Telewizja

Szukam spokoju, ale wciąż mnie nosi

SAM, Sławomir Mielnik
Z Pawłem Kukizem rozmawia Jacek Cieślak
[b]Rz: Co pana skłoniło do tego, żeby zostać współprowadzącym w programie publicystycznym „Koniec końców”, który jest pokazywany od 10 września na antenie TVP?[/b]
Staram się przeglądać prasę, niektóre dzienniki nawet wbrew ideologicznej niechęci. Swego czasu zacząłem czytać „Frondę”. Dzięki tej lekturze poznałem poglądy ludzi mocno związanych z prawicą, konserwatystów i zaangażowanych chrześcijan. Pod niektórymi z ich artykułów, w stu procentach mogłem się podpisać. Później część środowiska założyła pismo „Czterdzieści i Cztery”. Uderzyło mnie, że z ludźmi „Czwórek” można się różnić, ale to nie przekreśla szansy na rozmowę. Nie czuję u nich tej straszliwej nienawiści, która uniemożliwia dialog naszym czołowym polskim politykom. Podczas nagrania programu poświęconego m.in. mojej piosence „Sztajnbach”, ja – człowiek kojarzony z Platformą Obywatelską, rozmawiałem z sympatykiem LPR, PiS, a także, najogólniej rzecz ujmując, katolikami, częstokroć ortodoksyjnymi, i potrafiliśmy się dogadać.
[b]To jest główne założenie programu – szukanie porozumienia?[/b] Wszyscy obawiają się, jak będzie, ale zależy nam na dyskusji, w której nie chodzi o to, by zniszczyć lub ośmieszyć ludzi o innych poglądach, tylko szukać tego, co łączy. Miałem wcześniej wiele propozycji udziału w programach telewizyjnych. Proponowano mi duże pieniądze, ale odrzucałem wszystkie oferty, bo projekty, o których mówię, nie propagowały żadnych wartości. Były pustą rozrywką, na dodatek miernych lotów. Teraz negocjacje prowadziłem bez agenta, żeby nie windował ceny i doszło do porozumienia z producentami „Końca końców”. Zależało mi na udziale w tym programie. [b]Jakby pan przedstawił prowadzących i co wynika z takiego wyboru?[/b] Program prowadzi Marek Horodniczny razem ze mną. Obaj wierzymy w Boga, każdy z nas inaczej go postrzega. Marek reprezentuje neokatechumenat. Patrzy na świat z życzliwością. Jest uduchowionym filozofem, a czasem wręcz buja w obłokach. Nieszczególnie polegałbym na nim, gdyby doszło do sytuacji konfliktowej na podwórku lub w ciemnej bramie. Ale starałbym się go obronić. Potrafi być zresztą stanowczy, zasadniczy. Jeśli chodzi o mnie, myślę, że jestem mocno osadzony w realiach naszej rzeczywistości. Mieszkam w małej miejscowości. Życie nie oszczędziło mi przeróżnych doświadczeń. Marek mnie „nawraca”, a ja sprowadzam go na ziemię. Muszę uważać, żeby mnie nie uduchowił za bardzo. [b]Tytuł „Koniec końców” ma również znaczenie apokaliptyczne.[/b] Tak. Kiedy nagrywaliśmy próbny program, nazwaliśmy go „Jeźdźcy Apokalipsy”. Dyskutowaliśmy o tym, że pod wpływem cywilizacji świat się zmienia na gorsze, żyjemy za szybko, coraz więcej jest klęsk żywiołowych. Zaprosiliśmy rzecznika Straży Pożarnej, który powiedział, że częściej pomaga w usuwaniu skutków powodzi niż gasi pożary. Marek zapytał mnie wtedy, czy ostatnie wielkie powodzie w Polsce nie są znakiem Apokalipsy. Odpowiedziałem, że można byłoby o niej mówić, gdyby fala Morza Bałtyckiego zalała Gdańsk i dotarła do Warszawy. Moim zdaniem zemściło się nieróbstwo, nieudolność władz i biorące się stąd dziury w wałach. [b]Czy będą panowie mieli gości?[/b] Tak, choć może nie tak atrakcyjnych, jak Józef Oleksy czy Lech Wałęsa. [b]Wszyscy wiemy, że ma pan duży temperament, a nawet porywczy charakter, nie stronił pan od ostrych wypowiedzi. Tymczasem tu będzie pan szukał złotego środka. Co się stało?[/b] Mam 46 lat i coraz częściej poszukuję spokoju. Jak na faceta w moim wieku jestem zbyt nakręcony. Wciąż mnie nosi. W „Końcu końców”, co prawda, nie spotykam się z aniołkami, tylko z ludźmi pełnymi energii, ale mogę się od nich wiele nauczyć. A potem samemu uczyć młodych, szczególnie tych urodzonych już w wolnej Polsce, że można spokojnie dyskutować na każdy temat. Jeżeli uda mi się ich kiedyś przekonać, że, tak jak mówi Janek Pospieszalski, naprawdę warto rozmawiać, to będzie duży sukces. [b]Artyści znajdują rozmówców w Internecie, a pana ciągnie do telewizji.[/b] Nie mogę już znieść zdziczenia i wulgarności, które dominują w Internecie. Kojarzy mi się to z donosami i anonimami czasów komuny. Zdarzyło mi się wypowiedzieć na temat Michaela Jacksona. Powiedziałem, że mój stosunek do niego zmienił się po wielu akcjach wybielania się, co uznaję za próbę poprawiania dzieła Boga, a także po tym, jak na podejrzenia o pedofilię zareagował wypłaceniem polubownego zadośćuczynienia. Wydało mi się to podejrzane, choć nigdy nie powiedziałem, że jest pedofilem. Mimo to, na mój temat i mojej rodziny, publikowano na forach „pudelkopodobnych” portali komentarze, które mnie przeraziły. Przecież mogły je przeczytać również moje dzieci. Dostałem białej gorączki. Wziąłem adwokata. Nie do pomyślenia jest, żeby właściciel witryny doszedł do ogromnego majątku dzięki żerowaniu na najpodlejszych ludzkich instynktach, które celowo obudził, publikując nieprawdziwe informacje. [b]A jakie emocje towarzyszyły pana udziałowi w czerwcowym koncercie na dwudziestolecie...[/b] Stop! Ciekaw jestem, o jakie dwudziestolecie panu chodzi? [b]Wyborów do kontraktowego Sejmu.[/b] Bardzo dobrze. Zaliczył pan test z historii. Podkreślam to, bo kiedy jeden z naszych czołowych polityków, zapytał mnie, czy wystąpię na koncercie w Stoczni Gdańskiej w związku z odzyskaniem niepodległości – krew mnie zalała. Odmówiłem występu w Gdańsku, również dlatego, że zaproszono tam gwiazdy zagraniczne. Jeśli już świętować tę rocznicę – to powinniśmy ją obchodzić rodzinnie. Na rocznicę ślubu czy chrzciny nie zaprasza się przecież przypadkowego gościa tylko dlatego, że ma drogi samochód. Wydawanie ogromnych pieniędzy na koncert w czasie, gdy jest kryzys, też wydawało mi się niestosowne. Gdyby jeszcze wystąpiła wielka gwiazda, wieść poszłaby w świat. Tymczasem zaproszono Kylie Minogue. Co ona ma wspólnego z „Solidarnością”? [b]Jak ocenia pan minione dwadzieścia lat?[/b] Jestem najszczęśliwszym człowiekiem na świecie. Dziękuję Bogu, że żyję w czasach, kiedy czołgi nie śmigają po ulicach. Przecież wojna nie jest, w naszej epoce i na naszym kontynencie, pojęciem abstrakcyjnym. Przypomnijmy sobie Bałkany, Gruzję. Urodziłem się 18 lat po zdobyciu Berlina. Pamiętam czołgi jadące na Czechosłowację i strzelanie do robotników w Trójmieście w 1970 roku. Stan wojenny. Teraz trzymamy paszporty w domach, a i tak nie musimy ich zabierać ze sobą, żeby przejechać granicę. Wobec tego fakt, że mamy jeszcze polne drogi zamiast autostrad, nie może odgrywać większego znaczenia. Warto się cieszyć każdym drobiazgiem. Zresztą widzę w Polakach coraz więcej radości. Częściej się do siebie uśmiechamy. [b]Bardzo celny był tytuł pana piosenki „My są już Amerykany”, ośmieszający to, jak Polacy naśladują obce kultury.[/b] A już nie musimy. Parę lat temu Polak, który przyjeżdżał ze Stanów Zjednoczonych po rocznym pobycie i udawał, że nie pamięta, jak się mówi po polsku – to był gość, Amerykanin. Teraz nikt nie ma wątpliwości, że to szpaner i prymityw. Nie trudno zauważyć, że wraca poczucie dumy narodowej, co objawia się eksponowaniem biało-czerwonych barw nie tylko podczas zawodów sportowych. Wywieszamy flagi nie dlatego, że ktoś nam każe, sami chcemy. To są ważne rzeczy. [b]Były w tych dwóch dekadach momenty dla pana niewesołe, np. burza po nagraniu piosenki „ZChN się zbliża”. Straszono pana prokuraturą.[/b] Wyglądało to groźnie. Piosenka była przemyślaną prowokacją. Nikt już dziś nie pamięta, ile zdarzało się wtedy obyczajowych skandali wywołanych przez księży. Jak pod szyldem ZChN chciało chodzić pod rękę z Panem Bogiem wielu ludzi marnej konduity. Czułem się bezradny. Chodziło o zdecydowany protest przeciwko profanowaniu życia Kościoła. Gdybym zaśpiewał o pijanym plebanie na inną melodię niż „Jezus zbliża się” – powstałby jeszcze jeden rubaszny żart o księdzu, który też sobie lubi wypić. Proszę mi wierzyć, że miałem ogromne opory przed nagraniem tej piosenki na płycie. Odważyłem się, żeby potrząsnąć sumieniami. To, że nie śpiewałem jej nigdy na koncercie, nie wynikało ze strachu przed prokuraturą. Jako człowiek wierzący nie mogłem tego zrobić. Na marginesie, śledząc to, co robią dziś poseł Niesiołowski i Czarnecki, widzimy jakich ideowców skupiał ZChN. [b]Czego nie robi się dla władzy...[/b] Dziś to ludzie w innej skórze. Zaskoczę pewnie pana, ale dużym szacunkiem darzę Marka Jurka. Imponuje mi jego przywiązanie i wierność idei, choć w wielu kwestiach się z nim nie zgadzam. To człowiek, który zachował twarz i nie robi z siebie pajaca. Jeśli polityka ma służyć społeczeństwu, nie może być amoralna. [b]Jaką przygodą było dla pana kino?[/b] Grałem też w Teatrze Telewizji u Witolda Adamka – w „Niech żyją agenci” i „10 pięter”. Na dużym ekranie zacząłem w „Girl Guide” Juliusza Machulskiego. Chyba nie najgorzej. W „Poniedziałku” i „Wtorku” Adamka wcieliłem się w bandziora. Podobnie było w „Billboardzie”. Miałem możliwość odreagowania złych emocji, frustracji. [b]Zagrał pan też księdza w „S@motność w sieci”.[/b] Może dlatego, że zaśpiewałem ZChN się zbliża. Ale za filmem specjalnie nie tęsknię. [b]I zakpił pan z rapu w piosence „Nie gniewaj się Janek”.[/b] Nigdy w życiu. Uwielbiam rap. Namiętnie słuchałem Ice-T, Tupaca, wczesnego Liroya. Podobał mi się Nagły Atak Spawacza. Kpiłem z disco polo rapu. Konwencji, która polegała na tym, że wycinano muzykę z cudzych nagrań i z takim muzycznym tłem mówiono o d... Maryny, udając twardziela. [b]Ostatni album Piersi „Piracka płyta” wyszedł cztery lata temu. Potem były już tylko gościnne występy. Dlaczego?[/b] A o czym miałem śpiewać? Czekałem na to, co się zdarzy. Obserwowałem, co dzieje się w polityce. Najpierw rządził PiS. Krótko. Potem były drugie wybory i zwycięstwo PO. Pojawił się Palikot. Pomyślałem, że nie będę z nim konkurował, bo w prymitywnych zagrywkach nikt go nie przebije. Grałem koncerty. Dopiero brak reakcji naszych władz na poparcie CDU dla żądań Związku Wypędzonych i rosyjskie próby fałszowania historii spowodowały, że zacząłem baczniej przyglądać się temu, co dzieje się wkoło, i znów zacząłem nagrywać. [b]Jakie były reakcje na ten utwór?[/b] Bardzo różne. Od niewybrednych ataków ze strony internacjonalistycznych zwolenników postpolityki – po zachwyty skrajnych nacjonalistów. Znamienna zaś była reakcja przedstawicieli Mniejszości Niemieckiej. Jej przewodniczący uznał pieśń „Heil Sztajnbach” za desperacką próbę powrotu na scenę zapomnianego artysty. Ale natychmiast po jego publicznej wypowiedzi odebrałem telefon od działacza niższego szczebla tego stowarzyszenia, który powiedział: „Panie Pawle, dla mnie jesteś pan gość. Trzeba mówić prawdę”. [ramka][srodtytul]Paweł Kukiz[/srodtytul] Jego kariera zaczęła się na początku lat 80. na festiwalu jarocińskim. Wraz z grupą Piersi wykonał wiązankę socrealistycznych wierszy. Dopuszczone przez cenzorów stały się wielką kpiną z PRL. Potem fani podziwiali śpiewaną przez niego w szeregach Ayi Rl „Skórę”, piosenkę o nietolerancji. Hitem było „Na falochronie” nagrane pod szyldem Emigrantów. Wokalista wziął też udział w sesjach „Yugoton” i „Yugopolis”. Stworzył duet z Januszem Borysewicz, który zasłynął przebojem „Bo tutaj jest, jak jest”. Muzyczne sukcesy i charyzmatyczna osobowość zwróciły na Pawła Kukiza uwagę filmowców. Zagrał w „Girl Guide” Juliusza Machulskiego, „Poniedziałku”, „Wtorku” i „S@motności w sieci” Witolda Adamka. Na początku września opublikował w Internecie piosenkę „Sztajnbach”, która promuje stronę internetową Powiernictwa Polskiego. Od 10 września współprowadzi w Jedynce program publicystyczny „Koniec końców”. Ma 46 lat, urodził się w Paczkowie na Opolszczyźnie.[/ramka] [i]Koniec końców 23.15 | tvp 1 | czwartek[/i]
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL