRUS i becikowym na czele. Dokończenie reformy emerytalnej i zniesienie pomostówek. Powrót do budżetu zadaniowego i najważniejsze – tym razem dotrzymać obietnic prywatyzacyjnych. Gospodarka albo śmierć. [i]Autor był redaktorem naczelnym tygodnika „Newsweek Polska” i wiceprezesem wydawnictwa Polskapresse. Współpracuje z „Rzeczpospolitą”.[/i]
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL