Styl życia

Demoniczne ubrania na ekrany

Sophia Loren i Marcello Mastroianni w „Pret-a-porter”
AFP
Ludzie stają się potworami. Porzucają narzeczonych, zdradzają przyjaciół, dla markowych ciuchów zrobią wszystko. Tak przynajmniej wygląda to w kinie
Tekst ten piszę w nadziei, że któryś z reżyserów zainteresuje się moją osobą i nakręci o mnie film, który będzie światowym hitem. Jestem dziennikarką mody, a moda w ciągu ostatnich lat stała się pociągającym temat dla filmowców. Modelki, drogie ciuchy, intrygi, walka o sławę i pieniądze, konflikty gejowskie... Wszystkie składniki sukcesu.
Szczerze mówiąc, wiem, że moje szanse są słabe. Nie jestem transwestytką, fetyszystką ani nawet zakupoholiczką. Posiadam męża tego samego od lat i troje dzieci. Wśród fashion people taki życiorys dyskwalifikuje. Mamy właśnie dwa kolejne filmy o modzie. „Coco Chanel”, love story z pięknymi ciuchami w tle, ze śliczną Audrey Tautou w roli głównej, nie zaspokaja ciekawości dotyczącej burzliwych losów Mademoiselle.
Za to komedia „Bruno” dostarcza wrażeń ekstremalnych. Z atrakcji świata mody reżyser Dan Mazer wybrał temat gejowski. Może dobrze, że ktoś to zrobił, bo wszyscy wiedzą, że światem mody rządzą geje. Szkoda, że w tak prostackiej formie. Nawet Robertowi Biedroniowi film się nie spodobał, bo utwierdza stereotypy, a przeciwników umacnia w niechęci do tej opcji seksualnej. O dominacji gejów w świecie mody i ich wpływie na wizerunek kobiety też niewiele się dowiedzieliśmy. Jako satyra społeczna film nie przekonuje, świat interpretując w kategoriach fizjologicznych. [srodtytul]Krawcowa, nic ciekawego[/srodtytul] Moda zainteresowała kino dopiero w latach 90., kiedy zaczęła być częścią show-biznesu. Przedtem nikt nie sięgał po ten temat, bo cóż może być ciekawego w krawcowej? Siedzi i szyje. Nuda. Co innego kreator. Ten jest stwórcą, demiurgiem, który daje życie nowym bytom – kreacjom. Marketing z krawców zrobił kreatorów, a z mody wielki spektakl. Dziś fashion biznes to machina warta 300 miliardów dolarów. Fascynujący temat dla filmowców. Zaczął w 1994 roku Robert Altman „Pret-a-porter”, w którym przedstawił zdegenerowany świat francuskiej mody: bezwzględnych fotografów, głupkowate dziennikarki. Pierwowzorem jednej z nich była Janie Samet, redaktorka mody dziennika „Le Figaro”. Altman przedstawił ją jako wyjątkowo wredną osobę i w dodatku zrobił z niej garbuskę. Była rzeczywiście niskiego wzrostu, ale świetnie pisała i nie bała się narazić swoim. Skrytykowała Diora, za co firma obraziła się na nią na dłuższy czas. Najsłynniejszą filmową redaktorką mody została Miranda Priestley, bohaterka filmu „Diabeł ubiera się u Prady” (2006 r.) Reżyser David Frankel oczywiście wyparł się inspiracji Anną Wintour, szefową „Vogue’a”, ale i tak wszyscy wiedzieli, o kogo chodzi. Jeśli na podstawie tego filmu ktoś chciałby sobie wyrobić opinię o tym środowisku, dowie się, że składa się ono z samych potworów. W obronie własnego dobrego imienia odezwały się dziennikarki „New York Timesa”, „Women’s Wear Daily”, francuskiego „Le Figaro”. Wytykały kostiumografce Patricii Field dziesiątki błędnych szczegółów. Dowodziły, że żadna redaktorka mody nie miałaby siwych włosów, podkreślały, że ktoś ubrany tak pretensjonalnie jak filmowa Andy wzbudziłby wesołość w każdej redakcji. Wytykały, że rozmiar szafy z ubraniami i kosmetykami w „Diabeł...” jest fikcją. Podobnie jak twierdzenie, że każdy stylista częstuje się bez ograniczeń komórkami Bang Olufsen, torbami Marca Jacobsa, szpilkami Jimmy’ego Choo. Pomijając te nieścisłości, dzięki filmowi nazwisko Prady, dotąd znane tylko fanatykom mody, stało się symbolem tego, co najmodniejsze. Sama Miuccia w filmie nie wystąpiła, natomiast mignął Karl Lagerfeld. Pierwowzorem Nigela, asystenta Mirelli, był (jest) Andre Leon Talley, czarnoskóry dziennikarz amerykańskiego „Vogue’a” znany ze swoich potężnych rozmiarów. [srodtytul]Szpilki w roli życia[/srodtytul] Powodem atrakcyjności filmów o modzie dla producentów, ale i publiczności, są nie tylko intryga i piękne kobiety. Wielki ekran to reklamowa lokomotywa, która sprzeda każdy produkt, o ile atrakcyjnie się go zaprezentuje. To tzw. product placement. Wszelkie rekordy pod tym względem bije „Seks w wielkim mieście”. Reklamuje gadżety, sklepy i domy towarowe, pisma, kawiarnie, kluby i restauracje, wódkę i samochody. Ale przede wszystkim ciuchy. Tu lista beneficjentów jest długa: Manolo Blahnik, Vivienne Westwood, Louis Vuitton, Chanel, Dior, Hermes, Escada, Gucci, Lanvin, Nike, Adidas... Bez tego serialu i jego czterech bohaterek Manolo Blahnik byłby zwykłym szewcem, a nie celebrytą. Szpilki zagrały tu swoją rolę życia. Dowodem siły rażenia filmowej reklamy jest suknia ślubna, którą zaprojektowała dla Carrie Vivienne Westwood. Do ślubu, jak wiadomo, nie doszło, ale obiekt widzowie mogli podziwiać w długich ujęciach. Takiej samej sukni zapragnęły natychmiast rzesze kinomanek. Ich potrzebom Vivienne Westwood wyszła naprzeciw, projektując uproszczoną i tańszą wersję. Sprzedawał ją internetowy sklep Net-a-porter. Cena 7500 euro nie odstraszyła klientek. Najnowszym dowodem na to, jak moda intryguje filmowców, jest pełnometrażowy film dokumentalny „September Issue”, który właśnie wchodzi na ekrany w USA. Opisuje on powstawanie 840-stronicowego wydania amerykańskiego miesięcznika „Vogue” z września 2007 roku (wrześniowe wydania są zawsze najgrubsze, bo na progu nowego sezonu mają najwięcej reklam). Reżyser R. J. Cuttler towarzyszył Annie Wintour i jej ekipie przez dziewięć miesięcy, zamieszkał w jej domu w Greenwich Village i biurze na Times Square. „W biznesie, który słynie z dramatyzmu, przerośniętych osobowości i pogardy dla dyscypliny, zarówno finansowej, jak i osobistej, Wintour jest wzorem samokontroli i skutecznego działania. To kobieta, która nigdy, przenigdy, się nie spóźnia. To cecha, która pokaleczyła wielu nieprzygotowanych projektantów czy dziennikarzy”, napisał o filmie Robin Givhan w dzienniku „Washington Post”. A zresztą... Nie demonizujmy tej mody. Ubrania mogą mieć magiczne zdolności. Mogą być talizmanem, który z kopciuszków robi królewny. Mogą pomóc zdobyć mężczyznę, zrobić karierę i sławę, pokazać się. Ale ciuch to tylko ciuch i nawet my, którzy obcujemy z nim na co dzień, wiemy, że jego szatańska moc jest jednak ograniczona. A może właśnie my wiemy to najlepiej.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL