fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Piłka nożna

Dziękuję wam za wszystko

ROL
Leo Beenhakker specjalnie dla „Rzeczpospolitej”. Kilka godzin po porażce ze Słowenią selekcjoner ocenia trzy lata swojej pracy z reprezentacją Polski
[b]Rz: Wyszedł pan z konferencji prasowej, mówiąc, że prowadzenie reprezentacji Polski to była wielka przyjemność. Na pewno był pan szczery?[/b]
[b]Leo Beenhakker:[/b] To była wielka przyjemność do mistrzostw Europy. Świetnie współpracowało mi się nie tylko z piłkarzami, ale też z Michałem Listkiewiczem, później zmieniły się władze i przyjemności nie było już żadnej. Nie mogłem odejść, bo miałem ważniejsze powody do tego, by zostać, zaufali mi ludzie, piłkarze, mój sztab. Zaczął się jednak okres, który nie należał do najprzyjemniejszych w moim życiu. Traciłem czas i energię na głupie rzeczy, ludzie na każdym kroku próbowali mną manipulować, co niestety miało wpływ na pracę.
[b]Odchodzi pan po fatalnym meczu i przegranych eliminacjach. Miało być inaczej, wydaje się jednak, że rozczarowali pana także piłkarze?[/b]
Piłkarze zrobili, co mogli. Tak wygląda teraz poziom polskiej piłki. W eliminacjach do mistrzostw Europy nasza gra była więcej niż przyzwoita, ale teraz zawodnicy byli już dwa lata starsi i nie starczyło im sił oraz umiejętności. Od trzech lat powtarzałem, że się oddalamy od reszty kontynentu, świat ucieka, bo ma plan, strukturę pracy, treningu, szkolenia, a Polska stoi w miejscu. Czy to normalne, że żadna z czterech polskich drużyn nie dochodzi choćby do zasadniczej rundy europejskich pucharów? To przypadek?
[b]W eliminacjach do Euro wyszukiwał pan jednak nowych piłkarzy, rozbudził pan nadzieje, pokazał, że jednak można osiągnąć sukces. Dlaczego po turnieju było już tylko gorzej?[/b]
Bo za sukcesem, jakim było wywalczenie awansu na turniej do Austrii i Szwajcarii, nie poszło nic dalej. Nie miałem żadnego wsparcia. Czy pan Jerzy Engel zrobił choćby małą rzecz, by było lepiej? Czy pan Antoni Piechniczek coś stworzył? Narodowe rozgrywki dla młodzieży, ośrodek szkoleniowy czy choćby kursy dla trenerów z nowszymi podręcznikami niż te z 1988 roku, które nadal obowiązują? W Słowenii jest 250 klubów i proszę zobaczyć, gdzie oni są. Tylko dlatego, że ciężko na to pracują.
[b]Nie przywiązał się pan za bardzo do piłkarzy, którzy nie zasługiwali już na grę w reprezentacji? Nie trzeba było wpuścić więcej świeżego powietrza?[/b]
Jeśli jeden piłkarz odchodzi, ten, który go zastępuje, jest gorszy – tak wygląda polska rzeczywistość. Niech ktoś mi pokaże pięciu środkowych obrońców, bym mógł powiedzieć Michałowi Żewłakowowi czy Bartoszowi Bosackiemu: wam już dziękuję. To samo z napastnikiem. Jest młody Robert Lewandowski, mam nadzieję, że odniesie wielki sukces w zawodowej piłce. Ale czy ktoś z odpowiedzialnych ludzi w Lechu Poznań może mi wyjaśnić, gdzie się podział piłkarz z poprzedniego sezonu? W Poznaniu pracują z nim siedem dni w tygodniu, a ja miałem dziesięć dni raz na pół roku, by zrobić z niego piłkarza. Nie mamy ławki rezerwowych pełnej piłkarzy na poziomie międzynarodowym, ci, którzy tak myślą, są ignorantami. Mamy ławkę piłkarzy gotowych na mecz Lubin – Wrocław. Słoweńcy wystawili trzech takich napastników, że każdego z nich wziąłbym do Polski z wdzięcznością. Poziom międzynarodowy to nie są gole w ekstraklasie, ale przygotowanie fizyczne, siła, wytrenowanie i piłka, której posiadanie cieszy, a nie sprawia trudności.
[b]Nie ułatwiał pan piłkarzom skupienia się tylko na meczu. Po co były panu te awantury z PZPN?[/b]
Nie zrobiłem nic złego, poza jednym razem, kiedy powiedziałem głupią rzecz o Piechniczku. Ale przez trzy lata nie dostałem jednego małego sygnału, że ktoś chce, by tej reprezentacji było lepiej. Pięć razy oficjalnie i z premedytacją zapraszano mnie na spotkania techniczne w czasie, gdy miałem obóz przygotowawczy z drużyną. Naprawdę nie wiem, w czym tym ludziom przeszkadzałem, dlaczego nie chcieli pójść w tym samym kierunku. Może to była frustracja, może zazdrość, ale przecież razem zaszlibyśmy dużo dalej.
[b]A romans z Feyenoordem? Uważa pan, że selekcjoner reprezentacji Polski może pracować jednocześnie w klubie?[/b]
Nie miałem i nie mam żadnego romansu, cały czas skupiałem się tylko na reprezentacji Polski, a w wolnym czasie doradzałem klubowi, który mam w sercu.[wyimek]Po kolacji w Mariborze podziękowałem zawodnikom. To był wieczór pełen emocji[/wyimek]
[b]Doradzał pan? A podsłuchana rozmowa z dyrektorem generalnym, który nazwał pana najważniejszą osobą w klubie?[/b]
Rozmawiałem z nim godzinę przy włączonym telefonie, po drugiej stronie siedział dziennikarz. Zostałem nazwany najważniejszą osobą, ale to było tylko zdanie tego człowieka. W czasie spotkania powiedziałem rzeczy, o których i tak wszyscy wiedzą, jak choćby to, że Feyenoord nie ma pieniędzy. Nie mam w Rotterdamie żadnej oficjalnej posady, nie podpisałem żadnego dokumentu, nie sprowadzam piłkarzy. Zapytali się mnie, czy Babović to dobry piłkarz, odpowiedziałem: jak was stać, to go bierzcie, bo potrafi grać w piłkę. I to jest moja rola, a w Polsce wykorzystano to przeciwko mnie.
[b]Do holenderskiego dziennikarza, który zaprosił pana do programu telewizyjnego, powiedział pan, że przyjdzie dopiero wtedy, gdy zgubi ogon KGB. Chodziło o polskich dziennikarzy? Teraz pójdzie pan do tego programu?[/b]
Ogon KGB to takie holenderskie powiedzenie. Określa system pracy w krajach wschodniej Europy. Nie chodziło mi o polskie media, ale o to, co by się stało, gdybym przyszedł do telewizji rozmawiać o Feyenoordzie. Zapewniam, że nie zostanę tam jutro dyrektorem sportowym, że nie szykowałem sobie awaryjnego wyjścia. Na razie wiem tylko tyle, że wracam do domu, wsiadam w samochód i jadę przed siebie. Nie mam zielonego pojęcia, co będę robił dalej, gdzie będę pracował, ale życia bez futbolu sobie nie wyobrażam.
[b]Czuje się pan wreszcie wolny?[/b]
Czuję się rozczarowany tym, co pokazali moi piłkarze w Mariborze, i rozbawiony komedią, która wydarzyła się po meczu. Nigdy nikt nie potraktował mnie w taki sposób, w jaki zrobił to Grzegorz Lato. Oczekiwałem odrobiny szacunku za trzy lata pracy, oczekiwałem odrobiny człowieczeństwa, dobrego wychowania. Stoję na boisku i czekam na wywiad dla TVP, a reporter tłumaczy mi rozmowę, którą trzy metry obok prowadzi dziennikarz nSportu z panem prezesem. Słyszę: hej, właśnie zostałeś zwolniony. A potem Lato przychodzi do mnie i zaprasza na wtorek na rozmowę. Taki jest jego poziom? Za dużo wypił? Nie zamienię z nim więcej nawet słowa, nie uścisnę dłoni. Jestem pierwszy, który ponosi odpowiedzialność za to, jak grała reprezentacja, byłem do zwolnienia, ale nie w taki sposób. To nie jest poziom zera, to poziom minus pięć.
[b]No to jak mają teraz pana zwolnić? Pocztą?[/b]
E-mailem. Większość spraw tak załatwialiśmy. Nie mamy o czym rozmawiać, płacą mi dwie miesięczne pensje i po wszystkim.
[b]Co pan po sobie zostawia?[/b]
Proszę mnie o to nie pytać, trzeba spytać innych ludzi. Ja widziałem tylko reakcję piłkarzy, kiedy się żegnaliśmy, i znaczy to dla mnie więcej niż cokolwiek innego. Wracam do Holandii bogaty w środku, nie zapomnę tych chwil do końca życia. Komedii z Latą poświęcę rozdział swojej książki, do śmiechu i płaczu, ale w sercu zostaną mi cudowni ludzie, którzy mnie otaczali. Po kolacji w Mariborze podziękowałem zawodnikom za to, jacy byli. To był wieczór pełen emocji, nie płakaliśmy jak dzieci, ale długo nie mogłem się pozbierać. Jakbyście zobaczyli Marka Saganowskiego, który w dwóch ostatnich meczach siedział na trybunach, jakbyście usłyszeli, jakie miłe rzeczy miał mi do powiedzenia. Albo piłkarze, którzy dziękowali mi za to, że są w swoich dobrych zachodnich klubach dzięki mnie, dzięki naszej pracy, dzięki temu, że uwierzyli. Najwięcej uczuć w rozmowie w cztery oczy wyraził Artur Boruc, ten twardziel Boruc. Dwa słowa Michała Żewłakowa wystarczyły, by się wzruszyć... To wszystko przywraca wiarę w życie, w sens pracy. I nikt tego nie zniszczy. Także działacz PZPN, który po meczu przyszedł do szatni i ledwo trzymał się na nogach. Nikt nie odezwał się do niego nawet słowem.
[b]Co zostanie panu w pamięci za pięć lat? Zwycięstwo nad Portugalią czy koszmar ze Słowenią?[/b]
Nie potrafię teraz o tym myśleć. W półtorej godziny wszystko się skończyło. Ktoś zgasił świeczkę. Przez trzy lata zżyłem się z ludźmi i nagle muszę sobie uświadomić, że dalszego ciągu nie będzie. Nigdy nie powiem złego słowa o piłkarzach, których miałem w drużynie, o trenerach, z którymi współpracowałem, lekarzach i kibicach. To byli ludzie, dla których pracowałem przez ostatni rok, tylko oni mnie tu trzymali. Powtórzę to, co mówiłem w pierwszych wywiadach: w Polsce rodzi się tyle samo talentów co w piłkarskich potęgach. Polska jest uśpionym gigantem. Dziękuję za możliwość pracy w tym kraju.
[b]Tak ciepło mówi pan o piłkarzach, ale nie zawsze szliście w tym samym kierunku. Miał pan problem choćby z alkoholem w drużynie.[/b]
Było to moje pierwsze zderzenie z ludźmi ze wschodniej Europy. Na początku może rzeczywiście podejście do zawodu piłkarza było inne od tego, do jakiego się przyzwyczaiłem. Ale krok po kroku większość piłkarzy zrozumiała, czego wymagam. Trzeba było zmienić styl życia, mentalność. Ostatni raz problemy z alkoholem były w sierpniu 2008 roku. Młode pokolenie jest już inne. Peszko, Wilk, Garguła, Boguski, Lewandowski, Wojtkowiak – oni wiedzą, o co grają, jak mogą się dorobić na futbolu, nie piją za dużo, nie palą. Zresztą, co mnie obchodzi, że Żewłakow pali. Ma dobrze grać.
[b]Do 2012 roku reprezentacja Polski grać będzie tylko mecze towarzyskie. Będziemy mieli najgorszą drużynę-gospodarza w historii mistrzostw Europy?[/b]
Nie. Tyle lat spotkań towarzyskich to świetny moment, żeby zbudować drużynę. Wziąć piłkarzy na dwa tygodnie do Japonii, trzy do Afryki i miesiąc do Ameryki Południowej. Niech grają z Brazylią, Argentyną, Chile i Boliwią, niech się uczą i rozwijają. Nie jest za późno, tylko trzeba opracować program z prawdziwego zdarzenia.
[b]Ale przecież przyjeżdżając do Polski, zapowiadał pan stworzenie systemu szkolenia, a później nic pan nie zrobił...[/b]
Chciałem uczestniczyć w czymś więcej, niż tylko prowadzić pierwszą reprezentację, ale nie było to możliwe, nikogo to nie interesowało. Tego żałuję najbardziej. Siła jest w PZPN, rozmawiałem na ten temat z kilkoma ministrami sportu... Problem polega na tym, że w federacji pracują ludzie sfrustrowani, gwarantujący tylko stagnację, ale z wielkim apetytem na władzę, którą nie chcą się z nikim dzielić. Program szkolenia mogłem opracować, napisać na kartce, lecz ona wylądowałaby w szufladzie Engela. Nie byłem tam autorytetem, bo przecież polscy trenerzy też mieli sukcesy, w Barcelonie na igrzyskach był nawet srebrny medal. Ludzie z PZPN wiedzieli wszystko najlepiej, niektórzy z pokolenia mistrzostw świata 1974 to dramat polskiego futbolu. Przez całą moją kadencję szykowali tylko noże, chcieli mi je wbić w plecy po meczu z Portugalią, później po meczu z Czechami. Ratowałem się zwycięstwami. Kibice w Chorzowie krzyczeli: “Leo, Leo”, ale zaraz później “j... PZPN”, i to był sygnał, dzwonek alarmowy. Nikt nie docenia kibiców, a to mądrzy ludzie. Awans na mistrzostwa Europy był cudem, tak samo jak Paweł Janas dokonał cudu, awansując na mundial dwa lata wcześniej, ale w PZPN myślą, że to świadczy o potędze polskiego futbolu. Piechniczek i Engel w holenderskiej federacji z takim zaangażowaniem nie mogliby być nawet kierowcami, nie mogliby otwierać drzwi przed van Gaalem czy Guusem Hiddinkiem. Polski problem to regiony, które wybierają ludzi do władz. Czy przeciętny działacz zagłosuje na Rafała Ulatowskiego? Nie. Ale może jego syn już tak. Nadzieja w nowym pokoleniu.
[b]Ulatowskiemu, tak jak Janowi Urbanowi, typując ich do roli nowego selekcjonera, dał już pan pocałunek śmierci. Nie ma pan wrażenia, że zostawia po sobie dużo sierot?[/b]
Przez trzy lata usłyszałem i przeczytałem 20 nazwisk trenerów, którzy mogliby mnie zastąpić. Cieszę się, że to ja pocałowałem Ulatowskiego i Urbana, mogli trafić gorzej.
[b]Ma pan holenderskich kolegów, którzy pracowali lub pracują w Rosji, Kazachstanie, Albanii. Tam jest lepiej?[/b]
Mają takie same problemy. Jedynym rozwiązaniem jest pojawienie się człowieka, który będzie miał autorytet i władzę. Nie musi być prezydentem federacji, może dawać tylko pieniądze. Guus Hiddink miał szczęście, że trafił do Moskwy. Tam sprytnie zmienili całe władze po to, by wykorzystać jego możliwości, i nie przyczepiły się do tego ani UEFA, ani FIFA. Zrobili porządek sami i po cichu, w rosyjskim stylu. W Polsce nie ma ludzi, którzy gwarantowaliby taką rewolucję.
[b]Często mówił pan o sobie, że jest miłym facetem. Zdaje pan sobie sprawę, że mało osób będzie tak pana wspominać?[/b]
Nie lubili mnie ci, którym nie podobała się moja niezależność, nie podobało im się, że nie ustalali mi składu. Polskę zapamiętam inaczej. Mieszkałem w Warszawie ponad dwa lata, przeszedłem ją całą pieszo. Ludzie zdejmowali czapki, mówili do mnie po polsku, a ja ich rozumiałem. Zwykli, szarzy ludzie okazywali mi więcej szacunku niż moi przełożeni. Kocham Mazury, kocham Zakopane. Poszliśmy kiedyś małą grupą na Kasprowy Wierch, weszliśmy do małej chatki ratowników. Jeden facet dał mi herbatę z rumem w szklance. Zostałem tam tylko z nim, nie odzywaliśmy się, ale cieszyliśmy się swoim towarzystwem i widokami. Takich chcę was zapamiętać. Dziękuję za wszystko.
[i]—rozmawiał w Mariborze Michał Kołodziejczyk[/i]
[ramka]Leo Beenhakker
Urodzony 2 sierpnia 1942 roku w Rotterdamie. Zawodnik amatorskich drużyn holenderskich. Trener reprezentacji Holandii (1985 – 1986 i 1990 podczas mundialu we Włoszech), Arabii Saudyjskiej (1993 – 1994), Trynidadu i Tobago (2004 – 2006, awans do mundialu w Niemczech) oraz Polski (2006 – 2009, awans na Euro 2008). Trenował także m.in. Ajax Amsterdam i Feyenoord Rotterdam, z którymi zdobywał trzykrotnie mistrzostwo Holandii, Real Madryt (trzy razy mistrzostwo Hiszpanii), Real Saragossa, America Meksyk i Chivas Guadalajara. 9 września zwolniony przez prezesa PZPN Grzegorza Latę z funkcji trenera reprezentacji Polski[/ramka]
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA