fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Wiadomości

Uderzenie w Palikota się opłaca

Marek Migalski
Fotorzepa, Bartosz Siedlik
Gdy uderzyłem w Palikota, użyłem słów: seks, cham i walić po ryju, to mój komentarz znalazł się na pierwszych miejscach portali internetowych
[b] Rz: Wyrosły już panu szpony? [/b]
[b] Marek Migalski, europoseł PiS, wcześniej politolog:[/b] Szpony? A, nawiązuje pani do jednego z moich wywiadów, gdy z ornitologa przekształcałem się w pisklę, które próbuje latać. I nawet moi bliscy dostrzegają, że w obejściu stałem się trochę obcesowy.
[b] Dlaczego został pan rzecznikiem posłów PiS w europarlamencie? [/b]
Zaproponowano mi taką funkcję, a ja nie odmówiłem. Mam odpowiadać za informowanie dziennikarzy. A szpony kształtuję i piłuję, jeśli miałyby służyć do obrony. Natomiast atakować średnio mi się chce, choć widzę, że im brutalniej się zaatakuje, tym zyskuje się większą popularność. Kiedy w swoim blogu miałem ciekawy wpis o kulisach polskich negocjacji poprzedzających wybór Jerzego Buzka na przewodniczącego Parlamentu Europejskiego, nikt się tym nie zainteresował. Ale gdy następnego dnia uderzyłem w Palikota, użyłem słów: seks, cham i walić po ryju, to mój komentarz znalazł się na pierwszych miejscach portali internetowych.
[b]I jaki z tego wniosek? [/b]
Jak się w kogoś walnie, kogoś podrapie, to człowiek staje się „poważnym politykiem“ cytowanym przez media.
[b]Czyli takim jak Janusz Palikot? [/b]
Po takim doświadczeniu można się poczuć jak osobnik po imprezie, w trakcie której trochę przeszarżował. I rano budzi się z poczuciem kaca moralnego i fizycznego. Mówi więc sobie: nigdy więcej. Po czym gdy widzi, że rzeczywistość w ogóle nie reaguje na jego grzeczne zachowania, merytoryczną, ciężką pracę, to znowu go kusi, by pójść na jakąś wiejską zabawę i się „ściorać“.
[b] Do czego pan dąży w tym opisie? [/b]
Tak trochę jest z polską polityką medialną. Z jednej strony człowiek chce być absolutnie merytoryczny, zadziwiać świat swoimi kompetencjami...
[b]Twórczymi pomysłami dobrymi dla Polski? [/b]
Tak jest. Z drugiej strony widzi jednak, że w mediach można się przebić tylko happeningami, brutalnością, odpowiedziami chamstwem na chamstwo.
[b]Cały czas, przynajmniej pośrednio, wraca pan do Palikota. A ja w ogóle nie chcę o nim mówić od czasu, gdy zaprosił moje redakcyjne koleżanki na wywiad, ale miałyby być „po dwóch butelkach wina i nagie“. Świetny żart, tylko jakoś mnie się nie spodobał. [/b]
Gdyby wszystkie media obraziły się na Palikota, tak jak pani, to mojego wpisu o nim w blogu – w którym deklaruję, że na miejscu mężów obrażanych przez niego „dałbym mu w mordę“ – też najprawdopodobniej by nie było.
[b] Może lepiej byłoby rzeczywiście „dać Palikotowi po ryju“, zamiast nawoływać do tego innych? [/b]
Wtedy Palikot nie miałby jedynek w sensie fizycznym, a ja bym był na jedynkach w portalach internetowych przez najbliższe trzy dni i miałbym proces sądowy. Takich adwokatów, których może wynająć Palikot, nie byłbym w stanie opłacić prawdopodobnie z całej mojej pięcioletniej gaży w europarlamencie.
[b] Podbija pan chyba temu posłowi PO bębenek, sugerując, że jest wszechmożny? Czy to jest poprawne piarowsko? [/b]
Nie wiem. Ale nie twierdzę, że jest wszechmocny, bo we wszechświecie wszechmocny jest tylko jeden. Niestety, Palikotowi wolno jednak więcej. I nie tylko dlatego, że media go łakną jak kania dżdżu. Z Palikotem i mediami jest tak jak z terrorystami. Terroryści – jak pisał Bruce Hoffman – bez mediów nie istnieją, i media bez terrorystów też nie. Z Palikotem jest podobnie. On jest potrzebny mediom, bo jego „klikalność“, poczytność, jest ogromna. Ale media też są mu potrzebne, bo bez mediów nie byłoby Palikota.
[b] Jaki ma to związek z panem? [/b]
Uderzając w Palikota, chcę się zachować rycersko, bronić tych, których on szkaluje. W tyle głowy jest jednak kalkulacja, że mnie się to po prostu politycznie opłaca. Bo gdy podejmę merytoryczny trud rozjechania żałosnego dorobku komisji „Przyjazne państwo“, to dosłownie żaden dziennikarz się tym nie zainteresuje. Jeśli walnę w Palikota, mówiąc o tym, że chętnie dałbym mu po ryju, gdybym był mężem Nelli Rokity, to mam darmowe 10 minut w mediach.
[b] „Gdybym był mężem Nelli Rokity“? Użycie takiej formuły to chyba dość asekuranckie zachowanie? [/b]
Tego też się nauczyłem. Jako politolog mogłem powiedzieć właściwe wszystko i nikt nie zwracał na to uwagi. A dzisiaj jestem w polityce i widzę, że każde moje słowo może się zakończyć nie tylko procesem, ale i poważnymi politycznymi kłopotami. Do tego zresztą tęskniłem, by moje słowo miało większą wagę niż komentatora politycznego. I poważniejsze konsekwencje.
[b] A ja mam takie brzydkie podejrzenie, że chce pan być Palikotem PiS. Trochę musi pan popracować, ale mam pan wszelkie predyspozycje. Lubi pan lans? [/b]
Bez lansu nie ma polityki. Zwłaszcza współczesnej. Udowodnił to niedawno Wojciech Olejniczak klasycznym rzutem klatą na taśmę. My, politycy, musimy żyć w jakiejś symbiozie z mediami. Palikot pokazał, jaką potęgą jest granie mediami. W tym kontekście przyjmuję oskarżenie, że chcę być Palikotem PiS. Ale do trzech czwartych rzeczy, do których Palikot się posunął, ja bym się nie posunął nigdy.
[b]To chyba z założenia jest pan przegranym w tej kategorii politycznej? [/b]
Nie. Ponieważ nie aspiruję do takich funkcji, do jakich aspiruje Palikot, i mam trochę mniejsze ambicje. On chyba idzie na całość, ja natomiast do osiągnięcia swoich celów nie muszę robić tego co on. Fenomen Palikota polega na tym, że z człowieka nobody, bo to był nikt...
[b]Gdy wchodził do polityki miał już dużo pieniędzy. [/b]
Ludzi mający tyle pieniędzy jest w Polsce mnóstwo. On to zamienił, po pierwsze, na rozpoznawalność, a teraz próbuje tę swoją „kasiastość“ przełożyć na realne wpływy polityczne. To jest fenomen, człowiek, który nie ma nic do powiedzenia, jeśli wycisnąć to, co mówi publicznie. A jednocześnie jest dzisiaj być może najbardziej obecną i rozpoznawalną postacią. Każdy jego wpis w blogu znajduje odpowiedź w postaci na przykład mojego blogu, naszej rozmowy, sporego miejsca w „Dzienniku“.
[b]Niestety. Ale o czym to świadczy? [/b]
On zrozumiał coś z tego, co nazywa się telekracją. A z tego, co Neil Postman ujął w sławnej książce „Zabawić się na śmierć“. To znaczy, że Palikot dostarcza informacji połączonej z rozrywką. Mówiąc o fenomenie Palikota, mówimy o tym, co na Zachodzie jest już od dłuższego czasu znane.
[b]Czyli co? [/b]
Że kandydaci na prezydentów, prezydenci występują w programach rozrywkowych, w serialach. Że przeplata się tam świat show i polityki. A na dodatek jeszcze biznesu. To klasyczny infotainment.
[b]Może jestem staroświecka, ale wydaje mi się, że polityki nie należy mieszać z show biznesem, bo to jest chore. I od pana jako politologa, przynajmniej chwilowo na urlopie, oczekiwałabym innych ocen. [/b]
Politolog musi przede wszystkim rozumieć mechanizmy rządzące polityką, takimi jakie one są, a nie takimi jakie być powinny. Politolog opisuje jak wygląda współczesny świat, Sarkozy'ego, Obamy, Berlusconiego. Oni są częścią show biznesu, to nie jest tylko polski wymysł. Ludzie ich wybierają, kochają, albo nienawidzą, bo są to ich zdaniem osobowości. Politycy stają się coraz bardziej celebrytami. W Polsce pierwszy zrozumiał to Palikot. I polskie media są absolutnie więźniami Palikota.
[b] Nie można tego, trywializującego wszystko, uwięzienia przerwać? [/b]
Kto miałby przerwać? Musiałyby zrobić to media. A to nie jest w interesie mediów. Palikot napędza im reklamy. Bo jest poczytny, oglądalny. Gdy ktoś zamieści jego opis, jak to leżał nagi na deskach swojego pomostu, będzie to czytane bardziej niż analiza o reformie służby zdrowia, która się dokonuje, bądź nie dokonuje pod rządami Ewy Kopacz. Palikot zrozumiał najszybciej z nas wszystkich, czym są media, jak są zdeprawowane. Choć oczywiście nie wszystkie.
[b]Jak się więc przed tym bronić? [/b]
Politycy nie znajdą na to remedium, muszą to zrobić media. Gdyby taką wstrzemięźliwość zaproponowała pani politykom PiS albo SLD, to znaczyłoby, że proponuje pani politykom tych partii skazanie się na rolę wiecznej opozycji.
[b]Nie sądzę, by tak musiało być. [/b]
To myśli pani, że wyborcy się otrząsną i powiedzą: – Chcemy poważnej polityki? Rzeczywiście, był taki moment w 2005 roku, że wyborcy dali szansę PiS i Platformie na robienie poważnej polityki.
[b]I co się stało? [/b]
To zostało zmarnowane. W moim przekonaniu – można mi zarzucić, że jestem teraz związany z PiS, ale tak samo uważałem wtedy – ta szansa w większej mierze została zmarnowana przez PO. Ale i PiS nie był bez winy.
[b]To niekończąca się dyskusja, która dzisiaj do niczego nie prowadzi. Może za 20 lat będzie można w pełni wiarygodnie powiedzieć, kto był wtedy winny. Choć rzeczywiście, była to wielka przewina polskiej polityki, że do tej koalicji nie doszło. [/b]
Zgoda. I miejmy nadzieję, że ten moment wróci. Ale partie opozycyjne nie mogą tkwić w nadziei, że kiedyś wyborca się otrząśnie, zamiast podniecać się kolejnymi skandalizującymi wpisami Palikota.
[b]Co więc dalej? [/b]
Będąc teraz aktywnym politykiem, czuję się jak osoba, która dostarcza rozrywki. Duża część mediów korzysta z nas dlatego, żeby rozerwać swoich odbiorców. Rola, którą niektórzy politycy odgrywają, by zainteresować odbiorców, tacy jak Marcinkiewicz czy nawet Kwaśniewski wpisuje się w te oczekiwania.
[b]Dlaczego umieszcza pan w tym zestawieniu prezydenta Kwaśniewskiego? [/b]
Budował obraz siebie i swojej rodziny, jako pochodzących ze świata półarystokratycznego, z takiego polskiego bizancjum. I nie byłoby też Palikota, gdyby nie było na niego zapotrzebowania. Media by go nie sprzedawały, jeśli nie byłoby ludzi, którzy chcą go kupić. Palikot jest jak Benny Hill, a polska polityka ciągle czeka na Monty Pythona.
[b] To nie można na ludzi inaczej oddziaływać? [/b]
Można, tylko okazuje się, że droga Palikota jest najłatwiejsza. Że takich wyborców jest najwięcej.
[b]Najwięcej, bo najłatwiej po porostu do nich dotrzeć i ich zainteresować. [/b]
Może. My politycy docieramy do wyborców jednak przez media. W kampanii wyborczej, spotkania z wyborcami jednak się nie liczą.
[b] To chyba bywa różnie? [/b]
Co do tego, to właściwe jestem przekonany. Dlaczego wyborcy głosują na Marcinkiewicza, który zresztą nie ma nic wspólnego z Kazimierzem?
[b]Albo na Tuska, który nie ma na imię Donald? [/b]
Rozpoznawalność nazwiska jest najważniejsza. To czy się pisze o mnie dobrze, czy źle to nie ma kompletnie znaczenia. I Palikot dobrze o tym wie. Bo jak wyborca idzie do urny i wie już którą partię wybierze, a widzi wśród mnóstwa anonimowych nazwisk, to które mu się kojarzy — bez względu na to czy dobrze czy źle — to czuje się jakby był to ktoś dla niego bliski. I na niego zagłosuje. Dlatego Palikot jakkolwiek będzie sprośny, dostanie 90 proc. głosów platformerskich.
[b] To może nie warto było przechodzić do polityki? [/b]
W polityce mam jednak większe poczucie wolności. 15 września mam sprawę karną z powództwa Jana Iwanka, czyli dyrektora mojego instytutu na uczelni. Jeśli zapadnie tam jakikolwiek wyrok skazujący mnie, to automatycznie tracę prawo wykonywania zawodu. Wtedy okazałoby się, że na polskiej uczelni może pracować esbecki kapuś, a nie może pracować ktoś, kto o tej przeszłości mówi. A w polityce mogę nadal działać. Ona mi daje wolność, choć oczywiście też ograniczoną.
[b] Jednak pana fascynacja fenomenem Palikota nie napawa mnie optymistycznie. [/b]
To nie jest fascynacja. Stoję z rozdziawioną gębą i patrzę na fenomen Palikota. Jak media dały się na to nabrać, jak wyborcy są wobec tego bezsilni. I jak ja jestem wobec tego bezsilny.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA