Teatr

Śmiech zamiast bomb

Spektakl "Wilk" - aktor Marcin Tyrol
Fotorzepa, Jak Jakub Ostałowski
Przedstawienie „Wilk" w Teatrze Dramatycznym pokazuje cienką granicę między kontestacją rzeczywistości, a terroryzmem
Reżyser Marcin Liber osłabił buntowniczy wydźwięk powieści „Wilk stepowy" Hermanna Hessego, na której podstawie powstał spektakl. Kultowa w latach 60. książka, postulowała rewolucje kulturową - zastąpienie mieszczańskich norm filozofią buddyjską i wolną miłością. Spektakl Libera nie jest jednak rebeliancką manifestacją, ale namysłem nad kondycją współczesnego człowieka.
Na scenie znajduje się kilka foteli, a na trzech ekranach pokazywane są prześwietlane bagaże. W tle - panoramiczną mapa świata z zaznaczonymi połączeniami lotniczymi. Pojawienie się stewardessy nie pozostawia wątpliwości, że akcja rozgrywa się w samolocie. Gdy jeden z aktorów zaczyna wygłaszać tyradę przeciwko zachodniej cywilizacji, podejrzewamy, że gra terrorystę. Ale to tylko młody sfrustrowany inteligent, Harry (Marcin Tyrol), który nie wierzy już w piękno i prawdę. Zbliża się jednak niebezpiecznie do fundamentalizmu arabskich zamachowców. Liber wystawił ostatnią część książki Hessego, w której Harry porusza się w sferze fantazji. W przedstawieniu jest to pokazane jako jego sen podczas podróży. Pojawia się w nim Goethe - według głównego bohatera, poeta okłamujący ludzi i Mozart - geniusz dający nadzieje na lepsze jutro.
Harrego ogarnia gniew i zarazem bezradność. Rozumie bowiem, że idee i wartości, które mu wpojono, nie obowiązują w rzeczywistości. Czuje się oszukany. Daje temu wyraz skandując przez mikrofon ironiczne zdanie „wszystko jest w porządku". Po przerwie na scenie pojawia się Mariusz Benoit i spektakl traci impet. W roli Kapitana opowiada o skandalu w Abu Grabi, więzieniu w którym amerykańscy żołnierze znęcali się nad pojmanymi Irakijczykami. W połączeniu z filmem o ataku na World Trade Center, monolog wprowadza niepotrzebną dosłowność. Bohater „Wilka” balansuje między szaleństwem a zbrodnią. Spodziewamy się więc, że rzuci granat na widownię, ale zgodnie z duchem powieści, przedstawienie kończy się optymistycznie. W książce nauczycielem dystansu do świata jest Mozart, który mówi Harremu - „musi się pan nauczyć śmiać”. W spektaklu tę rolę przejmuje piosenka „Allways Look on the Bright Side of Life" grupy Monty Python śpiewana przez aktorów. Finał jest jednak przeładowany treścią. Pojawia się w nim także nagi mężczyzna kręcący się w szkielecie ogromnej kuli, jak w słynnym szkicu Leonarda da Vinci. Postać ludzka, wpisana w koło i kwadrat, ma na nim idealne proporcje. Rozumiemy przekaz reżysera - trzeba zdystansować się do swoich frustracji i znowu uwierzyć w człowieka i świat - ale na scenie oglądamy bałagan zamiast mocnej puenty.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL