Sport

Rio: wybór serca i rozumu

AFP
Decyzja MKOL. To będą pierwsze igrzyska w Ameryce Południowej. Wygrał projekt najbardziej wystawny, ale i najbardziej romantyczny
Od dawna było jasne, że to jest kandydatura przerastająca inne o głowę, uderzająca w najwięcej czułych strun, najlepiej zaprezentowana, proponująca coś więcej niż sprawną organizację blisko trzytygodniowego widowiska. Ale najlepsi nie zawsze w Międzynarodowym Komitecie Olimpijskim wygrywają, więc brazylijscy delegaci siedzieli jak na torturach, nawet gdy już było wiadomo, że do finałowej rundy głosowania w Kopenhadze przebili się razem z Madrytem, najniżej ocenianym w raportach specjalnej komisji MKOl. Ile są warte przewidywania oparte na takich ocenach, pokazała pierwsza runda: Madryt ją wygrał, zbierając o dwa głosy więcej, a ostatnie miejsce zajęło Chicago, faworyt bukmacherów.
Ostatnią rundę Rio wygrało o kilka długości, 66 do 32. Gdy szef Komitetu Jacques Rogge po dłuższym mocowaniu się z kopertą wreszcie wyciągnął z niej kartkę z nazwą zwycięzcy i pokazał do kamery, w brazylijskiej części sali rozpętało się szaleństwo. Prezydent kraju Luis Inacio Lula da Silva skakał jak kibic, Pele całował i był całowany. Nawet Joao Havelange, kiedyś władca FIFA, a dziś bardzo wpływowy człowiek w MKOl, nie zważał na swoje 93 lata. I już zaprasza na 2016 do Rio na swoje setne urodziny. Na stadionie noszącym jego imię będą podczas igrzysk rywalizować lekkoatleci. [wyimek]W finale Rio pokonało Madryt, a Chicago mimo wsparcia Obamy odpadło w pierwszej rundzie[/wyimek]
Za siedem lat igrzyska dotrą do ziemi dotychczas sobie nieznanej. Od tej pory jedynym niepodbitym przez nie kontynentem będzie Afryka. To był główny motyw kampanii wyborczej Rio. Podczas czerwcowej prezentacji w Lozannie, w siedzibie MKOl, Brazylijczycy pokazali mapę świata, na niej zaznaczali miejsca kolejnych igrzysk, a potem kazali szefom ruchu olimpijskiego patrzeć na dwie wielkie ciemne plamy. Również bohater dnia w Kopenhadze, prezydent Lula, który w pojedynku mówców pokonał nawet Baracka Obamę, wybrał to na główny wątek swojego orędzia. – Dajcie nam szansę pokazać, że możemy i umiemy – mówił, pożyczając od Obamy jego najsłynniejsze hasło. – Dla krajów, z którymi rywalizujemy, dla Hiszpanii, Japonii, USA, to będą jedne igrzyska więcej. Dla nas – coś wyjątkowego. Czas skorygować tę olimpijską nierównowagę. To jest kandydatura nie tylko całej Brazylii, ale całej Ameryki Południowej. Macie wobec niej pewien dług – mówił do członków MKOl. Przypomniał, że jego kraj jest jednym z kół zamachowych światowej gospodarki w czasie, gdy inne buksują. Że rozwija się ostatnio w tempie 5 procent rocznie, i jest jedyną z dziesięciu największych gospodarek na świecie, które jeszcze igrzysk nie organizowały. Że czeka na to święto kraj liczący 190 mln mieszkańców. Ludzi często biednych, ale kochających sport. Igrzyska mają im pokazać drogę do lepszej przyszłości. Najważniejszą pamiątką po nich będzie narodowe centrum treningowe: grupa obiektów zbudowanych na Igrzyska Panamerykańskie 2007 i olimpijskie 2016, które mają stać się sportową szkołą dla całego kontynentu. Rio ma na to wszystko 14 mld dolarów w budżecie i nie musi czekać na pożyczki ani umowy ze sponsorami. Zacznie przygotowania dzień po wyborach, bo pieniądze już są, za to ręczy prezydent. Przywiózł do Kopenhagi nawet szefa banku centralnego i panią policjant, która zapewniała, że jedno z miast świata, w którym najłatwiej stracić życie na ulicy, będzie podczas igrzysk bezpieczne. Członkowie MKOl im uwierzyli, a w podjęciu decyzji oprócz bajkowych krajobrazów, samby i plaż zapewne bardzo pomogło im to, że będą to igrzyska w tej samej strefie czasowej, w której jest USA. Nie będzie więc takich łamańców jak w Pekinie, gdzie pływacy walczyli o medale rano, żeby zmieścić się w prime time telewizji NBC, głównego żywiciela MKOl. To zwycięstwo smakuje mieszkańcom Ameryki Południowej tym lepiej, że łączy się z klęską Wielkiego Brata z Północy. Chicago przegrało nawet z Tokio, skromnym projektem, reklamowanym jako igrzyska w zgodzie z naturą, a zaprezentowanym tak, że można się było poczuć jak na światowym kongresie ekologów, a nie zjeździe MKOl, gdzie głosujących trzeba olśnić rozmachem planów, uderzyć po oczach kolorami, wzruszyć przemową. Barack Obama odlatywał z Kopenhagi przekonany, że to właśnie udało mu się zrobić. Odleciał jeszcze przed głosowaniem i jak się w nim okazało, za bardzo zaufał swojemu czarowi.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL