fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Opinie

Schować literki przed przedszkolakami

Przypatrzcie się dobrze: oto twarze czającej się IV RP (tutaj jeszcze z makijażem). (Karolina i Tomasz Elbanowscy)
Fotorzepa, Radek Pasterski RP Radek Pasterski
Na potrzeby obniżenia wieku szkolnego MEN przyjęło założenie, że wszystkie dzieci idące do pierwszej klasy mają być analfabetami. Nauczyciele przedszkolni zapowiedzieli jednak prowadzenie tajnych kompletów – piszą publicyści Karolina i Tomasz Elbanowscy
Polskie przedszkola są właśnie po cichu przeobrażane w przechowalnie. Rozporządzenie o nowej podstawie programowej wprowadza praktyczny zakaz nauki czytania dla przedszkolaków, który co gorsza potwierdzają w publicznych wystąpieniach przedstawiciele Ministerstwa Edukacji Narodowej. Dekret przycina możliwości dzieci do wyimaginowanego, sztucznego formatu. A wypracowane przez dziesięciolecia osiągnięcia polskiej pedagogiki lądują w koszu ze ścinkami.
Nadrzędny cel, obniżenie wieku szkolnego, tak bardzo zdominował myślenie reformatorów oświaty, że aby go zrealizować, zignorowali wyniki badań, doświadczenie nauczycieli, zdrowy rozsądek i prawo dziecka do naturalnego rozwoju.
System edukacji przedszkolnej przeżył w latach 90. załamanie. Państwo zrzuciło dużą część odpowiedzialności za oświatę na władze lokalne, które kierowały się przede wszystkim rachunkiem ekonomicznym. To wtedy z mapy Polski zniknęła blisko połowa przedszkoli, likwidowanych masowo przez samorządy. Jeszcze kilka lat temu przedszkola zamykano np. w Gdańsku – notabene wiceprezydentem miasta do spraw oświaty była tam wtedy Katarzyna Hall.
Tej rozległej katastrofie towarzyszył, na zupełnie innej płaszczyźnie, pozytywny trend: do przedszkoli wprowadzono nowoczesne programy nauczania, by rozwijać talenty i zainteresowania dzieci. Nauczyciele poznawali nowe metody i byli wspierani przez metodyków. Dzięki temu nauka czytania odbywała się w sposób niezauważalny. Na tej samej zasadzie, gdy dziecko uczy się języka obcego, przebywając z osobami, które się nim posługują.
Doświadczeni pedagodzy już u czterolatków odkrywają zainteresowanie otaczającymi je napisami i gotowość do nauki czytania (tego obecna reforma wymaga od dzieci sześcioletnich). W wielu przedszkolach dzieci od początku uczą się rozróżniać swoje imię. Przedmioty znajdujące się w salkach dla maluchów opisane są hasłami: klocki, zegar, samochody. Sześcio- czy pięciolatki uczą się czytać w ruchu, tańcząc i śpiewając. Wiele dzieci uczonych takimi metodami po ukończeniu przedszkola potrafi już płynnie czytać. I co najważniejsze – ze zrozumieniem, gdyż są uczone czytania, a nie techniki czytania. Dzięki temu minimalizuje się również problemy dzieci z predyspozycjami do dysleksji.
Dobre efekty tych metod potwierdziły ogólnopolskie badania umiejętności sześciolatków, przeprowadzone przez Akademię Świętokrzyską. Raport akademii stwierdza też jednoznacznie, że dzieci uczą się i rozwijają o wiele lepiej w przedszkolach niż w oddziałach zerowych w szkole.
Reforma edukacji wprowadzana w tym roku przez MEN zamiast utrwalić dobre tendencje w nauczaniu i odtworzyć sieć przedszkoli w całej Polsce, degraduje je do roli placówek stricte opiekuńczych. Nowa, zubożona podstawa programowa dla przedszkoli ogranicza do 1/5 czas poświęcany na zabawy edukacyjne. Odejście od elastycznego podziału pracy odbiera nauczycielowi możliwości dostosowania zajęć do indywidualnych potrzeb wychowanków. W efekcie będzie więc hamować ich rozwój i marnować potencjał. To dziecko będzie się musiało dostosować do programu, a nie program do dziecka.
Pani minister Katarzyna Hall wielokrotnie powtarzała, że zmiany są konieczne, bo dzieci w pierwszej klasie się nudzą. Zamiast jednak zsynchronizować program zerówki i pierwszej klasy, podnosząc poziom kształcenia we wszystkich przedszkolach, wolała zlikwidować problem, eliminując z przedszkolnej podstawy programowej naukę liter. Wprowadzane z dnia na dzień zmiany uderzą również w tegoroczne siedmiolatki.
Na potrzeby obniżenia wieku szkolnego przyjęto założenie, że wszystkie dzieci idące do pierwszej klasy mają być analfabetami. W ten sposób cały rocznik dzieci, które rozpoczynają teraz szkołę, przeżywa edukacyjne deja vu. Program przewiduje dla nich uczenie czytania od początku. Zmarnowanie startu edukacyjnego całemu rocznikowi siedmiolatków przyszło pani minister z ogromną łatwością.
Nauczyciele przedszkolni zapowiedzieli podjęcie tajnych kompletów mimo krążących od września doniesień o urzędowych kontrolach nieuczenia. Stróże nowej podstawy w swojej gorliwości posuwają się do nakazów usunięcia z sal dla sześciolatków tablic z literkami. Wszystko po to, aby skuteczniej wpływać na rodziców, którzy przez trzy lata mają jeszcze wybór: zerówka czy szkoła.
W warszawskich podstawówkach zawisły specjalne plakaty propagandowe przedstawiające edukację szkolną dla sześciolatka w samych superlatywach. Siłowe wdrażanie nowego programu staje się narzędziem szantażu: „Nie posyłajcie dziecka do zerówki, bo niczego się nie nauczy”. Za to w pierwszej klasie sześciolatek będzie musiał nadgonić program dwóch lat, o czym propagatorzy reformy wolą nie mówić.
Niektórzy dyrektorzy, namawiając do wybrania szkoły, przekonują, że program pierwszej klasy jest odpowiednikiem dawnego programu zerówki, co oczywiście nie jest zgodne z prawdą. Rodzice często nie zdają sobie sprawy, że od sześciolatka wymagana będzie znajomość lektur i umiejętność kaligrafowania.
Paradoksalnie, nowy program przedszkolny eliminujący naukę liter wymaga od małych dzieci przyswojenia o wiele poważniejszych umiejętności. Wśród nich wyróżniają się dwie: „mówi płynnie i niezbyt głośno” oraz „podejmuje rozsądne decyzje”. Tak określone wymagania przerastają nie tylko możliwości pięciolatków, ale i wielu dorosłych, nie wyłączając samych autorów reformy.
[i]Autorzy są dziennikarzami, twórcami organizacji Ratuj Maluchy oraz Stowarzyszenia Rzecznik Praw Rodziców. [/i]
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA