Warszawa

Siermiężne, męskie prawdy i chropowaty blues

Jan Janga Tomaszewski zawładnął wczoraj placem Konstytucji
Fotorzepa, Piotr Nowak PN Piotr Nowak
Wczoraj na placu Konstytucji Jan Janga Tomaszewski zaprezentował swój rockowy spektakl „Hej Joe”. Tak udany, że tchnął życie nawet w socrealistyczną architekturę.
Pomysł wydawał się ryzykowny. Bo która muzyka nie zginie wśród ryku silników i syren ambulansów? Jak zaciekawić pospiesznie przemykających po placu ludzi? Jan Janga Tomaszewski znalazł na to sposób. Wystarczyły mu blues i rock, repertuar wystarczająco nieskomplikowany, by należycie wpisać się w miejską przestrzeń.
Zwłaszcza że artysta dysponuje głosem tak męskim, jak tylko być może, odpowiednio chrapliwym, wyrobionym za sprawą lat aktorskiego doświadczenia. Dzięki niemu grubo ciosane historie z miejsc, w których nawet motyle są szare, dzień zaczyna się o szóstej od kefirka i wódki, by spędzić go na zarabianiu psich pieniędzy, nabrały wigoru. Nikomu nie przeszkadzało więc, że znany z ballady Hendriksa Joe mieszkał na Pradze i miał za żonę Zochę. Dobrze pasowało to do prostej czarno-białej relacji z frontu zmagań z alkoholem i kobietami. I do socrealistycznej zabudowy placu. Starsi słuchacze przypatrywali się z uśmiechem, rowerzyści zatrzymywali się na dłużej i nawet tubylcy w dresach znaleźli coś dla siebie.
Recital Jangi (wspieranego przez basistę Wiesława Sałatę i grającego na cajonie Adama Lewandowskiego) szczególnie dobrze prezentował się przez ciemne okulary, zatopiony w chmurze papierosowego dymu. Z takiej właśnie perspektywy podziwiała go szefowa teatru Polonia Krystyna Janda. Uśmiech nie schodził z jej ust.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL