Telewizja

Każda rola zostawia ślad w psychice

Fotorzepa, Michał Warda Mic Michał Warda
Z Andrzejem Chyrą rozmawia Jacek Cieślak
[b]RZ: Czy koniec wakacji dla aktora jest równie przykry jak kiedyś powrót do szkolnej bądź uniwersyteckiej ławy?[/b]
Właściwie nie miałem wakacji i wchodzę w nowy sezon zmęczony. Patrzę z zazdrością na kolegów, którzy pracują ze świeżymi siłami. W pewnym wieku wakacje są koniecznością. [b]A co najbardziej pana relaksuje?[/b]
Intensywne uprawianie sportu. Windsurfing, narty, rower, pływanie. Wyjazdy za granicę. Te prywatne. Odrywam się wtedy od spojrzeń ludzi, których nie znam, a którzy mnie znają. Czasami takie przelotne znajomości są sympatyczne, ale bywa, że męczące. [b]Gdzie pana sława jeszcze nie dotarła?[/b] Na szczęście, w którą stronę bym się nie ruszył, jest takich miejsc mnóstwo. Lubię poznawać nowe. Ostatnio ktoś mi opowiadał o wyprawie na Saharę. To mogłoby być coś ciekawego. Tam nie musiałbym leżeć w hotelu, choć nie jestem typem, który potrzebuje dużo adrenaliny. Raczej zmiany otoczenia, które skupiłoby całą moją uwagę, żebym nie musiał myśleć o tym, co mnie czeka w nowym sezonie albo denerwuje w życiu. [b]Pytam pana o sposoby na relaks, bo gdyby poszukać aktora, który dotyka swoimi rolami najtrudniejszych problemów naszej historii i współczesności, to padłoby na pana. Czuje pan ich ciężar? Po „Długu” pan mówił, że nie.[/b] Teraz już nie mógłbym powiedzieć, że role nie pozostawiają żadnego śladu w mojej psychice. Na pewno nie jestem takim wesołym chłopcem jak kiedyś. Może to się wiąże z wiekiem. Największe zmęczenie odczuwam po próbach teatralnych, które są niezwykle intensywne i wymagają eksperymentowania na sobie. Taka była praca nad „(A)polonią”. Błądziliśmy z Krzysztofem Warlikowskim bardzo długo, szukając formy dla dwóch moich postaci – Herkulesa i Sędziego, skrajnie różnych, jeśli chodzi o temperaturę emocji i sposób grania. Trudność polegała również na tym, że w spektaklu zdarzenia rozgrywają się symultanicznie, koledzy wchodzą w interakcje, napędzają się wzajemnie, tymczasem mój rytm często nie jest skorelowany z nimi. Gram sam ze sobą i muszę utrzymać wewnętrzne napięcie przez dwie godziny, nie mając szansy na ekspresję wynikającą po prostu z dialogu. Wszystko ma się kotłować we mnie. Na szczęście trudne sytuacje bywają inspirujące. Tak się urodził pomysł, że zagram z makijażem Jokera. To skojarzenie uświadomili mi po fakcie koledzy. [b]Dało niesamowity efekt. Nie ma chyba nic gorszego niż Sędzia, który jest diabłem. Trudno lepiej pokazać niesprawiedliwość świata. Ale czy po takich rolach można spokojnie zasnąć?[/b] Mija godzina, dwie. Trzeba się otrząsnąć. Iść spać. [b]I nie dręczą pana ponure myśli o złu tego świata?[/b] Niestety. [b]Przypisano pana do zła.[/b] Ostatnio znowu dostałem propozycję grania strasznego gościa. [b]Kolejnego strasznego gościa.[/b] Fajnych mi nie proponują. Ale nie przesadzajmy. W spektaklach Krzyśka Warlikowskiego świat nigdy nie jest wesoły i każdy, kto u niego gra, musi dźwigać brzemię zła. Każdy bohater ma na pieńku ze sobą, z życiem, z Bogiem. Trudno powiedzieć, że moje role są wyjątkowe. [b]Ale jeśli bohaterowie dzielą się na ofiary i katów – pan gra raczej tych drugich.[/b] No tak. Ostatnia moja „przyzwoita” rola zdarzyła się w „Uroczystości” Grzegorza Jarzyny. Wtedy grałem ofiarę. [b]Czy role tłumaczą panu świat? A może są szczepionką na jego zło?[/b] Role przypominają mi różne sytuacje z życia. Teatr oddziela fikcję od rzeczywistości. Nawet straszne historie przyjmujemy jak bajki. Wtedy łatwiej jest nam żyć. [b]To jest tak jak z oglądaniem horrorów, które, paradoksalnie, uwalniają od lęku?[/b] Tak. Ale proces, o którym mówię, przebiega znacznie głębiej. Rzeczywistość zamieniła się w bajkę. Zwłaszcza ta medialna. Wszystkie straszne informacje, jakie do nas docierają, stają się nierzeczywiste. Można mówić o samoobronie ludzkiego umysłu poddawanego nieustannej presji. Ja też, jeszcze rok temu, przejmowałem się tym, co było w mediach. Ale przestałem czytać gazety, oglądać telewizję i moje życie nie stało się uboższe. Mógłbym nawet powiedzieć, że stało się pełniejsze, bogatsze. A na pewno rzadziej się irytuję. [b]Chodzi o naszą politykę?[/b] Politykę w ogóle. W każdej dziedzinie daje o sobie znać jakaś polityka, która okazuje się manipulacją. A kiedy nie spełnia się w działaniu – a zazwyczaj się nie spełnia, ujawnia swoją fikcyjność. Zacząłem sobie to uświadamiać po tym, jak zagrałem w filmie Jacka Borcucha „Wszystko co kocham”. To jest historia o licealistach, którzy mają punkowy zespół i wchodzą w dorosłe życie. Można powiedzieć, że to taka prosta, ciepła historia. Ale toczy się w 1982 r., w okresie stanu wojennego. Zagrałem ojca głównego bohatera, oficera Marynarki Wojennej. Sytuacja polityczna odciska piętno na postaciach, jednak, tak naprawdę, pozostaje marginesem. Tymczasem podczas jednego z wywiadów, dziennikarka zapytała mnie, czy wyważone pokazywanie oficera w stanie wojennym nie jest czasem moralnym relatywizmem. [b]Jak pan zareagował?[/b] Osłupiałem. I zrozumiałem, że nakłanianie nas, byśmy na wszystko patrzyli z perspektywy polityki, jest paranoją. Dlaczego mamy myśleć tak jak politycy? Film Jacka Borcucha uzmysłowił mi, że życie tak naprawdę toczy się poza polityką. W rodzinie, pomiędzy przyjaciółmi. Każdy z nas próbuje coś osiągnąć. Zrobić. Wykonać. Kupić. Spotkać dziewczynę. Chłopaka. Polityka jest tylko tłem. Nie dajmy się przez nią zwariować, bo to fikcja. Co mnie obchodzi opinia albo decyzja Napieralskiego z SLD, wchodzącego w alians z PiS. Przecież jutro już go nie będzie. Nie ma się co w takie gry angażować, bo się wyjdzie na pajaca. Brać na poważnie programy polityków to naiwność. [b]Grając w „Katyniu”, musiał się pan jednak w sprawy polityki zagłębić i zastanowić nad postawą Jerzego, który cudem uniknął śmierci w katowni NKWD i wrócił do kraju w szeregach Ludowego Wojska Polskiego.[/b] Kiedy Andrzej Wajda po raz pierwszy pokazał mi scenariusz, planował zupełnie inny film. To była o wiele bardziej kameralna historia, głównie o losach Jerzego. Drugi wątek opowiadał o Generałowej. To się później zmieniło. [b]Dlatego, że nie można było zrównać racji wdowy po zamordowanym generale i oficera LWP, który uosabiał stalinowską Polskę?[/b] Tak. Trudno mówić o presji wywieranej na Andrzeja Wajdę, ale musieliśmy pamiętać o Rodzinach Katyńskich, a to mogło mieć wpływ na kształt scenariusza. „Katyń” miał być pierwszym filmem o zbrodni NKWD. To nad nami ciążyło i zobowiązywało do bardziej wyważonego, ostrożniejszego myślenia. Scenariusz w pierwotnej formie mógł wzbudzić kontrowersje. [b]Jednak samobójstwo Jerzego, popełnione pod wpływem rozmowy z Generałową, wypadło niewiarygodnie.[/b] Nie wiem. Ta scena została dopisana na późniejszym etapie prac. [b]Najmocniej wypada kwestia pana bohatera: „Guziki. Zostaną po nas tylko guziki”.[/b] Grając Jerzego czułem, że ten facet jako jeden z nielicznych przestał wierzyć w polski mit. Każdy naród ma swoje mity i je hołubi, ale myślę, że nasze są jak z bajki. Odrywają Polaków od rzeczywistości. Mity wielkości i honoru, choć wzniosłe i piękne, są nierealne, a w czasie II wojny światowej stały się anachroniczne. Świat jest inny. Trudno to wszystko poskładać. Jest w nas wiele sprzeczności. Niekonsekwencji. [b]Co pan ma na myśli?[/b] A choćby to, że jedną z najważniejszych postaci dla Polaków jest Józef Piłsudski. A przecież to był niezwykle pragmatyczny polityk. Żaden święty i dobry wujek. Czcimy go, ale nie naśladujemy. [b]Pan nie był wychowany w duchu polskiej bajki?[/b] Nie. Moi rodzice są z nowej rzeczywistości. Nie mieli korzeni inteligencko-narodowych. Ojcu wcześnie umarli rodzice i musiał się odnaleźć w powojennym świecie. Nie dorobił się kokosów, choć był w partii. Ciężko pracował w górnictwie. Myślę, że wielu Polaków żyło tak jak on. [b]Czy kiedy Feliks Falk kręcił „Komornika”, celowo wybrał plany filmowe w Wałbrzychu i jego okolicach, żeby mógł pan grać w miejscach swojego dzieciństwa – kiedyś pewnie pięknych, a dziś przeżywających ekonomiczną katastrofę?[/b] Wałbrzych przeżył straszną pauperyzację, a chodziło o to, żeby komornik działał w ekstremalnie trudnych warunkach społecznych. Z jednej strony było mi smutno, bo zapamiętałem Wałbrzych w słońcu, tętniący życiem, pełen energii. Niemal metropolię. Z drugiej, nawet w zdegradowanym pejzażu miałem wrażenie, że to miejsce oswojone. Czułem się jak u siebie. To mimo wszystko pomagało. Ostatnią scenę, kiedy Lucek pokazuje, że nie pójdzie na żaden zgniły kompromis, kręciliśmy na cmentarzu, na którym leży mój dziadek. Ale Polska jest nieprzewidywalna. Byłem ostatnio w Złotoryi, gdzie również mieszkałem w dzieciństwie. Zobaczyłem niesamowite miasto: ludzie się do siebie uśmiechają, choć przecież gospodarka tam nie kwitnie. Niebywałe. W Wałbrzychu została moja babcia. Wiele rzeczy przyjmuje jako dopust boży. [b]Jak zrozumieć komornika, który nie waha się zajmować mienia nawet na sali intensywnej terapii, gdzie leżą ciężko chorzy?[/b] Myślę, że każdy z nas może się zapędzić. Zwłaszcza kiedy nie jest akceptowany. Poza tym Lucek zawsze był nieobliczalny. Dlatego wpada z jednej skrajności w drugą. Tak jak potrafił rekwirować wszystko, tak może wszystko rozdać. Myślę, że przemianę przeżywa dopiero w ostatniej scenie, kiedy odrzuca kompromis i wygarnia wszystkim, że są zakłamani. Taka postawa kusi. Podoba mi się taka ideowość. Czasami marzy mi się, żeby skończyć z aktorstwem. Ale nie jestem tak bezkompromisowy jak Lucek. Zapewnienie sobie materialnych podstaw bytu ma dla mnie znaczenie. Zawodowa satysfakcja również. [b]Co będzie z paryską premierą „Tramwaju zwanego pożądaniem” w paryskim Odeonie?[/b] Wciąż nie mam przetłumaczonego tekstu. A czasu jest coraz mniej. Cztery miesiące. Od początku pomysł był zwariowany, ale z dnia na dzień staje się jeszcze bardziej szalony. To mi się w nim najbardziej podoba. [b]Czym był dla pana występ w Awinionie?[/b] Zagraliśmy w Pałacu Papieskim. O tym marzy każdy aktor. Recenzje były wyjątkowo zgodne – entuzjastyczne. Po takim wydarzeniu wszyscy mówią: powtórzcie sukces. Nie bardzo jest jak. Ale „Tramwaj zwany pożądaniem” w paryskim Odeonie, po francusku, z Isabelle Hupert – to jest na pewno wyzwanie. [ramka][b]Andrzej Chyra[/b] Jeden z najważniejszych i najpopularniejszych polskich aktorów średniego pokolenia. Przełom w jego karierze przyniosła rola Gerarda, brutalnego egzekutora w filmie „Dług” Krzysztofa Krauzego, za którą dostał główną nagrodę aktorską na gdyńskim festiwalu w 1999 roku. Sukces ten powtórzył w 2005 roku, grając główną rolę w filmie „Komornik” Feliksa Falka. Popularność u masowej widowni przyniósł mu udział w „S@motności w sieci”. Zagrał też Lecha Wałęsę w „Strajku” Schloendorffa. W „Katyniu” Andrzeja Wajdy kreuje tragiczną postać Jerzego, który cudem uratował się z sowieckiej niewoli. Obecnie jest członkiem zespołu Nowego Teatru Krzysztofa Warlikowskiego. Razem z nim święcił triumfy „(A)polonii” na tegorocznym Festiwalu Awiniońskim. U Warlikowskiego zagrał m.in. Dionizosa w „Bachantkach” (2001), Antonia w „Burzy” (2003), Chanana i Adama.S w „Dybuku (2003), a także Roya M.Cohna w „Aniołach w Ameryce” (2007). Występował także w „Uroczystości” (2001) i „Giovannim” (2006) Grzegorza Jarzyny. Ma 45 lat, jest absolwentem warszawskiej PWST – na wydziałach aktorskim i reżyserii.[/ramka]
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL