Świat

Berlusconi bez immunitetu

Silvia Berlusconiego nadal popiera aż 70 proc. mieszkańców Włoch
AFP
Premier Silvio Berlusconi nie zamierza się podawać do dymisji i chce w sądzie walczyć z oskarżeniami o korupcję
Trybunał Konstytucyjny odebrał immunitet włoskiemu premierowi. Sędziowie od wtorku dyskutowali, czy ustawa gwarantująca nietykalność czterem najważniejszym osobom w państwie jest zgodna z konstytucją, która mówi o równości wszystkich obywateli wobec prawa. Ustawę uchwalono w zeszłym roku, wkrótce po ponownym dojściu do władzy Silvia Berlusconiego. Opozycja wskazywała, że to prawo szyte na miarę, bo jedynym zainteresowanym był Berlusconi, przeciw któremu toczył się proces o korupcję. Prokuratura zażądała, by w tej sprawie wypowiedział się Trybunał Konstytucyjny.
Obrońcy ustawy argumentowali, że nie gwarantuje ona bezkarności, ale jedynie zawiesza wszelkie procesy na okres trwania kadencji, który nie może mieć wpływu na ewentualne przedawnienie. Ich zdaniem konieczność stawania przed sądem uniemożliwiłaby premierowi sprawne rządzenie krajem, a o losach wybranego przez naród polityka nie mogą decydować mianowani sędziowie i prokuratorzy. Trybunał Konstytucyjny był innego zdania. Z przecieków wynika, że 15-osobowy skład sędziowski podjął decyzję przewagą jednego głosu. Włoskie gazety pisały: "Silvio gra o wszystko", sugerując, że w razie pozbawienia go nietykalności będzie musiał złożyć rezygnację, a prezydent Giorgio Napolitano albo natychmiast rozwiąże parlament i rozpisze wybory, albo powoła gabinet fachowców, który miałby rządzić do wyborów w przyszłym roku.
Polityczni przeciwnicy premiera liczą na to drugie rozwiązanie, upatrując w nim szansy na pozbycie się Berlusconiego na zawsze. Prezydent doskonale zdaje sobie jednak sprawę, że nie może przykładać ręki do obalenia premiera mającego poparcie większości w parlamencie. Publicznie wyrażał nadzieję, że "Trybunał Konstytucyjny wyda decyzję w interesie kraju". Nadzieje opozycji na zamach pałacowy w łonie koalicji rządzącej jeszcze przed wyrokiem okazały się płonne. Skłócony z Berlusconim Gianfranco Fini, obecnie przewodniczący Izby Deputowanych, a wcześniej szef Sojuszu Narodowego, zapowiedział, że jedyną większością parlamentarną, jaką akceptuje, jest ta wyłoniona w zeszłorocznych wyborach. Co więcej, szefowa Stowarzyszenia Przedsiębiorców Włoskich Emma Marcegaglia wypowiedziała się przeciwko przedterminowym wyborom. Był to jednoznaczny sygnał, że pociągające we Włoszech za polityczne sznurki potężne grupy nacisku nowych wyborów sobie nie życzą. Silvio Berlusconi, najwyraźniej wzmocniony tymi oświadczeniami, po naradzie ze swoimi najbliższymi współpracownikami oświadczył: "Jeśli ustawa nie przejdzie w trybunale, będę mniej zajmował się sprawami kraju, a więcej własną obroną, ale misję doprowadzę do końca". Zdaniem włoskich komentatorów wszystko wskazuje na to, że Berlusconi nie złoży rezygnacji i – ciągany po sądach – będzie nadal rządził. Przyspieszonych wyborów chyba też nie będzie. Skłóconej opozycji (Partia Demokratyczna wybiera czwartego lidera w ciągu ostatnich dwóch lat) rychłe wybory są też bardzo nie na rękę. Zdaniem większości Włochów cała awantura jest haniebną próbą obalenia premiera i unieważnienia demokratycznych wyborów za pomocą kruczków prawnych. Ze środowych badań opinii publicznej wynika, że premiera Silvia Berlusconiego popiera aż 70 procent mieszkańców Włoch, a gdyby wybory odbyły się teraz, jego centroprawicowy Lud Wolności dostałby o 2 procent więcej głosów niż półtora roku temu, natomiast centrolewicowa Partia Demokratyczna aż o 7 procent mniej. [i]Piotr Kowalczuk z Rzymu[/i]
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL