Styl życia

Kulka w tramwaj

Monika Małkowska
Fotorzepa, Ryszard Waniek Rys Ryszard Waniek
Nareszcie! Dorównaliśmy bytowym standardem do Nowego Jorku, Jerozolimy, Londynu. Moskwy. Chodzi o atrakcję zwaną strzelaniną. Można zacząć się bać. Terroryści, szaleńcy i frustraci są wśród nas.
[b][link=http://blog.rp.pl/malkowska/2009/07/29/uroki-warszawy-kulka-w-tramwa/]skomentuj na blogu[/link][/b]
Już nie tylko burzowa pogoda niesie zagrożenia dla życia. Jeśli nie trafi cię piorun, może dosięgnąć… kulka. I to podczas krótkiej podróży środkami komunikacji masowej w dzielnicach dotychczas uważanych za bezpieczne. Jeśli bez szwanku dotrzesz do upatrzonego celu, ciesz się z tego i zanoś modły dziękczynne do Najwyższego. Nie wiedziałam, że teraz taka moda - postrzelać sobie bez celu. Trafił, nie trafił – ale ile przy tym emocji. Rosyjska ruletka niosła za duże zagrożenie dla życia graczy, więc wymyślili coś bezpieczniejszego (dla siebie, rzecz jasna): ostrzał w ciemno. W miasto. W ulice. Dziś zapoznałam się z tą atrakcją osobiście.
Popołudnie, pustawo, niebo ciemnieje burzowymi chmurami. Może rozejdzie się po okolicy… Jadę przez Mokotów, ulicą Puławską, tramwajem numer cztery, czytam. Nagle słyszą dwa ciche dźwięki – pum, pum. Nie zwróciłabym uwagi, gdyby nie efekt wizualny: w dwóch oknach szyby pękają w malownicze „pajęczyny”. Pośrodku sieci – maleńkie, kilkumilimetetrowe dziurki. Na wylot. Wrażenie jak podczas oglądania filmu sensacyjnego. Na szczęście, krew się nie polała – pojazd nie był zatłoczony, nikt nie siedział pod trafionymi szybami. Współpsażerowie, równie zdumieni jak ja, oglądają popękane okna, komentują wydarzenie. Staje się jasne: ktoś oddał dwa strzały do przejeżdżającego tramwaju. Pewnie z trotuaru lub z okien parterowych pomieszczeń. Wracam do domu w strugach deszczu, nieco roztrzęsiona. Od męża dowiaduję się, że to nie pierwszy przypadek „niewinnej” miejskiej strzelaniny. Ostatnio było kilka analogicznych wydarzeń. No, fajnie. Zaadoptowaliśmy zachodnie metody na wyładowanie agresji i podniesienie adrenaliny. Dotychczas podobne sceny widywałam w filmach sensacyjnych bądź w komiksach. Ale zawsze dotyczyły mafijnych porachunków albo rozgrywek politycznych. Był powód (choćby nie akceptowany przez prawo, lecz zgodny z kodeksem gangsterskim), żeby kogoś puknąć. Jeśli brakło motywacji, znaczyło, ze komuś odbiło. Jak wtedy, kiedy uczeń podstawówki powystrzelał pół klasy. Bez dania racji. U nas nigdy nie zetknęłam się z podobnym zjawiskiem. Owszem, wielokrotnie byłam świadkiem niszczycielskiej pasji ludowej z gatunku „chłop żywemu nie przepuści”. Widywałam też manifestacje neofaszystów, spędy ćpunów, dyskusje nawalonych górali i w ogóle ludzi nawykłych do siłowego rozwiązywania konfliktów. Jednak co innego potrzeba uwolnienia buzującej agresji, podsycanej koksem, gradusami lub halnym, a co innego – mierzenie ze strzelby do warszawskiego tramwaju. Wyobrażacie to sobie? Stoi facet ze spluwą. Nudzi się. O, jedzie czwórka. Przymierza się, celuje, naciska spust. Może kogoś trafi, zabije, uszkodzi na resztę życia. Nie jest w stanie przewidzieć rezultatu zabawy. I właściwie – wcale się tym nie interesuje. Ważne jego własne ryzyko. Uda się walnąć bez zwracania uwagi innych? Przy tym to cudowne poczucie decydowania o ludzkim losie! Jak Neron. Jak półbóg. Jak Szatan. Chcieliśmy dołączyć do świata? Udało się. Szkoda tylko, ze mamy osiągnięcia jedynie w kategorii przestępczej.
Źródło: Rzeczpospolita OnLine

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL