Kraj

Człowiek, który miał wszystko

Mirosław Drzewiecki jako minister sportu miał swoje sukcesy: powstające jak grzyby po deszczu Orliki, czyli nowoczesne boiska do gier zespołowych, oraz przyspieszenie przygotowań do mistrzostw Euro 2012. Na zdjęciu podczas uroczystości wmurowania kamienia węgielnego pod budowę stadionu we Wrocławiu, czerwiec tego roku
Fotorzepa, BS Bartek Sadowski
Mirosław Drzewiecki wierzył, że będzie ministrem sportu do mistrzostw Euro 2012. Wczoraj złożył dymisję
Należał do najpopularniejszych polityków z ekipy Donalda Tuska. W rządzie nie było drugiego ministra tak chętnego do współpracy z mediami. I być może długo nie będzie, bo Mirosław Drzewiecki złożył dymisję w związku z aferą hazardową, a premier błyskawicznie ją przyjął.
Najbliżsi współpracownicy Drzewieckiego żałują, że odchodzi. – Nigdy wcześniej nie miałam tak dobrego szefa, nawet wydając polecenia, zawsze mówił: „czy mógłbym prosić” – opowiada Izabella Fluderska-Mucha, asystentka z biura poselskiego eksministra. Również w Łodzi, gdzie Drzewiecki mieszka i prowadził interesy, trudno znaleźć kogoś, kto by go nie lubił. Skąd się bierze ta popularność? – Łatwo nawiązuje kontakty i potrafi się odnaleźć w każdym środowisku. Myślę, że to cecha wyrobiona w czasach, gdy był biznesmenem – mówi Maciej Płażyński, jeden z założycieli PO.
– Obiecuje wszystkim, że zajmie się sprawą, i mówi to, co rozmówca chce usłyszeć – dodaje łódzki polityk PO. – Ale o większości spraw zapomina po pięciu minutach. Dlatego mógł rozmawiać o projekcie z Ryszardem Sobiesiakiem i nawet obiecać mu pomoc, ale nie ma mowy, żeby uczestniczył w manipulowaniu ustawą hazardową. [srodtytul]Alkohol i cygara[/srodtytul] – Nie wyobrażam sobie, żeby Tusk przestał zapraszać Drzewieckiego na narady do Kancelarii, jest z nim zbyt zżyty – zauważa Paweł Piskorski, były polityk Platformy, dziś lider SD. Drzewiecki, były biznesmen z branży odzieżowej, od lat jest jednym z najbardziej zaufanych ludzi Donalda Tuska. Był skarbnikiem PO, a to funkcja, którą się powierza wyłącznie najbliższym współpracownikom. – Jego znajomość z Tuskiem datuje się od czasów KLD – opowiada Płażyński. – On, Tusk i Grzegorz Schetyna to przyjaciele z tamtych czasów. Do pewnego momentu w tym gronie był też Piskorski. – To prawda, stanowiliśmy zgrany team, ale Drzewiecki w odróżnieniu ode mnie, Donalda i Grzegorza nigdy nie miał samodzielnej pozycji politycznej – opowiada Piskorski. – Jego siła polegała na tym, że zawsze był na miejscu, zawsze miał czas i donosił różne alkohole, które wspólnie wypijano. Jego wyjazdy do domu na Florydzie były w PO wielkim wydarzeniem towarzyskim, bo z podróży za każdym razem przywoził wielką pakę cygar dla kolegów z partii. Ale nikt nigdy nie traktował go jako decydenta. Piskorski oddalił się od pozostałej trójki polityków PO, gdy został prezydentem Warszawy. – Byłem urobiony po łokcie, a oni byli zajęci nicnierobieniem – wspomina Piskorski. – Donald dzwonił do mnie i był urażony, gdy się okazywało, że mam dla niego tylko 10 minut. Za to Mirek i Grzesiek mieli zawsze dla niego czas. Wszyscy trzej mieszkali w hotelu sejmowym, więc praktycznie cały czas spędzali ze sobą. Płażyński dodaje, że cała trójka znakomicie się uzupełniała: – Donald był typem lidera, a Drzewiecki nigdy nie miał takich ambicji. Jego żywiołem było organizowanie różnych przedsięwzięć dla partii i Donalda Tuska. W tym się realizował. Nigdy nie zapominał, dla jakiego środowiska pracuje, i nie tracił z oczu interesu partii. – Ja wszystko mam, niczego więcej nie potrzebuję, domu nie zmienię na większy, bo po co mi – mówił Drzewiecki po otrzymaniu nominacji na ministra sportu. – Wchodzę do rządu, bo chcę coś zmienić. [srodtytul]Orliki i wojna z PZPN[/srodtytul] – Chciał zostać ministrem chyba dlatego, że pasjonował się sportem, bo przecież nie musiał potwierdzać stanowiskiem swojej wysokiej pozycji w partii – zastanawia się Płażyński. Piskorski ma inne zdanie na ten temat. Według niego Drzewiecki bardzo zabiegał o ministerialną tekę, a Tusk dosyć długo się wahał, nim ostatecznie się zgodził. – Mirek chciał mieć swój udział w wielkim sukcesie, który odniosła Platforma – ocenia Piskorski. – Poza tym wiedział, że jego siła polega na stałej obecności u boku Tuska; gdyby nie został ministrem, siłą rzeczy wypadłby z grona najbliższych współpracowników premiera. [wyimek]Drzewiecki miał zwyczaj obiecywać ludziom, że zajmie się ich sprawą, a potem zapominał[/wyimek] Jako minister sportu miał swoje sukcesy: powstające jak grzyby po deszczu Orliki, czyli nowoczesne boiska do gier zespołowych, oraz znaczne przyspieszenie przygotowań do mistrzostw Euro 2012. – Kiedy PO przejmowała władzę, UEFA bardzo krytycznie oceniała nasze przygotowania. Teraz jest bardzo zadowolona – zaznacza poseł PO Andrzej Biernat, szef sejmowej podkomisji ds. Euro 2012. Przypomina też, że program budowy Orlików to był pomysł Drzewieckiego i premiera. – W tę aferę hazardową Drzewiecki zaplątał się przypadkiem. Jestem pewien, że jeszcze się odrodzi jako polityk – uważa Biernat. Minister sportu zaliczył też porażki. Pierwszą, gdy jesienią 2008 roku wypowiedział wojnę PZPN i przegrał. Drzewiecki pod pretekstem odkrycia poważnych uchybień w PZPN zawiesił jego władze i wprowadził kuratora. Jednak wycofał się z tego po sugestiach ze strony FIFA i UEFA, że nasza organizacja Euro 2012 stoi pod znakiem zapytania, a polska reprezentacja i kluby zostaną wykluczone z międzynarodowych rozgrywek. – To była kompromitacja ministra. Powinien się podać do dymisji – komentował wówczas były piłkarz Jan Tomaszewski, który od tej pory na każdym kroku głosił, że „Drzewiecki musi odejść”. Również w PO porażka ministra została bardzo źle odebrana. – Pojawiły się nawet głosy o dymisji, ale szybko ucichły. Po pierwsze Mirek to bliski przyjaciel premiera. Po drugie nie mieliśmy nikogo na jego miejsce. Po trzecie nie mogliśmy pokazać, że to PZPN będzie zmieniał nam ministrów – tłumaczy „Rz” ważny polityk Platformy. Z kolei Michał Listkiewicz, były szef PZPN, twierdzi, że minister ma tę wadę co jego poprzednicy: ciągoty, by ręcznie sterować związkiem. [srodtytul]Dymisje ministra[/srodtytul] – Nie mieliśmy dotąd tak zaangażowanego ministra sportu jak Drzewiecki – wzdycha zaprzyjaźniona z nim mecenas Barbara Owczarek. – Nawet wrogowie nie mogą mu niczego zarzucić. I tu się myli, bo opozycja ma mnóstwo zastrzeżeń do działalności Drzewieckiego. Elżbieta Jakubiak z PiS, jego poprzedniczka w resorcie sportu, uważa na przykład, że skłócił Polskę z Ukrainą, która jest współorganizatorem mistrzostw Euro 2012. Chodzi o wypowiedzi ministra na temat słabego stanu przygotowań na Ukrainie i stwierdzenie, że w Polsce rozgrywki mogłyby się odbyć w sześciu miastach. Za naszą wschodnią granicą te słowa zostały źle odebrane. Według Jakubiak przy Euro 2012 popełniono też inne błędy. – Drzewiecki skupił się na budowie stadionów, a inne rzeczy zaniedbał – twierdzi posłanka PiS. – Z tego powodu po 2012 roku będziemy mieli w Polsce tylko kilka wielkich stadionów i nic więcej. Zaprzepaszczono szanse na wielki projekt modernizacyjny naszego kraju, jakim mogły być te mistrzostwa. Ataki opozycji wywołał też fakt, że szefowie podlegającej Drzewieckiemu spółki PL.2012, która koordynuje przygotowania do mistrzostw, dostali po 140 tys. zł premii. W mediach zawrzało, a opozycja zażądała objęcia spółki tzw. ustawą kominową ograniczającą wysokość zarobków w spółkach należących do Skarbu Państwa. W odpowiedzi Drzewiecki zagroził dymisją. Ale gdy się okazało, że wysokich premii nie popiera sam premier, Drzewiecki zmienił zdanie i zaapelował do władz spółki o zwrot tych pieniędzy. Kilka dni później okazało się, że tłuste premie (choć już nie tak wysokie) otrzymali też członkowie zarządu Narodowego Centrum Sportu. – Minister Drzewiecki okłamał nas na ostatnim posiedzeniu Komisji Sportu, kiedy na moje pytanie odpowiedział, że w NCS nie było premii – grzmiał Adam Hofman z PiS, domagając się dymisji szefa resortu. Ten ze spokojem odparował, że premie dla członków zarządu NCS są częścią składową ich wynagrodzenia, a decyzję o ich przyznaniu podjęła rada nadzorcza. Drzewiecki groził dymisją również wtedy, gdy dziennikarze programu „Teraz my” wyciągnęli mu grzeszki z przeszłości – dotarli do informacji, że dziewięć lat temu Drzewiecki miał pobić żonę, za co został zatrzymany przez amerykańską policję i spędził noc w areszcie. Minister przez cały program tłumaczył, że sprawa została umorzona, bo rzekome pobicie było zwykłą małżeńską sprzeczką. Oświadczył, że nie musi być ministrem. – Nie poświęcę swojego życia prywatnego na to, żeby ujadać, bo ktoś ma złe intencje – mówił w Radiu TOK FM. W głębi duszy jednak Drzewiecki był przywiązany do swojego stanowiska. – Był przekonany, że będzie ministrem sportu aż do samego Euro 2012. Wierzył, że otworzy tę imprezę, a jej sukces stanie się jego wielkim sukcesem – mówi „Rz” bliski współpracownik ministra. – Wyobrażam sobie, jak bardzo musi być rozgoryczony, że tak się nie stanie.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL