Historia

Świadectwa najazdu

[srodtytul]„Zdelegalizowani” dyplomaci[/srodtytul]
[b]Polski attaché wojskowy w Moskwie pułkownik dyplomowany Stefan Brzeszczyński:[/b] O ile rząd sowiecki od pierwszej chwili zajął stanowisko w stosunku do Polski wyraźnie nieprzychylne, dowodem czego były jego radiowe komunikaty z pola walki: tendencyjne, a często po prostu wrogie, o tyle ludność sowiecka (na ulicach, w metrze, w sklepie) darzyła nas sympatią, okazywała współczucie.
Od czasu do czasu odbywały się w parku im. Gorkiego masowe mityngi, na których oficjalny mówca naświetlał aktualną międzynarodową sytuację polityczną, oczywiście, z punktu widzenia sowieckiego. Na tydzień przed takim mityngiem pojawiało się ogłoszenie w miejscowej prasie, a przy bramach do parku były wystawiane tablice podające dzień, godzinę i temat. Taki mityng miał się odbyć 8 września 1939 r. o godz. 2 po południu. Umówiłem się więc z trzema zaprzyjaźnionymi attaché wojskowymi: angielskim, amerykańskim i fińskim, że pojedziemy na ten mityng razem, bo miała być omawiana wojna niemiecko-polska. Wszyscy mówiliśmy biegle po rosyjsku. Przemówienie było nieprzychylne dla Polaków i zebrani przyjęli je raczej chłodno. Dopiero gdy pod koniec przemówienia mówca podniesionym głosem krzyczał: „A cóż my, sowiecki naród i rząd, mamy patrzeć z założonymi rękami na cierpienia naszych braci Białorusinów i Ukraińców z winy pańskiej Polski?”. Mówca nie dał wprawdzie odpowiedzi na to pytanie, ale zebrani zrozumieli je po swojemu, tj. że wojska sowieckie pójdą na pomoc Polsce! Prawie wszyscy krzyczeli: „W pachod, w pachod protiw wrednym Germancam”. O godz. 12 w nocy z 16 na 17 września 1939 r. wezwano telefonicznie polskiego ambasadora Wacława Grzybowskiego do Narkomindiełu w bardzo pilnej sprawie. Ambasador, wyjeżdżając, uprzedził mnie i radcę, śp. Tadeusza Jankowskiego, byśmy na niego czekali. Wrócił pięć minut przed drugą w nocy. Poprosił nas do swego gabinetu. Był blady i mocno przybity. Powiedział nam: – Sprawdziły się nasze przewidywania: dziś o godz. 4 rano wojska sowieckie przekroczą granicę polsko-sowiecką na całej jej długości. Przyjął mnie Władimir Potiomkin, zastępca Mołotowa, i chciał mi doręczyć oficjalną notę na ten temat, której ja nie przyjąłem. Więc powiedział mi brutalnie, że rząd polski i naczelny wódz uciekli do Rumunii i że Polska jest zajęta przez wojska niemieckie. Dla ratowania swych pobratymców Białorusinów i Ukraińców wojska sowieckie wkraczają dziś, 17 września 1939 r., o godz. 4 rano do Polski. Odpowiedziałem mu na to, że jest to jednostronny i samowolny akt rządu sowieckiego w stosunku do Polski, z którą ma pakt o nieagresji, wciąż obowiązujący tak rząd sowiecki, jak i rząd polski. Potiomkin na to odpowiedział, że rząd polski nie istnieje, nie istnieje więc i pakt i polscy dyplomaci. Od tej chwili nie przysługują Polakom tytuły dyplomatów. Jest po prostu grupa Polaków zamieszkałych w sowieckiej Rosji, którzy za czyny niezgodne z prawodawstwem sowieckim będą sądzeni przez sądy sowieckie. (...)Ambasador Grzybowski po naradzie z paru starszymi członkami ambasady i konsulem moskiewskim zmienił kierunek naszego wyjazdu na Helsinki i Sztokholm. Ambasador włoski, jako zastępca dziekana, powiadomił o tym Narkomindieł i przy tej okazji poprosił o przyspieszenie wydania wiz polskim dyplomatom. Konsulaty polskie w Kijowie i Mińsku otrzymały polecenie niezwłocznego przyjazdu do Moskwy, gdzie mają oczekiwać na wizy wyjazdowe do Helsinek. Tymczasem na parę dni przed wyjazdem z Kijowa do Moskwy naszego konsulatu konsul Matusiński został wezwany o godz. 23 do jakiegoś urzędu sowieckiego. Z uwagi na niezwykłą porę wziął z sobą dwóch szoferów i... nigdy do konsulatu nie powrócili. Ktoś z konsulatu zatelefonował do naszej ambasady. Powiadomiony o tym zastępca dziekana został przyjęty po paru dniach przez samego Mołotowa, który udał zdziwionego i po chwili namysłu odpowiedział zastępcy dziekana, że najwidoczniej uciekli do któregoś z sąsiednich krajów i on, Mołotow, zarządzi dochodzenie w stosunku do kijowskich władz bezpieczeństwa. Po paru dniach przyjechał do Moskwy konsulat kijowski bez p. Matusińskiego i dwóch szoferów; przyjechała natomiast pani Matusińska z małą córeczką. Konsulatowi w Leningradzie nie pozwolono oddać gmachu i dobytku państwowego pod opiekę innemu konsulowi i niemal siłą wyrzucono personel z gmachu konsulatu, a konsulatowi mińskiemu urządzono ponadto demonstrację „oburzonego ludu” tak, że milicja z „trudem” ich obroniła przed pobiciem, wskutek czego personel konsulatu stracił swój bagaż osobisty. [srodtytul]Porwanie konsula[/srodtytul] [b]Notatka w sprawie zaginięcia konsula RP w Kijowie Jerzego Matusińskiego: [/b] Po ponownym nawiązaniu stosunków dyplomatycznych pomiędzy Polską i Rosją w lecie 1941 r. ambasada polska w Moskwie kilkakrotnie zwracała się do władz sowieckich w sprawie losu p. Jerzego Matusińskiego oraz obydwu szoferów i w sprawie poszukiwania ich, lecz nie dało to żadnych rezultatów. Władze sowieckie traktowały sprawę zgodnie z twierdzeniem p. Mołotowa: „Pan Matusiński nie jest w naszych rękach”. Tymczasem nie było to zgodne z rzeczywistością. W szeregach Wojska Polskiego tworzonego w ZSRR znalazł się p. Andrzej Orszyński, jeden z szoferów, którzy zniknęli wraz z p. Jerzym Matusińskim w nocy 30 września 1939 r. Szofer Orszyński prawdopodobnie przez pomyłkę wypuszczony został przez władze sowieckie z więzienia po wydaniu dekretu sowieckiego o zwolnieniu więźniów polskich. [b]Andrzej Orszyński zeznał protokolarnie, że owej nocy 30 września 1939 r. w Kijowie zostali wszyscy trzej:[/b] radca Jerzy Matusiński, szofer J. Łyczek i on, Andrzej Orszyński, aresztowani przez NKWD bezpośrednio po zajechaniu auta konsulatu przed gmach Narkomindiełu w Kijowie i przewiezieni do więzienia w Kijowie, gdzie umieszczono ich w osobnych celach. Osiem dni później przewieziono ich pociągiem w osobnych przedziałach – Orszyński widział wsiadającego do pociągu p. Matusińskiego – do Moskwy, dokąd przybyli 10 października 1939 r. i umieszczeni zostali w słynnym więzieniu na Łubiance. Orszyński przebywał w tym więzieniu do końca lipca 1941 r., po czym ewakuowano go do Saratowa, skąd wreszcie został zwolniony. [srodtytul]Komdiw w Grodnie[/srodtytul] [b]Dowódca 6. Korpusu Kawalerii Grupy Konno-Zmechanizowanej Frontu Białoruskiego komdiw (gen. mjr) Andriej Iwanowicz Jeremienko:[/b] W walkach na podejściach do Grodna wszystkie trzy samochody pancerne, z których kolejno dowodziłem walką, zostały uszkodzone. (...) Przeciwnik podpalał nasze czołgi, oblewał je z domów gorącą cieczą. Spłonęło już kilka wozów bojowych. Młodzi, jeszcze nieostrzelani w bojach czołgiści pogubili się. Wtedy zdecydowałem się sam poprowadzić ich do walki. Wsiadłem do czołgu BT-5 i rozkazałem jednemu pułkowi czołgów iść za mną w kierunku na duży most. Za moim czołgiem szło w pierwszym rzucie jeszcze dziesięć. Przed mostem mój wóz został trafiony. Zatrzymały się idące jego śladem czołgi. Przeciwnik „polewał” nas ołowiem. Wyjść z wozu, by dać jakikolwiek znak, nie było można, a łączności radiowej w czołgach nie było. (...) Zaledwie przesiadłem się do drugiego czołgu, znowu niepowodzenie. Niedaleko mostu czołg się zapalił. Trzeci raz na czołgu BT-7 poprowadziłem kolumnę nie na główną ulicę, ale po ulicy nadbrzeżnej. (...) Na moście nawiązaliśmy walkę z punktami ogniowymi przeciwnika. Z brzegu wspierało nas jeszcze pięć czołgów. Ten nierówny bój trwał przeszło godzinę. Wystrzelaliśmy całą jednostkę ognia, niszcząc około 20 punktów ogniowych przeciwnika. Mój czołg także miał uszkodzenia: trzy przestrzeliny, przeszło 20 dużych wgięć. Rozbity został karabin maszynowy, oba celowniki, chłodnica, uszkodzony zbiornik na paliwo. Wszyscy byliśmy ranni: kierowca, ładowniczy i ja. Na resztkach benzyny na tylnym biegu z trudem uszliśmy do ukrycia. (...) [srodtytul]Małego wzrostu, w szmacianych butach...[/srodtytul] [b] Halina Balcerak o wydarzeniach w Dziśnie na Białorusi:[/b] 17 września nad ranem około godz. 3 usłyszeliśmy strzały. Bolszewicy wkraczali do miasta przez most nad Dzisienką (do 1991 r. jeszcze nie zdążyli naprawić mostu uszkodzonego w czasie wojny) i przez bród na Dźwinie. Ale chyba nie zaskoczył naszej małej grupki żołnierzy KOP, do której dołączyli chłopcy z naszego gimnazjum. Kierował nimi nauczyciel geografii, kolega mojego ojca, por. rez. mgr Zygmunt Giergowicz – zamordowany potem w Katyniu. Jego żona, śliczna pani Anna Giergowiczowa, mieszkała po wojnie gdzieś na Śląsku. Nasi żołnierze ostrzeliwali się ostro, słychać było nieustanną kanonadę. Niestety bolszewicy byli silniejsi, było ich dużo i nasi około godz. 7 rano wycofali się w stronę Łotwy, kraju zawsze nam przyjaznego. Zobaczyliśmy tych – oczekiwanych z utęsknieniem przez część naszej społeczności – żołnierzy sowieckich; byli dziwni: małego wzrostu, na krzywych nogach, brzydcy i mieli na głowach te dziwne czapki, a także w szmacianych butach. Byli strasznie głodni. Paru wpadło do domu i prosili o jedzenie. Wzięli chleb, jakąś wędlinę, od ojca papierosy itp. Sami żołnierze byli w miarę grzeczni i zaraz ruszyli dalej w Polskę, a do Dziśny wkroczyło NKWD. Wreszcie nasi komuniści mogli się wykazać i nacieszyć. Nie da się ukryć, że byli to głównie Żydzi i paru Białorusinów (...). Nosili oni spisy – zrobione już wcześniej – „trefnych” Polaków. Jednym z nich był mój ojciec, bo walczył w dwudziestym roku z bolszewikami. Wieczorem był spektakl. Mieszkaliśmy w alei Józefa Poniatowskiego, naprzeciw szpitala; w środku ulicy między drzewami stało za metalowym płotkiem popiersie Józefa Piłsudskiego. Nasi Żydzi przyszli tu z pochodniami i śpiewając Międzynarodówkę, rozbijali to popiersie. Przynieśli też ze sobą łomy i siekiery; wrzeszcząc, tłukli na drobne kawałki Marszałka. Patrzyłam z okna przerażona, zszokowana. Na razie zostawili nas w spokoju. Natomiast zamknęli wszystkie sklepy i towary trzymali dla swoich towarzyszy zza wschodniej granicy. (...) Po paru tygodniach nowe władze zapędziły nas do szkoły i nauczyciele byli na razie potrzebni. Od razu musieliśmy „umieć” mówić po rosyjsku i pisać cudaczną dla nas cyrylicą! Nauczycielka, piękna Żydówka, koleżanka mojej mamy, absolwentka Uniwersytetu im. St. Batorego, powiedziała do mnie: „Pierestań goworit etim sobaczim jazykom, waszej Polszy uże nikogda nie budiet!”. [srodtytul]Spasajs, biełyje![/srodtytul] [b]Plutonowy Wincenty Surynt ze szwadronu KOP „Krasne”:[/b] Gdy czołgi sowieckie nadjechały do wsi i pierwszy czołgista zobaczył ciało Sawickiego, specjalnie wjechał na zwłoki i zmiażdżył go zupełnie. Po ich przejechaniu nie zostało prawie śladu i później matka zabitego przez długie tygodnie przychodziła na to miejsce, brała ziemię do woreczków i nosiła na zrobioną w swojej wsi mogiłę. O losie zwłok drugiego ułana nigdy się nie dowiedziałem. Wracając do naszych losów, to cały pluton po powrocie porucznika wycofał się na Krasne, gdzie szwadron był już gotów do wymarszu. Ludzie przelękli stoją na ulicy, a do nas podbiega Żyd Alperowicz z walizką w ręku i woła na mnie: „Panie Surynt, w tej walizce są pieniądze państwowe, zabieraj je pan”. Ja do niego: „Teraz już za późno, trzymaj je pan”. Były to pieniądze zebrane przez niego od miejscowych Żydów na FON, a raczej tylko ich część, bo przekazał poprzednio już 25 000 zł do skarbu, olbrzymią sumę jak na takie małe miasteczko. (...) Parę kilometrów za Oszmianą czołgi weszły nam na ogon. Galopem waliliśmy traktem pod górę, z obu stron wysokie nasypy, zaczęły się mieszać nasze wozy taborowe, taczanka na końcu pruła ogniem, ale czołg jednak po prostu zmiażdżył ją razem z kapralem i trzema końmi. Zaczyna się ogromne zamieszanie. Szwadron skręca w lewo, zastępca dowódcy szwadronu oraz kpr. Skrunc jadą prosto na Wilno, ja zaś w grupie 18 jeźdźców skręcamy w prawo. Jest z nami plut. Ciechan, kpr. Miłosz, ja i 15 ułanów.(...) Gdy tak walimy przez pole, nagle widzimy duży oddział kawalerii sowieckiej idący stępem w poprzek naszej drogi. Bez rozkazu, bez zwalniania tempa, wszystkie szable jak jedna wylatują z pochew. Pędzimy cwałem w kierunku zagajnika. A ci zbaranieli, ta chwila była moją najprzyjemniejszą przygodą w życiu. Zamieszanie, jakie zrobiło się w tej bolszewickiej kolumnie, trudno opisać. Nierąbani, niebici, spadali ci „kawalerzyści” ze swych koników, inni wiali w tym samym co i my kierunku, do zbawczego zagajnika. Krzyki „udieraj, spasajs, biełyje” rozległy się z boku. A my pod wodzą kpr. Miłosza, konie prują jak na ćwiczeniach, szable błyszczą, wspaniała szarża, choć krew się nie polała. (...) Wychodzimy z lasu, a tu pełno czołgów. Stajemy. Zbliża się jakiś komandir sowiecki. Ja zaczynam coś mówić, plącze mi się jednak język. Rotmistrz Anton macha ręką i sam doskonałym rosyjskim poddaje oddział. Rozdzielają konie od ludzi, każą rzucać broń na stos, rewidują; nas dwóch trzymają na boku. W ten sposób szwadron kawalerii KOP „Krasne” przestał istnieć. (...) [srodtytul]Gimnazjalistów rozstrzeliwali[/srodtytul] [b]Marian Trachimowicz o walkach w Grodnie:[/b] W 1939 r. miałem czternaście lat. W końcu sierpnia 1939 r. ojciec mój, Teodor Trachimowicz, został zmobilizowany (miał 44 lata) i przydzielony do ochrony mostów w miejscowości Mosty. Po przekroczeniu przez wojska sowieckie granicy polskiej 17 września jednostka, w której służył mój ojciec, otrzymała rozkaz powrotu do Grodna. Niedaleko od Mostów w lesie pociąg został ostrzelany i zatrzymany (barykada ustawiona na torach) przez partyzantów-komunistów. Ojcu mojemu wraz z kilkoma kolegami udało się uciec i 18 września dostać się do Grodna. Wraz z kolegami patrolował ulice miasta oraz zwalczał strzelających do polskich żołnierzy komunistycznych dywersantów. W czasie patrolowania ulicy Brygidzkiej z kamienicy znajdującej się na rogu placu Batorego (naprzeciwko kościoła farnego) padły zdradzieckie strzały – dwóch kolegów z patrolu zginęło, a ojciec cudownie ocalał. Widziałem zabitych – w pozycji siedzącej opartych o ścianę sklepu Lewandowskiego. Jeden z nich nazywał się Kozłowski. Z Henrykiem Bochenkiem i Mietkiem Górewiczem pełniliśmy służbę harcerską w czasie obrony Grodna. Zginęli m.in. moi koledzy: Lebioda i Budzyński. Nad Niemnem bolszewicy wyciągnęli z piwnicy i rozstrzelali braci Waniukiewiczów. Wiadomość tę przekazała nam ich siostra Ola. Ojcu memu i jego koledze, Brażukowi, udało się uratować (brali udział w walce z sowieckimi czołgami), natomiast koledzy ojca – Czuszel i Sarosiek – zostali wywiezieni. Czuszel (z zawodu fryzjer, miał fryzjernię na ulicy Brygidzkiej) z Rosji już nie wrócił. Cywilnymi organizatorami walki z bolszewikami byli m.in. wiceprezydent Sawicki i komendant straży pożarnej Mikulski (jego córka mieszka obecnie w Warszawie). Matka moja zdołała spalić umundurowanie ojca i moje gimnazjalne ubranie (gimnazjalistów Rosjanie rozstrzeliwali za udział w walkach). [srodtytul]Żołnierze, ochotnicy i uczniowie[/srodtytul] [b]Mieczysław Wołodźko o obronie Grodna:[/b] Było to 20 września rano. Zaczęli tworzyć te drużyny szturmowe, więc się do nich zgłosiłem. (...) Biegliśmy jedną ulicą, dobiegliśmy do rogu ulicy i tu stał czołg. I strzelał na wprost z karabinu i z armaty. I znowu to samo: żołnierze zaczęli uciekać, a ja tylko przebiegłem przez ulicę i nawet chciałem dostać się do domu, ale drzwi były zamknięte, a on jak walił, to walił w szyby. W pewnym momencie przestał strzelać, coś mu się popsuło. Więc my zza rogu do niego strzelaliśmy i rzucaliśmy granaty i w pewnym momencie otworzyła się klapa, wyskoczył jeden z żołnierzy, ale w dalszym ciągu nie wiedzieliśmy, kto to jest. Jak strzelaliśmy do czołgu ze wszystkich stron, ten żołnierz dostał pocisk w twarz. Wydostał się z czołgu i upadł. Podbiegliśmy do niego, a on mówi: „Towariszczy, nie zabijajcie mnie”. Dopiero wtedy dowiedzieliśmy się, że są to bolszewicy. Przyłączyli się do nas uczniowie, robotnicy, nieśli amunicję, pomagali nam... To była cała grupa, tak że wojsko jako wojsko już przestało być, tyle tylko, że w tej grupie byli i żołnierze, i uczniowie. Dobiegliśmy do tego bolszewika i ktoś z robotników zaczął mu przeszukiwać kieszenie i znalazł jakąś legitymację. Przeczytał i krzyczy: „Słuchajcie! To taki nie taki, to Żyd. W tym i w tym roku uciekł do Rosji”. Był on w stopniu lejtnanta. Jakiś żołnierz-lotnik skoczył do niego z karabinem, chyba chciał go dobić – trudno mi w tej chwili powiedzieć – w każdym razie zasłoniłem mu drogę, bo byłem w harcerstwie: jak dobijać rannego? To było nie do pomyślenia. Ja i jakiś jeszcze żołnierz wzięliśmy go na karabiny i chcieliśmy wnieść do bramy na tej ulicy. Zobaczyliśmy tam trzy osoby przez niego zabite. Jak strzelał z armatki i z cekaemu, to w bramie stali ludzie. Pocisk uderzył w tę bramę żelazną i zabił kobietę i dwóch mężczyzn czy odwrotnie – nie pamiętam. Rzuciliśmy go tam. (...) biegliśmy w stronę koszar. Patrzymy – stoi beczka z benzyną i nalewają benzynę do butelek. Dzieciaki przynoszą butelki z różnych stron, a harcerki, czy ktoś, nalewają benzynę, i tam spotkałem znów tego kolegę z Landwarowa, Stankiewicza. Nabraliśmy tej benzyny do wiadra, w butelkach, ale wiadrem, i biegniemy dalej. Nad samym Niemnem, zaraz przy koszarach, znów stał czołg. Też strzelał do nas i też nie mógł ruszyć, bo jedna z jego gąsienic buksowała. Odkręcił się frontem do nas i też strzelał i z armatki, i z cekaemu. Przeważnie jednak z cekaemu. A tu, przed czołgiem, chyba ze dwadzieścia kilka metrów były wykopane okopy, w których my byliśmy z tą benzyną. W tym czasie zaczął krążyć samolot, kukuruźnik. Nie rzucał bomb, tylko krążył. Ponieważ było to tuż nad Niemnem – po drugiej stronie rzeki szła jakaś tyraliera, w zielonych ubraniach. I nie wiadomo, czy to byli nasi... Oni byli może jakieś dwieście metrów od rzeki, także odległość między nami była może do trzystu – czterystu metrów. W mojej drużynie był podchorąży bez stopnia, Hlebowicz, i on krzyknął: „Nie strzelać, przerwać ogień”. Dostał się do Niemna, dorwał jakąś łódkę i płynął na drugą stronę. Kiedy dopłynął do połowy rzeki, odwrócił się i krzyknął: „Strzelać, bolszewicy!”. Padł na dno, a prąd rzeki poniósł go z łódką, a wtedy z naszej strony zaczęli z cekaemu siać i rzeczywiście wielu żołnierzy padło. [srodtytul]Bali się zrobić trumnę...[/srodtytul] [b]List Bronisława Wysiekierskiego do Barbary Ścisłowskiej opisujący pogrzeb jej męża, rotmistrza Apoloniusza Ścisłowskiego, poległego w Kodziowcach 22 września 1939 roku:[/b] [srodtytul]Kochana Basiu![/srodtytul] Dziękuję Ci za nadesłane wiadomości. Na list Twój, który wczoraj otrzymałem, spieszę Ci donieść o tych smutnych i niezapomnianych dla mnie chwilach, jakie spędziłem z Twoim biednym Luśkiem. Ja chciałem zabrać Zochę i Dankę do Pełeł, więc wyjechałem do Warszawy, lecz nie dostawszy się, wróciłem do domu. Otóż w drodze powrotnej dojechałem do Grodna, a z Grodna piechotą, gdyż nasi odstępowali przed bolszewikami. W tej drodze spotkałem się ze śp. Luśkiem i tak rozstaliśmy się we wsi Kodziowce, gm. Balla Wielka, i tam 22 września w piątek o godz. 6 Lusiek dostał postrzał w bok i kula przeszła przez brzuch i po krótkiej chwili zmarł. Przenieśli go koledzy do stodoły i wszyscy się gdzieś ulotnili, więc ja zostałem, aby zająć się pogrzebem. Ponieważ ludzie i ja obawialiśmy się bolszewików, to nikt nie chciał zrobić mi trumny. Wtedy udałem się do sąsiedniej kościelnej wioski Sylwanowicze (popr.: Sylwanowce) z prośbą do miejscowego księdza Średnickiego, aby mi w tem pomoc okazał, lecz i on, biedak, wystraszony ledwo że udał się na cmentarz, bo tam jest pochowany śp. Lusiek. Pokropił ciało, odśpiewaliśmy z ludźmi, co kopali groby, modlitwy i na tem koniec. Chciałem zakupić mszę, ale powiedział mi, że już ma dzień zajęty, więc prosiłem go o deski na trumnę, to powiedział, że nie można tak wynosić go ponad innych itd., słowem, dostałem jedną dłuższą i dwie krótsze deski, położyłem więc ciało na takiej desce, a krótszą jedną pod głowę, drugą pod nogi: a ponieważ jest we wspólnym grobie, to ciało jego jest na samem wierzchu, okryte płaszczem, i tak robiłem, gdyż myślałem o tem, że będzie po wojnie pochowany inaczej, a więc żeby to było możliwe do wykonania. Do tego stopnia bali się ludzie coś robić, że nawet deski piłować i zanieść na cmentarz musiałem sam. Co zaś do pamiątek, to musieli koledzy zabrać, gdyż przy nim nic nie było, a myśląc o jakichś dla was pamiątkach, wyciąłem trochę włosów znad czoła, następnie, kładąc do grobu, zauważyłem spinki w mankietach, więc włosy, myślę, będą dla żony i matki, a spinki zdjąłem z myślą o pamiątce dla syna. Więcej nic po nim nie mam i jeżeli nie koledzy zabrali, to pewno bolszewicy. Ja siedzę tu i gospodaruję sam z młodym szesnastoletnim chłopcem, więc to bardzo ciężko, a przy tym bez koni. Miałem wiadomość, że jakoby księdza Kryńskiego zamordowali bolszewicy. Wracając, wstąpiłem do Zelwy i tam przysłał Lusiek swój motocykl na przechowanie, pewnie też przepadnie. [srodtytul]Zemsta na bezbronnych[/srodtytul] Podporucznik rezerwy Józef Klauda o wydarzeniach w rejonie Wytyczna: W domu zastałem generała brygady ze sztabem. Jak się okazało, był to dowódca KOP, gen. bryg. Wilhelm Orlik-Rückemann, ze swym sztabem. Poinformowałem go o sytuacji w okolicy i niedawnym przemarszu Armii Czerwonej w kierunku na Cyców-Łęcznę-Lublin. Rankiem następnego dnia – w niedzielę 1 października 1939 r. – od strony starego gościńca prowadzącego do Łęcznej, około godz. 8, pokazało się trzech jezdnych. Po stwierdzeniu przez lornetkę, że to bolszewicy, w tym oficer – leżący przy erkaemie kapral (stanowisko erkaemu znajdowało się przy skrzyżowaniu dróg obok mego domu) pociągnął po jezdnych serią. Oficer spadł z konia, dwaj pozostali odjechali galopem. Po kilkunastu minutach z tego samego kierunku nadleciały pociski artyleryjskie, a jednocześnie ukazała się atakująca piechota bolszewicka, wsparta samochodami pancernymi. Usytuowana w lesie koło Wólki Wytyckiej nasza bateria dział 75 mm odpowiedziała ogniem, powodując panikę na stanowiskach artylerii bolszewickiej (opowiadali mi o tym mieszkańcy kolonii podworskiej, gdzie były stanowiska sowieckiej artylerii). Walka trwała około trzech godzin. Na skutek wyczerpania amunicji nasze oddziały wycofały się w kierunku lasów w rejonie Doniniczyna i Wólki Wytyckiej, gdzie część wojska rozproszyła się na rozkaz dowódców. Inni, w tym bateria dział 75 mm, w szyku zwartym wycofali się na północ. Wskazałem dowódcy baterii przejście przez bezdroża „Durnego Bagna” w kierunku na Lipniak-Janówkę-Sosnowicę. Część żołnierzy dostała się do niewoli bolszewickiej.(...) Rannych polecili wnieść do Domu Ludowego, gdzie zamknęli ich na klucz, nie udzielając pomocy lekarskiej. Pozamykali również okiennice, aby nikt nie mógł wydostać się ze środka. Dopiero w poniedziałek, 2 października 1939 r., zjechała z Włodawy sowiecka kolumna sanitarna, niby w celu udzielenia rannym pomocy lekarskiej. Oczywiście wszyscy ranni zmarli z upływu krwi. Poległych i zmarłych z ran żołnierzy polskich obdarto z mundurów, a dokumenty złożono na stos i spalono. Umundurowaniem podzielili się żołnierze sowieccy i miejscowi Ukraińcy. (...) Oto kilka faktów, które widziałem osobiście. Już po zakończeniu walk w rowie przydrożnym, biegnącym obok moich zabudowań, czerwonoarmista zastrzelił bezbronnego szeregowego, każąc mu uprzednio podejść do siebie. Przed zgonem żołnierz ten zdążył mi jeszcze powiedzieć, że nazywa się Kazimierz Sykut. Na drodze, w pobliżu mego domu, leżał żołnierz polski ranny w brzuch. Miejscowi Ukraińcy bili go i kopali. Przed śmiercią powiedział mojej sąsiadce, Polce, że nazywa się Władysław Matusiak i pochodzi z Pruszkowa. Sąsiadka przekazała mi jego nazwisko. W pobliżu zabudowań dworskich bolszewicy rozstrzelali trzech bezbronnych, wziętych do niewoli, żołnierzy polskich. Ciała ich polecili zakopać w przydrożnym rowie (...) Rozebranych do bielizny żołnierzy polskich w liczbie osiemdziesięciu siedmiu pochowano w rogu prawosławnego cmentarza znajdującego się naprzeciwko młyna. Trzech żołnierzy wyznania mojżeszowego zabrali Żydzi na kirkut do Włodawy, a trzech rozstrzelanych (jak podałem wyżej) zakopano w rowie przy szosie. Ogółem straty polskie w boju pod Wytycznem wyniosły dziewięćdziesięciu trzech poległych w walce, zmarłych z ran na skutek nieudzielenia im pomocy lekarskiej, zamordowanych i rozstrzelanych po zakończeniu walk. Straty sowieckie jako strony atakującej musiały być proporcjonalnie wyższe, stąd wściekłość i zemsta na bezbronnych. W 1947 r., gdy przebywałem jeszcze w więzieniu, władza ludowa ekshumowała wszystkich żołnierzy zarówno z cmentarza prawosławnego, jak i z rowu przy szosie na cmentarz wojenny do Włodawy. Spoczywają tam pod bezimiennymi krzyżami, a napis na stojącym pośrodku cmentarza pomniku głosił, że „Polegli w walce z hitlerowskim najeźdźcą”. [srodtytul]Komandir i polski oficer[/srodtytul] Podporucznik rezerwy Jarosław Siemianow z baonu KOP „Dederkały”: Szedłem w szpicy oddziału rozpoznawczego i w opłotkach nieznanej wioski nagle wyrosła przed nami grupa cywilów z czerwonymi opaskami i gwiazdami. Dowodził nimi oficer w randze młodszego lejtnanta, który na wieść, że idziemy walczyć z Niemcami pod Lwowem, ryknął śmiechem. Krztusząc się z pogardliwej uciechy, oznajmił swoim ludziom, że „polskije rebiata idut ratować ojczyznę”, po czym nagle spoważniał, podszedł do mnie i gniewnie wyciągnął rękę do moich naramienników, sycząc, że nasza ojczyzna już nie istnieje, a on zaraz pokaże, co znaczy polski oficer. Zanim dotknął munduru, leżał już zalany krwią po ciosie, jaki wymierzyłem mu kolbą visa. Huknęły strzały, rozległy się jęki wśród żołnierzy sowieckiego patrolu. Nie wiem nawet, czy ktoś poległ, bo oto nadciągnął Skrocki ze swoimi żołnierzami i po naszych przeciwnikach została garstka przerażonych zwykłych ludzi, którym nagle minęła buta i poczucie wyższości. Pozbierali rannych wraz z zakrwawionym „komandirem” i wynieśli się czym prędzej. (...) W Krzemieńcu było już NKWD i administracja sowiecka. Rosjanie zostawili w spokoju naszych żołnierzy, ale oficerów i podoficerów konsekwentnie wyłapywali i rozbrajali. Kilku, którzy odmówili oddania broni, zastrzelili bez pardonu. [srodtytul]Mord na generale[/srodtytul] [b]Alfreda Olszyna-Wilczyńska, żona dowódcy DOK III Grodno:[/b] Około godz. 6.30 zapukał do naszego pokoju adiutant męża, (kapitan art. Mieczysław Strzemeski, 22 września – red.) meldując, że trzeba już jechać. (...) Jechaliśmy może pięć minut, gdy zamajaczyły przed nami dwa czołgi sowieckie. Posypały się strzały karabinowe z tyłu i z przodu. Odwrotu nie było. Droga była bardzo zła, rozmokła po kilkudniowych ulewnych deszczach, samochód ciężki i długi (Buick). Zanim szofer zdążył przełożyć biegi, obskoczyli nas żołnierze sowieccy z granatami i karabinami gotowymi do strzału z okrzykiem: „Stój, wylezaj, a to ubijem na miestie”. Opierać się czy wyjść – rezultat ten sam, bo wszystko stało się tak błyskawicznie, że obrona z samochodu była niemożliwa. Pierwszy wysiadł kapitan, za nim ja, a w końcu mąż, szofer i pomocnik. Zostaliśmy od razu otoczeni. Przed każdym z nas stał jeden bandyta z granatem przy twarzy, a drugi z wycelowanym karabinem, zaś dwaj komisarze poczęli nas rewidować, przede wszystkim mnie, potem kapitana i męża. Zabrali nam wszystko: ubranie, pieniądze, wszelkie drobiazgi, a nawet zepsutą zapalniczkę kapitana. Po ograbieniu nas zapytywali kilkakrotnie męża, kim jest i czym dowodzi. Odpowiedział, że jest oficerem i dowodzi wojskiem. Następnie pytali, czy dużo wojska jest w pobliżu. Odpowiedzi na to już nie otrzymali. Wobec tego mężowi i kapitanowi kazali iść na lewo pod czołgi, a mnie na prawo do stodoły. (...) Po kilku minutach „zagrały” karabiny maszynowe, rozpoczęła się strzelanina, następnie wszystko ucichło. W tym momencie żołnierz sowiecki przyniósł mi do stodoły walizkę męża związaną sznurem generalskim. (...) Na pudełku od papierosów i neseserze męża były krwawe plamy. Zdrętwiałam oniemiała. Walka trwała dalej. Ale na mnie to już nie robiło wrażenia. Chodziłam po stodole, załamując ręce, prosiłam tych ludzi, by mnie wypuścili, lecz bez skutku. Nagle wszystko ucichło, tylko z daleka dochodził szum odjeżdżających czołgów. Wybiegłam ze stodoły mimo protestów i gróźb i już z daleka zobaczyłam dwie ciemne plamy na polu pod krzakami. Biegłam szybko przez mokradła, a za mną wybiegł jeden z mężczyzn ze stodoły. Wiedziałam już, że tam leży mój mąż i jego adiutant, lecz miałam jeszcze nadzieję, że może żyją, może są tylko ranni. Niestety, widok, który się ukazał moim oczom, był tak okropny, że nie miałam sił iść dalej. W oczach mi wszystko tańczyło. W tym momencie mężczyzna, który szedł za mną, chciał mnie zawrócić, a pozostali wołali z daleka, żeby nie zbliżać się do leżących, bo bolszewicy mogą nas za to zastrzelić. To mi dodało sił i energii do opanowania nerwów. „Nie, nie – krzyknęłam – ja go muszę zobaczyć, muszę podejść bliżej, bo go tak nie zostawię tutaj!”. Wyrwawszy się z rąk trzymającego mnie, pobiegłam naprzód, lecz siły znów mnie opuściły. Nie mogłam znieść tego widoku. Mąż leżał twarzą do ziemi, lewa noga pod kolanem była przestrzelona w poprzek z karabinu maszynowego. Tuż obok leżał kapitan z czaszką rozłupaną na dwoje, a zawartość czaszki leżała obok, wylana jako jedna krwawa masa. Na czerepie sterczały zmierzwione, oblepione krwią włosy. Głowa męża była nienaruszona, lecz bałam się odwrócić go twarzą do góry, obawiając się, że twarz będzie tak samo zmasakrowana jak kapitana. Poprosiłam więc owego mężczyznę, żeby on najpierw zobaczył, jak mąż wygląda, ja stanęłam z boku i ukradkiem podpatrywałam, chcąc się przekonać, czy będę mogła znieść ten widok. Na szczęście głowa męża była cała, tylko oczy i nos stanowiły krwawą masę, a mózg wyciekał uchem.(...) Widok był potworny. Podeszłam bliżej, zbadałam serce i puls, choć wiedziałam, że to jest daremne. Był jeszcze ciepły, ale nie żył. (...) Zaczęłam gorączkowo szukać jakiegoś drobiazgu, jakiejś pamiątki, lecz w kieszeniach męża nie było nic. Zrabowali nawet Virtuti Militari i ryngraf z Matką Boską, który mu włożyłam do kieszeni w pierwszym dniu wojny. [srodtytul]Masakra osadników[/srodtytul] Antoni Tomczyk o wydarzeniach w rejonie Skidla i Żydomli: Na Grodzieńszczyźnie, blisko Skidla i Żydomli, istniały trzy osady wojskowe: Budowla, Lerypol i Rokicie. Powstały one w 1922 r. na ziemi księcia Czetwertyńskiego, wykupionej przez rząd polski. Osadnicy, z wyjątkiem kilku starszych wiekiem oficerów, stanowili szarą, frontową brać legionową, najczęściej z ochotniczego zaciągu w 1921 r. Pracowici, kontaktowi, pełni młodzieńczej jeszcze fantazji, wnieśli między zaścianki szlacheckie i okoliczne wioski białoruskie nowy, pionierski sposób życia i gospodarowania. Wolni od uprzedzeń, żenili się ze szlachciankami, Białorusinkami, a nawet przywozili żony z centralnej Polski. Po kilkunastu latach ciężkiej, mozolnej pracy i wielu wyrzeczeń doprowadzali swoje gospodarstwa do rozkwitu. (...) 22 września 1939 r. około godz. 8 wkroczyła do Lerypola grupa kilkunastu mężczyzn. Najpierw otoczyli dom generała Antoniego Szyllinga. Generał był na wojnie i dowodził Armią „Kraków”, jego rodzina mieszkała w Warszawie, a rządca Jóźwicki wyjechał do Lerypola kilka dni wcześniej. Sąsiad generała, kapitan Jan Górnicki, też był nieobecny w domu. Przybysze wyprowadzili na podwórko pod bronią szesnastoletniego Tadeusza, syna kapitana, i jego wujka, Władysława Górnickiego. Z następnego domu zabrali Stanisława Barszcza. Gdy wreszcie gromada ludzi zbliżyła się do naszych zabudowań, doznaliśmy ulgi i odprężenia, bowiem okazało się, że obydwu Górnickich i Stanisława Barszcza prowadzili znajomi Białorusini z okolicznych wiosek. (...) Wśród nich wyróżniał się notoryczny złodziej i recydywista Aleksander Nikołajewicz Kurpik, znany powszechnie pod przezwiskiem Bazelik, oraz jego szwagier Władymir Iwanowicz Płachowicz. (...) Uzbrojeni byli w karabiny, szable, siekiery, a na rękawach mieli pozakładane czerwone opaski. (...) Arciukiewicz wyjaśnił, że w Kurpikach odbędzie się ważne zebranie, na którym przedstawiciel władzy sowieckiej będzie mówił o nowych porządkach, jakie tu teraz zapanują. Obecność osadników na zebraniu jest obowiązkowa. Ojciec, Jan Tomczyk, oraz przebywający u nas na wakacjach dziewiętnastoletni Tadeusz Śliwiński dołączyli do idących na to ważne spotkanie w Kurpikach. Wtedy zabrano z domów następnych sąsiadów: Antoniego Pawlikowskiego oraz Ignacego Zarębskiego. Osadnicy, konwojowani przez uzbrojonych ludzi, pomaszerowali w stronę Kurpik i wkrótce zniknęli za nierównością falistego terenu. Tymczasem od strony Obuchowa nadjechali konno dwaj mężczyźni. Dopędzili pieszą kolumnę i po kilku minutach ciszę rozdarły wystrzały karabinowe oraz krzyki ludzi. Blisko drogi, na łące Zarębskiego, zamordowano siedmiu Polaków, masakrując ich ciała z dużym okrucieństwem. Po dokonaniu zbiorowego morderstwa oprawcy wyszli na drogę. Zobaczyli idącego od strony Sawalówki samotnego mężczyznę. Bez kłopotu rozpoznali Smolniaka. Był to samotny biedny Polak mieszkający w ziemiance na skraju Sawalówki.(...) Zapytany, dokąd idzie, odpowiedział, że do Lerypola odwiedzić Tomczyka. Zaczęto go bić. Następnie zawleczono na łąkę Zarębskiego i zakatowanego na śmierć porzucono obok leżącego w kałuży krwi ciała Tomczyka. (...) Czyża, Mazalewskiego i Mroczka doprowadzono do kępy drzew przy działce Górnickiego naprzeciw zabudowań Stanisława Barszcza. Tu kazano osadnikom klęknąć na skraju dużego wykrotu po drzewie przewróconym w czasie burzy. Nazajutrz zwłoki osadników z łąki Zarębskiego i wszystkich owiniętych tylko w prześcieradła zakopano w wykrocie. Do dziś w tym miejscu znajduje się zbiorowa mogiła. Wiele kłopotów sprawił osadnik Jan Goliński, żonaty z Kacieriną Śliziewicz, Białorusinką z Kurpik. Ukrył się tak zmyślnie, że dopiero po trzech dniach Bazelik i Jakusiewicz z Komotowa wypłoszyli go z kryjówki. Ostrzeliwując uciekającego, próbowali złapać go żywcem. Ranny zapędzony na brzeg Niemna uciekał dalej ostrogą. Wreszcie (nie mając gdzie uciec) rzucił się w nurty rzeki. Bazelik i Jakusiewicz dalej strzelali starannie, celując w głowę człowieka ukazującą się nad powierzchnią wody. Bezkarne polowanie na Polaków zakwalifikowanych do likwidacji w trakcie wkraczania wojsk sowieckich przeradzało się we współzawodnictwo między dywersantami oszołomionymi alkoholem i poczuciem własnej siły. Do dziś powtarza się w Kurpikach, jak jeden z nich, siedząc na zdobycznym koniu, uniósł szablę do góry i zawołał z dumą „Eta szaszka unicztożyła siewodnia dwienadcać czełowiek!”. * * * Ostatecznie pojmano i zamknięto w piwnicy Totocia siedmiu osadników z Budowli. Obszerna, murowana piwnica spełniała funkcję aresztu. Uwięziono w niej także Ulidę, sołtysa z Marianówki, oraz złapanego w Komotowie porucznika. Ci dwaj nie byli długo więzieni w piwnicy, bowiem komitet szybko podjął decyzję w ich sprawie. Włodzimierz Aplewicz, Paweł Aplewicz oraz ich kolega Iwan Szyrko z Komotowa zaprowadzili obydwu mężczyzn na cmentarz w Żydomli i tam ich zamordowali. Sołtys Ulida nie miał przy sobie wartościowych rzeczy. Porucznikowi wcześniej zabrano krótką broń i siedem tysięcy złotych. Miał jednak na sobie nowy mundur oficerski. Włodzimierz Aplewicz miał zawsze słabość do munduru. Zdarł mundur z martwego oficera, pozostawiając go na cmentarzu w podkoszulku i spodenkach. Paradując później po wsi w mundurze oficerskim, wyróżniał się elegancją, jak przystało na komendanta milicji rewolucyjnej. 23 września przed zmierzchem wyprowadzono z piwnicy wszystkich osadników, powiązano im ręce sznurami i pod wzmocnioną eskortą poprowadzono w stronę Żydomli. (...) Żony aresztowanych osadników bezskutecznie poszukiwały swoich mężów. Dopiero po trzech dniach przypadkowo pies Szuby znalazł za szosą skidelską zakrwawioną czapkę swojego pana. Pies zaprowadził do miejsca, gdzie na surowej roli kartofliska usypane były świeże kopczyki. Kiedy kobiety rozgrzebały ziemię, oczom ich ukazał się makabryczny widok. Stanisław Szuba i Jan Zawadzki związani byli ze sobą drutem kolczastym, a z ust wystawały zakrwawione języki oblepione ziemią. Bronisław Przeraziński miał rozpruty brzuch, a jelita rozlane na kolanach. Edwardowi Nowakowi rozłupano głowę na dwie części, natomiast Piotr Krupa miał uciętą głowę powyżej dolnej szczęki. Jan Jagielski był najmniej zniekształcony, miał tylko zdartą skórę z brzucha. Sowieckie służby specjalne kierujące działaniem grup dywersyjnych spieszyły się bardzo z realizacją swoich zadań. Dysponowały wcześniej przygotowanymi spisami Polaków, którzy musieli być zlikwidowani w czasie tak zwanego zamętu wojennego, zanim zostanie ustanowiona stała administracja sowiecka. Ustalono, że administracja nie będzie brudziła [sobie] rąk czystkami i oficjalnie nie będzie wiedziała o morderstwach Polaków. [i]przygotował M.R. na podstawie: „Wrzesień 1939 na Kresach w relacjach”, oprac. Czesław K. Grzelak, Wydawnictwo NERITON, Warszawa 1999[/i]
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL